Kategorie: Wszystkie | Kulinaria | Miejsca | Prasówka | Recenzje | Stosiki | Tak sobie myślę
RSS
niedziela, 13 października 2013

„Olek z lamusa” - tak określił siebie jeden z uczestników programu Ugotowani, co mnie bardzo rozśmieszyło. Joly z lamusa – też mogłabym o sobie tak powiedzieć. Założyłam tego bloga w 2005 roku! - choć tak naprawdę zaczęłam coś pisać w 2008 - jak na standardy internetowe jestem więc weteranką, mimo to bez szczególnej popularności. Cóż... Przywiązałam się do starego, poczciwego bloxa, w którym pisanie postów jest banalnie proste. Lubię prostotę, więc podobało mi się, że mój blog jest czytelny, bez żadnych fajerwerków. To mi wystarczało, choć może nie można go zaliczyć do najpiękniejszych w sieci. Ostatnio jednak zachciało mi się czego „bardziej nowoczesnego”. W ten sposób postanowiłam przenieść się do blogspota, co okazało się nie być znowu takie proste, jak mi się wydawało. Trochę żal mi opuszczać bloxa, ma on swoje dobre strony, ale mam nadzieję, że to będzie pozytywna zmiana, a nowe miejsce będzie nie tylko ładne, ale zainspiruje mnie do tworzenia ciekawych postów.

Mój nowy blog znajdziecie TU



poniedziałek, 07 października 2013

Wysepka na skraju dalekiej Australii. Miejsce, gdzie spotykają się Ocean Indyjski oraz Ocean Spokojny. Latarnia. Światło między oceanami.

W to osamotnione miejsce ucieka Tom Sherbourne, okaleczony psychicznie po przejściach pierwszej wojny światowej. Potrzebuje spokoju, wyciszenia, by odnaleźć sens dalszego życia. Los stawia jednak na jego drodze pełną życia Izabel, mieszkankę pobliskiego miasteczka Partageuse. I już nie jest sam – oboje zamieszkują w latarni, bo praca latarnika to służba... Isabel bardzo chce mieć dziecko, prawdziwą rodzinę. Jej instynkt macierzyński nie daje się zagłuszyć i to staje się zarzewiem prawdziwych kłopotów. Wydaje się, że Bóg wysłuchał jej modłów, gdy pewnego dnia do brzegu ich wysepki przybija łódź, a w niej malutkie niemowlę. Mimo tego, że wypadek taki należałoby zgłosić, Isabel przekonuje męża, by zatrzymali dziecko. Tom ulega, choć wie, że postępują źle. Dręczą go jednak wyrzuty sumienia i sprawa nie daje mu spokoju.

Wypadki w tej książce potoczyły się trochę inaczej, niż sobie wyobrażałam, co nie znaczy, że jestem nią rozczarowana. Wręcz przeciwnie. Wydawało mi się, że będzie to nastrojowa powieść o dalekim zakątku świata, tymczasem Światło między oceanami dotyka przede wszystkim skomplikowanej tkanki relacji międzyludzkich. Autorka bardzo subtelnie pokazuje jak rodzinna sielanka przekształca się w dramat, którego aktorami stają się nie tylko Tom i Isabel oraz ich „córka”, ale także mieszkańcy Partageuse. Pozornie łatwa i - wydawałoby się – podjęta w dobrej wierze - decyzja o zaopiekowaniu się osieroconym dzieckiem okazuje się pociągać za sobą poważne konsekwencje i wiele ofiar. Bohaterowie stają przed naprawdę trudnymi wyborami. Powieść rodzi wiele pytań dotyczących tego, co jest słuszne, czyje dobro jest ważniejsze: matki czy dziecka, czy ważniejsze jest prawo, czy zdrowy rozsądek. Światło między oceanami buzuje także emocjami: miłością, rozpaczą, tęsknotą, zranionymi uczuciami. Są to jednak takie emocje, których bohaterowie nie wykrzykują, których nie wyciągają na światło dzienne, lecz raczej zmagają się z nimi w zaciszu własnego domostwa. Powieść w moim odczuciu cechuje duża delikatność i subtelność, lecz nie taka, która pociągałaby za sobą jakieś niejasności i niedopowiedzenia. Kiedy przebywamy wraz z latarnikiem na Janusowej skale, jej samotność jest wręcz namacalna, podobnie jak potem, na stałym lądzie namacalna jest atmosfera napięcia związanego ze sprawą małej Lucy. Postacie bohaterów są wyraziste, a ich dylematy bardzo dobrze opisane i umotywowane. Moje uznanie zyskało także zakończenie książki – wcale nieoczywiste, lecz podobnie jak całość powieści, emanujące jakimś „blaskiem”. Podziw wzbudza siła miłości, która mimo wszystko króluje na kartach książki, tej miłości, co to nie szuka poklasku i ostatecznie potrafi wybaczyć wszystko.

M.L.Stedman, Światło między oceanami, Wyd. Albatros, 2013

piątek, 04 października 2013

Być może istnieje sporo książek traktujących o procesach czarownic w Salem, jednak ja jeszcze żadnej nie czytałam, dlatego Zaginiona księga z Salem była dla mnie powiewem jakiejś świeżości. Powieść ta dzieje się współcześnie, ale odwołuje się do wydarzeń z przeszłości, w dużej mierze autentycznych. Świeżo upieczona doktorantka historii, Connie nagle zostaje poproszona przez swoją matkę o wysprzątanie i wystawienie na sprzedaż domu po babci. Wcześniej Connie nie miała nawet pojęcia, iż taki dom istnieje, a z matką, zamieszkującą na drugim końcu Stanów Zjednoczonych, nie miała najlepszych relacji. Dom okazuje się niezwykle wiekowy, zapuszczony i skrywający najwyraźniej wiele tajemnic. W trakcie porządków dziewczynie wpada w ręce stara Biblia z kluczem oraz dziwnym imieniem Deliverance Dane. Historyczka odkrywa, iż była to postać, żyjąca w Salem w XVII wieku i najwyraźniej mająca coś wspólnego z procesami czarownic. Zaintrygowana śledzi jej losy i tak dochodzi do istnienia księgi oraz odkrycia innych ciekawych faktów.

Zaginiona księga z Salem stanowi dobre połączenie literatury lekko sensacyjnej z książką historyczną, dzięki czemu można przy niej i rozerwać się, i poszerzyć swoją wiedzę. Autorka powieści, Katharine Howe najwyraźniej sporą część powieści oparła na własnym życiu: ona również zajmuje się historią kolonialnych Stanów Zjednoczonych, specjalizuje się w tematyce czarów, a do tego okazuje się być potomkinią straconych w Salem czarownic. To mi się spodobało. W książce znajdziemy wiele fragmentów omawiających owe historyczne wydarzenia, nie wspominając już o tych rozdziałach, w których przenosimy się w XVII wiek. Autorka ciekawie tłumaczy obyczaje, które przyczyniły się do procesów czarownic. Uświadamiamy sobie, jak trudne były warunki życia w purytańskich Stanach Zjednoczonych, dopiero co zasiedlonych, w społeczeństwie, które tak mało wiedziało o otaczającym ich świecie i w którym każda inność mogła spowodować oskarżenie o konszachty z siłami nieczystymi. W dawnych wiekach medycyna praktycznie nie istniała, ludzie nie mieli pojęcia o przyczynach chorób i dotykających ich nieszczęść, więc najchętniej przypisywali je działaniu sił nadprzyrodzonych: czy to opatrzności bożej, czy też diabłu. Osoby, które zdawały się lepiej orientować, takie jak kobiety, wykorzystujące dary natury, ryzykowały posądzenie o czary, nawet wtedy, kiedy pomagały ludziom. Od plotki lub zwykłego pomówienia blisko było do niebezpiecznych oskarżeń. Jakże głęboka była panująca wtedy ciemnota!

Bardzo dobrze czytało mi się tę powieść, z przyjemnością zagłębiałam się zarówno w perypetie Connie, jak i historyczne rozważania. Spodobał mi się klimat, w którym magia miesza się ze zdrowym rozsądkiem, teorie współczesne z dawnymi. Fragmentami książka zbliża się do powieści akademickiej – wtedy, kiedy bohaterka rozmawia ze swoim promotorem, czy odwiedza biblioteki, poszukując tytułowej zaginionej księgi. Zaginiona księga jest napisana bardzo plastycznym językiem: bez trudu mogłam wyobrazić sobie opisywane przez autorkę miejsca i sytuacje. Szczególne wrażenie zrobił na mnie opis odnalezienia domu po babci i jego ogrodu z „dziwnymi” roślinami. Trochę rozczarował mnie kierunek, jaki obrała pisarka pod koniec książki, postanawiając fabułę okrasić odczynianiem uroków w dosłownym tego słowa znaczeniu. Uprawianie czarów w XX wieku za pomocą XVII-wiecznych przepisów nie brzmi jednak zbyt wiarygodnie, był to dla mnie dosyć tani chwyt, rodem z kiczowatego serialu Czarodziejki. Wolałabym, by autorka bardziej trzymała się realiów i skupiła się na wątkach Connie oraz jej rodziny.

Katherine Howe, Zaginiona księga z Salem, Wyd. Niebieska Studnia, 2011

wtorek, 01 października 2013

Jak to się dzieje, że 60-letnia była pielęgniarka nagle zaczyna pisać (wydawać) książki? Może przez całe życie czuła się sfrustrowana, niewidzialna? Tak jak bohaterka jej powieści, Clover – pani domu, żona zapracowanego lekarza, matka dwojga dorosłych dzieci. Kiedyś miała pracę i robiła karierę zawodową, ale to wszystko gdzieś się rozpłynęło. Teraz, mając 54 lata nie ma już większych ambicji i przyjmuje ze zrozumieniem fakt, że nie jest zauważana. Nawet przez własną rodzinę. Dosłownie, bo pewnego dnia Clover znika – staje się niewidzialna. Nadal jest wzorową matką i żoną, ale bez ciała, czego nikt (lub prawie nikt) nie dostrzega.

Gdyby tak się nad tym zastanowić, to bycie niewidzialnym ma swoje zalety: nikt cię nie ocenia po wyglądzie, nie trzeba się przejmować zmarszczkami, można w zasadzie dostać się gdziekolwiek. Któż nie chciałby mieć takiego daru; w Harrym Potterze peleryna-niewidka była jednym z najcenniejszych przedmiotów. Lecz w Niewidzialnej pani domu niewidzialność jest traktowana przede wszystkim jak coś w rodzaju choroby, coś z czym trzeba się borykać. Interpretacja, że jest to wołanie o dostrzeżenie wszystkich kobiet, które od wieków są zawsze spychane na drugi plan – narzuca się sama przez się. Wszystkich przykładnych matek, żon, rezygnujących z własnego życia, własnych planów, po to, by służyć rodzinie. Gotować obiady, prać, sprzątać, zajmować się dziećmi, robić zakupy. Niestety próżno by oczekiwać od otoczenia za to jakiejś wdzięczności, bo z reguły taka postawa jest traktowana jako coś naturalnego, nawet w dzisiejszych, dosyć wyemancypowanych czasach. Czy więc powieść Jeanne Ray należy traktować jako głos w tej dyskusji?

Koncept, by „niewidzialność” gospodyń domowych, tudzież kobiet w słusznym wieku, nie postrzeganych już jako obiekt seksualny, potraktować dosłownie, jest interesujący. Takie science fiction w literaturze kobiecej. Autorka jednak chyba nie do końca miała pomysł, jak tę sytuację rozwiązać. Akcja w książce rozwija się niezupełnie w sposób, który skłaniałby do jakiejś pogłębionej refleksji. W końcu kobietom dotkniętym ową tajemniczą przypadłością niczego nie brakuje, „choroba” owa nie jest specjalnie uciążliwa, a jeśli chcą, nadal mogą normalnie funkcjonować. Przez bliskich nie są niedostrzegane, a wręcz przeciwnie – traktowane nadal, jakby nic się nie zmieniło. Co więcej, niewidzialne kobiety odkrywają, że dzięki swojej ułomności mogą zrobić wiele dobrego. Jest zatem ciekawie, ale... zbyt prosto, zbyt po amerykańsku. Takie jest też zakończenie książki: wszystko rozwiązuje się w błyskawiczny sposób, przy asyście świateł kamery, co zostawia czytelnika z dużym poczuciem niedosytu. Przyczyna niewidzialności okazuje się zupełnie inna, niż ta, którą od początku podejrzewaliśmy. Fakt, iż rodzina nawet nie zauważyła, że najbliższa im osoba zniknęła jest również potraktowany zbyt niefrasobliwie, pozostaje nie tylko niewyjaśniony, ale i nie wyciągnięte zostają z niego żadne konsekwencje. Dziwne wydało mi się to, że bohaterka nie czuje do swoich najbliższych o to żalu. Nie zastanawia się też czy – i w jakim stopniu – nie ponosi sama odpowiedzialności za to, co się stało. Refleksja jest zatem zastąpiona poszukiwaniem szybkich i prostych rozwiązań, leczeniem objawów, a nie przyczyn.

Dosyć długo na tę powieść polowałam i dlatego też spodziewałam się, czegoś więcej, a nie tylko mało wymagającej lektury. Tymczasem Niewidzialna pani domu to książka, którą potraktowałabym w kategoriach czystej rozrywki. Napisana jest prostym językiem, nie jest zbyt obszerna, czyta się bardzo szybko i bez wysiłku. W sam raz, jako przerywnik lub lekturę w czasie podróży, lecz trudno potraktować ją poważnie i przejąć się losem Amerykanek, dotkniętych niewidzialnością.

Jeanne Ray, Niewidzialna pani domu, Wyd. Wielka Litera, 2012

| < Październik 2013 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2013
3.Przeczytane w 2012
4.Przeczytane w 2010
5.Przeczytane w 2009
6.Przeczytane w 2008
7.Wymienię/sprzedam
8.Kontakt
Co czytać?