Kategorie: Wszystkie | Kulinaria | Miejsca | Prasówka | Recenzje | Stosiki | Tak sobie myślę
RSS

Tak sobie myślę

niedziela, 13 października 2013

„Olek z lamusa” - tak określił siebie jeden z uczestników programu Ugotowani, co mnie bardzo rozśmieszyło. Joly z lamusa – też mogłabym o sobie tak powiedzieć. Założyłam tego bloga w 2005 roku! - choć tak naprawdę zaczęłam coś pisać w 2008 - jak na standardy internetowe jestem więc weteranką, mimo to bez szczególnej popularności. Cóż... Przywiązałam się do starego, poczciwego bloxa, w którym pisanie postów jest banalnie proste. Lubię prostotę, więc podobało mi się, że mój blog jest czytelny, bez żadnych fajerwerków. To mi wystarczało, choć może nie można go zaliczyć do najpiękniejszych w sieci. Ostatnio jednak zachciało mi się czego „bardziej nowoczesnego”. W ten sposób postanowiłam przenieść się do blogspota, co okazało się nie być znowu takie proste, jak mi się wydawało. Trochę żal mi opuszczać bloxa, ma on swoje dobre strony, ale mam nadzieję, że to będzie pozytywna zmiana, a nowe miejsce będzie nie tylko ładne, ale zainspiruje mnie do tworzenia ciekawych postów.

Mój nowy blog znajdziecie TU



niedziela, 22 września 2013

Byłam na Targach Książki w Katowicach i muszę przyznać, że jestem bardzo rozczarowana.  W niczym nie przypominało to tych tłumów, jakie widziałam w zeszłym roku w Krakowie. Pewnie jestem naiwna, nie powinnam w ogóle tego porównywać, ale samo się narzucało. Na sali pustki, większość stoisk to stosika „okołoksiążkowe”, wydawnictw bardzo, bardzo mało.  Próżno szukałam moich ulubionych: Wydawnictwa Literackiego, czy Znaku. Czyżby większość oficyn uznała, że do Katowic nie warto przyjeżdżać? Zrobiło mi się przykro, ah jak bardzo przykro. Rozumiem, że Katowice to nie Warszawa, ale czy naprawdę wszystko, co ciekawe musi odbywać się w stolicy, ewentualnie w Krakowie? Czy Śląsk jest za mały, by urządzić na nim równie dobrą imprezę? W takich momentach czuje się, że mieszka się na prowincji – nie dlatego, że to małe miasto, ale dlatego, że inni traktują twoje miasto jak prowincję. I nie mam tu absolutnie pretensji do organizatorów, raczej bardziej do tych, którzy uznali, że tu nie ma sensu się pokazywać. Liczyłam też na taką akcję wymiany książek, jaka była na warszawskich targach – też na próżno. Przytachałam trzy książki, dwie prawdziwe cegły:

Duży plus za to, że blogerzy książkowi mogli wejść na targi za darmo (po rejestracji), o czym chyba warszawskie czy krakowskie targi nie pomyślały.  To dbanie o klientów, ale przede wszystkim oznaka, że to ludzie piszący o książkach w internecie naprawdę liczą się w środowisku literackim. Powiedziałabym nawet, że duża liczba imprez towarzyszących organizowanych właśnie pod blogerów zamieniła targi w imprezę nie tyle dla zwykłego czytelnika, ale właśnie dla osób „z branży”. Sama wpadłam raczej na chwilę, w piątek po popołudniu, obejście wszystkiego zajęło mi raptem pół godziny. Nie wiem, może w sobotę i niedzielę było lepiej. 

W każdym razie żal, że to tak wypadło, bo nie wiem, czy w tym roku będę miała okazję być w Krakowie.

sobota, 03 sierpnia 2013

Śmieję się sama z siebie, że moje czytanie jest regulowane porami roku. Przewidywalne, jak artykuły w kobiecych czasopismach: latem kremy do opalania i bikini, zimą gorąca herbata i narty. Dlatego latem pochłaniam książki, których akcja dzieje się gdzieś w Indiach, Afryce, krajach śródziemnomorskich - co widać, po moich ostatnich notkach. Książki podróżnicze. Czasem powieścidła lekkie, kobiece. Kiedy wszyscy ekscytują się nowościami, ja nadrabiam to, czego nie zdążyłam przeczytać poprzedniego lata, stąd Tygrysie wzgórza i Powrót do Missing. Bo kiedy kanikuła się skończy, nie mam już na podobne lektury ochoty. Nie lubię szukać w książkach ochłody latem i vice versa. I uświadomiłam sobie, że do końca wakacji został już tylko miesiąc i pewnie znowu nie zdążę z: Gorączką Michniewicza, Tajemnicą Sahary, czy Lavinią i jej córkami, nie wspominając już o aktualnościach, kuszących w księgarniach. No to najwyższy czas wrócić do lenienia się i czytania... ;)

wtorek, 07 maja 2013

Nie obchodzę urodzin bloga, ale na moim „liczniku” przeczytanych książek (Lubię Czytać) wybiła liczba 1000. Rzecz jasna ta liczba nie jest do końca prawdziwa, bo brakuje w mojej biblioteczce na portalu większości lektur z dzieciństwa, lektur szkolnych, podręczników, czytanych na studiach. Więc tak naprawdę było tych książek w moim życiu znacznie więcej, ale 1000 jak by nie było jest symboliczne i miłe dla oka :).

Zastanawiam się, czy ten tysiąc to dużo, czy mało. W przeliczeniu na lata wychodzi średnia jakieś 35 książek na rok. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że większość ludzi w ogóle nie czyta książek, to mój „wynik” jest imponujący. Z drugiej strony, jak sobie pomyślę, że na liście lektur, które chciałabym przeczytać jest kolejnych 500-set, to wychodzi na to, że będę miała co czytać przez następne 20 lat! A gdzie te książki, które dopiero zostaną napisane, wydane, okrzyknięte bestsellerami? A może bym sobie chciała przypomnieć, coś, co czytałam 10 lat temu? Czasu mi nie starczy.

Poza tym jednak to jest dużo, a nawet za dużo. Bo coraz częściej łapię się na tym, że wszystko mi się z czymś kojarzy. Że nic nie jest już dla mnie oryginalne, wszystko już kiedyś było, czytałam albo oglądałam. Bo losy bohaterów podobne. Albo piękne okoliczności przyrody. I w związku z tym jestem pewnie coraz bardziej krytyczna, sceptyczna, co objawia się też na moim blogu. Książki, które stają się bestsellerami, którymi inni się zachwycają - na mnie nierzadko nie robią takiego wrażenia.

Staram się ograniczać do tych książek, które naprawdę chcę przeczytać i których po tygodniu nie zapomnę. Mimo to lista potencjalnych lektur się nie zmniejsza, a raczej rozrasta, a ja wpadam w rodzaj amoku. Zbyt wiele opcji do wyboru. Ci, którzy czytają tylko od czasu do czasu, pewnie w ogóle nie wiedzą o czym w tym momencie mowa. Co za problem. Nie zastanawiają się nad tym, że w tym momencie, kiedy coś czytają, mogliby równie dobrze czytać coś innego, ciekawszego, bardziej wartościowego. Sama nie miałam kiedyś tego problemów!

A wy jak macie - czy też wraz z ilością przeczytanych książek wzrasta wasz krytycyzm? Czy przejmujecie się, że marnujecie swój czas czytając jakieś powieścidło, a tam czeka tyle innych fajniejszych książek?

czwartek, 07 marca 2013

Niestety moja ostatnia notka niezamierzenie wpisała się w najświeższą tragedię na Broad Peak. Wszyscy ludzie związani z górami cieszyli się, kiedy gruchnęła wiadomość, że szczyt został zdobyty. Zejście wydawało się tylko "formalnością"... Tymczasem okazało się, że lista polskich ofiar najwyższych gór wydłużyła się o kolejne nazwiska. Szkoda ludzi. Tym bardziej, że wiele wskazuje na to, że Maciej Berbeka własnym życiem przypłacił chęć pomocy Tomaszowi Kowalskiemu. Ten ostatni z kolei był taki młody i tak optymistycznie nastawiony, aż trudno uwierzyć, że zabrakło mu sił. Do szału doprowadzają mnie w tej sytuacji komentarze domorosłych ekspertów bredzących o tym, że himalaiści zostawiają swoich kolegów w potrzebie. I że sami są sobie winni, bo po co tam leźli. I że po co i że jakim prawem. Żeby było "śmieszniej" ostatnio wyemitowano odcinek "Prawa Agaty", w którym himalaista został oskarżony o spowodowanie śmierci swojego kolegi. Dla mnie taka sprawa byłaby absurdalna, scenariusz pisał chyba ktoś, kto nie ma pojęcia o górach, a już na pewno nie o zdobywaniu poważnych szczytów. My, którzy siedzimy sobie w ciepłym domu, nie mamy prawa wymądrzać się o "błędach" i oceniać tych, którzy walczą w tak ekstremalnych warunkach! To truizm, ale jak wiele osób o tym nie pamięta. Jest tylko kwestia tego, czy było sens tak ryzykować. Bo taki jest ten sport - i ryzyko, że się nie wróci trzeba chyba zawsze brać pod uwagę. Góry są bezlitosnym zabójcą, tym bardziej, że tak uzależniają. Nie wiem, czy to ma sens, ale każdy z himalaistów rozważa to we własnym sumieniu.

środa, 26 grudnia 2012

Eeeeh, nawiązując do poprzedniego wpisu, nie sądziłam nigdy, że się do mnie kolędy przyczepią, że będę chodzić i je sobie "podśpiewywać"! Ale chłopakom z Pectusa kolędy wychodzą rewelacyjnie - oto kolejna odsłona:)

wtorek, 25 grudnia 2012

Nie toleruję coverów tej piosenki. Nigdy nie sądziłam, że któryś mi się spodoba. Ale TO... to jest wyjątkowe... aż mi się zrobiło gorąco ;)

niedziela, 23 grudnia 2012

Olaboga, wróciłam do pracy i nagle przestałam mieć czas na cokolwiek. A zwłaszcza na czytanie. Nabrałam książek z biblioteki, prawie same nowości, po które są kolejki - kiedy ja to przeczytam?? A było tak pięknie, tak beztrosko :( Po roku nieobecności czułam się, jakbym szła do nowej pracy. Teraz będę pisać już nie recenzje, ale znowu pisma, wnioski i protesty... Nawet o tym nie chcę myśleć, żeby się nie dołować, trzeba patrzeć przed siebie, bo mimo wszystko nowe rozdanie zapowiada się całkiem interesująco. Zacznie się po Nowym Roku, tymczasem panuje ogólne świąteczne rozprężenie. Bardzo podobały mi się świąteczne życzenia księgarni Legimi:

Na czytanie będzie czas, gdy od stołu wygna nas brzuch pełniutki, wrażeń moc i prezentów pełen trzos. Weź swój tablet, czytnik chwyć, od lektury zaczniesz tyć, jeśli tylko z książką Twą, leżeć będzie ciastek tom.

niedziela, 16 grudnia 2012

Mija miesiąc od kiedy zaczął się u mnie remont - nie sądziłam, że prace w tak małym mieszkaniu i to w zasadzie w podstawowym zakresie, zajmą tyle czasu. Było ciężko, pieniądze na remont płynęły jak woda i chwilami zastanawiałam się w imię czego... Pomyśleć, że zaczęło się od zapchanej wanny. Wczoraj, po tygodniu sprzątania stwierdziłam, że wreszcie wychodzę na prostą. Wprawdzie czekam jeszcze na kafelki do kuchni, które jadą i jakoś nie mogą dojechać, jeszcze muszę pomalować szafki i krzesła, ale to już "drobiazg", skoro meble stoją, kuchenka i zmywarka działają, a ja doczyściłam już wszystkie kąty.

Ostatnio zauważyłam, że połowę rzeczy w domu (o ile nie więcej) mam z IKEI. Nie zliczę ile razy odwiedziłam szwedzkiego potentata w ostatnim miesiącu. Fakt, że stylem urządzania wnętrz, który najbardziej mnie ujmuje jest właśnie styl skandynawski. Na przykład taka kuchnia...

A jak się robi zakupy w IKEI? Podobno to sklep tani i przyjazny klientowi. Ostatnie doświadczenia zweryfikowały moje sądy na ten temat. Po pierwsze żeby cokolwiek kupić, a w szczególności coś konkretnego, upatrzonego (np. na stronie internetowej) trzeba nieźle się nabiegać po dużym sklepie i naszukać. To zawsze wiedziałam, ale kiedy się ma ograniczony zasób czasu, a w pobliżu (oczywiście) żadnego sprzedawcy... Wszystko jest jeszcze w miarę OK, jeśli do IKEI zagląda się w poszukiwaniu jakichś gadżetów: pościeli, garnków, czy świeczuszek. Problem robi się, kiedy chcemy kupić coś większego, np. meble. Magazyn samoobsługowy? Pięknie, pod warunkiem, że się jest facetem (i to z krzepą). A jak poradzić sobie ma z cięższymi pakunkami kobieta, albo ktoś słabszy? Cóż, kiedy już udało mi się załadować rzeczone meble na wózek, zapchać to do kasy, zapłacić, w tłumie wymanewrować wózkiem do kolejki do stanowiska transportu i trochę odetchnąć, że jeszcze tylko chwila i będzie po wszystkim, spojrzałam na paragon... I okazało się, że kupiłam złe drzwi do regału (załadowane przez pracownika IKEI). Więc co? Musiałam drzwi oddać, z powrotem pędzić do sklepu, po raz wtóry męczyć się z wózkiem, a na koniec drugi raz stanąć w kolejce do transportu. Nadmienię, że niestety była to niedziela, a więc wszędzie dzikie tłumy i kilometrowe kolejki (podobno mamy kryzys?). Wszystko to zabrało mi łącznie ponad godzinę. Zła, zmęczona i głodna. Dobrze choć, że pomyłkę zauważyłam jeszcze w sklepie, bo gdyby to przyjechało do domu, to nie chcę nawet myśleć...

I tu zbliżamy się do sedna sprawy: otóż IKEA oczywiście oferuje szereg usług, takich jak kompletowanie zakupów, transport, montaż, etc. Tylko że za to wszystko płaci się GRUBĄ kasę i wygląda to po prostu na niezłe łupienie skóry, zwłaszcza, że czasem człowiek naprawdę nie ma innego wyjścia, jak skorzystać z owych usług. No bo jak np. zabrać do auta paczkę, która ma prawie 2 metry długości (i waży z 20kg)? Ja zapłaciłam za transport, wniesienie, montaż blatu kuchennego i dodatkowo dojazd montażysty (i to tyle, jakby jechał do Opola, a nie z Katowic do Katowic). W dodatku na ów montaż czekałam 2 tygodnie, w czasie których miałam zamrożone skończenie remontu w kuchni... Zamówienie owego montażu to zresztą kolejna, osobna historia... Kupowałam blat w niedzielę, montaż (i transport) miał być na piątek. Długo, ale jakoś wytrzymam te kilka dni – pomyślałam sobie. Tymczasem piątek nadszedł, ekipy brak. I kiedy wzięłam do ręki karteluszek z zamówieniem, co odkryłam? Że chodzi o następny piątek, 14 grudnia. Nieźle się wkurzyłam. Obsługujący w sklepie nie podał mi daty, a jeśli ktoś mówi mi „w piątek” to domniemywam, że w najbliższy piątek, a nie za dwa tygodnie, czy za miesiąc! Ponieważ nie chciałam dłużej czekać na meble, musiałam podwójnie zapłacić za dojazd ekipy. Taka oto tania i przyjazna jest nasza IKEA. Nie wiem, czy w innych krajach też to tak wygląda, ale w Polsce priorytetem jest zawsze zysk, a nie zadowolenie klientów. Za darmo nie ma nic. I naprawdę na tym świecie lepiej jest być facetem...

Szczęściem panowie montażyści, którzy przyjechali w miniony piątek, okazali się bardzo sympatyczni i kompetentni, co osłodziło mi trochę odpływ gotówki, zaś kuchnia z nowym blatem i zlewem wygląda wreszcie przyzwoicie :) No a moja ostatnia wizyta w IKEI zaowocowała m.in. upolowaniem świetnych zasłon, za bardzo przyzwoitą cenę, co też poprawiło mi humor. Wreszcie, co bardzo istotne, nowy regał z IKEI okazał się bardzo pojemny i pomieściły mi się w nim wszystkie książki, które zaczęły już mi się wysypywać ze starych mebli. Tylko łazience ciągle daleko do łazienki marzeń, ale lepiej już nie będzie. Może w jakimś nowym mieszkaniu...

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Olimpiada się skończyła pięknie - i co ja teraz zrobię bez zapasów, siatkówki plażowej i kolarstwa torowego? Mam syndrom poigrzyskowy. Oczywiście jak Polska długa i szeroka słychać teraz biadolenie, zastanawianie się, co poszło nie tak i gdzie są nasze medale. Ja nie wiem, gdzie są, aż tak się na sporcie nie znam, choć dziwne mi się wydaje, że na 218 sportowców, którzy pojechali do Londynu, medale przywiozło tylko 10-ciu. Czy gdzieś jest statystyka jak wygląda właśnie taki stosunek w innych krajach? Codzienne słuchanie najpierw entuzjastycznego komentatora, zapowiadającego nasze szanse medalowe, a potem oglądanie jak Polacy znowu zajmują ostatnie miejsca, nie kwalifikują się do finałów, przegrywają - było przygnębiające, by nie powiedzieć - upokarzające. I za każdym razem niezmiennie padające z ust dziennikarzy pytanie: CO SIĘ STAŁO?, na które biedny sportowiec oczywiście nie był w stanie odpowiedzieć. No, bo co można powiedzieć i czy jakakolwiek odpowiedź by nas, kibiców usatysfakcjonowała?

Oczywiście najbardziej rozdzierane są szaty nad klęską polskich siatkarzy, tak hołubionych i faworyzowanych. Przed meczem z Australią komentatorzy już dzielili skórę na niedźwiedziu, przyznając nam pierwsze miejsce w grupie, bo przecież wygrana nie pozostawiała żadnych wątpliwości. A tu taki klops. Po tej przegranej, z drużyną przecież o wiele słabszą, wiedziałam już, że zaczął się zjazd i że Polacy przegrają. Porażka w ćwierćfinale w ogóle mnie nie zdziwiła - wręcz przeciwnie, spodziewałam się jej. Nie mam pojęcia czemu tak jest, ale tak właśnie mają Polacy... śmieszą mnie dywagacje wszelakich domorosłych "ekspertów", wymądrzających się, że gdyby X stał na tej pozycji, a Y zagrał w tym meczu, to napewno byłoby lepiej... Oj tak, cienka jest granica między miłością, a nienawiścią i dlatego nasi siatkarze musieli do kraju wrócić chyłkiem i na raty...

Nie wiem, jak to jest, że sportowcy z innych krajów, nawet biedniejszych, czy mniejszych niż Polska mogą wygrywać, a Polacy nie potrafią. Dlaczego przegrali faworyci? Jak to jest, że Węgrzy zdobyli tyle medali? A co powiedzieć o Polakach startujących dla innych krajów i wygrywających bez problemu? A jeśli Polak pobija na Olimpiadzie swój rekord, rekord Polski, a mimo to jest na szarym końcu, to świadczy to o tym, że polski sport jest lata świetlne za sportem światowym. Niedoinwestowani? Przecież podobno na przygotowanie kadry do Londynu wydano grube miliony. Nie wiem, żadne wytłumaczenie tego: że psychika, że kondycja, że pieniądze nie wydaje mi się wystarczające, bo każde można podważyć znajdując przykłady tych, którzy jednak odnieśli zwycięstwo. Na przykład Rosjan w finale siatkarskim. Co za mecz! Już Brazylijczycy czuli smak złota, już byli w ogródku, już witali się z gąską, mieli przecież piłkę meczową. A Rosjanie potrafili z tego wyjść i na dodatek wygrać cały mecz. A jednak można! Nigdy nie kibicowałam Rosjanom, ale patrząc wczoraj na to, co wyczyniali, jak walczyli - po prostu nie można było nie stanąć po ich stronie. Cieszę się również z trzeciego miejsca Włochów - ah te serwisy Savaniego... Chciałabym zobaczyć polskich sportowców tak walczących, tak zmagających się z własnymi słabościami i zwyciężających, a nie ciągle tłumaczących się ze swoich porażek.

I dlatego w gruncie rzeczy, mimo poczucia pustki należy cieszyć się, że Olimpiada się skończyła. Siedem dobrych na to powodów przedstawiają panowie Z Czuba. 

Christian Savani - najlepszy zagrywający turnieju siatkarskiego.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2013
3.Przeczytane w 2012
4.Przeczytane w 2010
5.Przeczytane w 2009
6.Przeczytane w 2008
7.Wymienię/sprzedam
8.Kontakt
Co czytać?