Recenzje

poniedziałek, 07 października 2013

Wysepka na skraju dalekiej Australii. Miejsce, gdzie spotykają się Ocean Indyjski oraz Ocean Spokojny. Latarnia. Światło między oceanami.

W to osamotnione miejsce ucieka Tom Sherbourne, okaleczony psychicznie po przejściach pierwszej wojny światowej. Potrzebuje spokoju, wyciszenia, by odnaleźć sens dalszego życia. Los stawia jednak na jego drodze pełną życia Izabel, mieszkankę pobliskiego miasteczka Partageuse. I już nie jest sam – oboje zamieszkują w latarni, bo praca latarnika to służba... Isabel bardzo chce mieć dziecko, prawdziwą rodzinę. Jej instynkt macierzyński nie daje się zagłuszyć i to staje się zarzewiem prawdziwych kłopotów. Wydaje się, że Bóg wysłuchał jej modłów, gdy pewnego dnia do brzegu ich wysepki przybija łódź, a w niej malutkie niemowlę. Mimo tego, że wypadek taki należałoby zgłosić, Isabel przekonuje męża, by zatrzymali dziecko. Tom ulega, choć wie, że postępują źle. Dręczą go jednak wyrzuty sumienia i sprawa nie daje mu spokoju.

Wypadki w tej książce potoczyły się trochę inaczej, niż sobie wyobrażałam, co nie znaczy, że jestem nią rozczarowana. Wręcz przeciwnie. Wydawało mi się, że będzie to nastrojowa powieść o dalekim zakątku świata, tymczasem Światło między oceanami dotyka przede wszystkim skomplikowanej tkanki relacji międzyludzkich. Autorka bardzo subtelnie pokazuje jak rodzinna sielanka przekształca się w dramat, którego aktorami stają się nie tylko Tom i Isabel oraz ich „córka”, ale także mieszkańcy Partageuse. Pozornie łatwa i - wydawałoby się – podjęta w dobrej wierze - decyzja o zaopiekowaniu się osieroconym dzieckiem okazuje się pociągać za sobą poważne konsekwencje i wiele ofiar. Bohaterowie stają przed naprawdę trudnymi wyborami. Powieść rodzi wiele pytań dotyczących tego, co jest słuszne, czyje dobro jest ważniejsze: matki czy dziecka, czy ważniejsze jest prawo, czy zdrowy rozsądek. Światło między oceanami buzuje także emocjami: miłością, rozpaczą, tęsknotą, zranionymi uczuciami. Są to jednak takie emocje, których bohaterowie nie wykrzykują, których nie wyciągają na światło dzienne, lecz raczej zmagają się z nimi w zaciszu własnego domostwa. Powieść w moim odczuciu cechuje duża delikatność i subtelność, lecz nie taka, która pociągałaby za sobą jakieś niejasności i niedopowiedzenia. Kiedy przebywamy wraz z latarnikiem na Janusowej skale, jej samotność jest wręcz namacalna, podobnie jak potem, na stałym lądzie namacalna jest atmosfera napięcia związanego ze sprawą małej Lucy. Postacie bohaterów są wyraziste, a ich dylematy bardzo dobrze opisane i umotywowane. Moje uznanie zyskało także zakończenie książki – wcale nieoczywiste, lecz podobnie jak całość powieści, emanujące jakimś „blaskiem”. Podziw wzbudza siła miłości, która mimo wszystko króluje na kartach książki, tej miłości, co to nie szuka poklasku i ostatecznie potrafi wybaczyć wszystko.

M.L.Stedman, Światło między oceanami, Wyd. Albatros, 2013

piątek, 04 października 2013

Być może istnieje sporo książek traktujących o procesach czarownic w Salem, jednak ja jeszcze żadnej nie czytałam, dlatego Zaginiona księga z Salem była dla mnie powiewem jakiejś świeżości. Powieść ta dzieje się współcześnie, ale odwołuje się do wydarzeń z przeszłości, w dużej mierze autentycznych. Świeżo upieczona doktorantka historii, Connie nagle zostaje poproszona przez swoją matkę o wysprzątanie i wystawienie na sprzedaż domu po babci. Wcześniej Connie nie miała nawet pojęcia, iż taki dom istnieje, a z matką, zamieszkującą na drugim końcu Stanów Zjednoczonych, nie miała najlepszych relacji. Dom okazuje się niezwykle wiekowy, zapuszczony i skrywający najwyraźniej wiele tajemnic. W trakcie porządków dziewczynie wpada w ręce stara Biblia z kluczem oraz dziwnym imieniem Deliverance Dane. Historyczka odkrywa, iż była to postać, żyjąca w Salem w XVII wieku i najwyraźniej mająca coś wspólnego z procesami czarownic. Zaintrygowana śledzi jej losy i tak dochodzi do istnienia księgi oraz odkrycia innych ciekawych faktów.

Zaginiona księga z Salem stanowi dobre połączenie literatury lekko sensacyjnej z książką historyczną, dzięki czemu można przy niej i rozerwać się, i poszerzyć swoją wiedzę. Autorka powieści, Katharine Howe najwyraźniej sporą część powieści oparła na własnym życiu: ona również zajmuje się historią kolonialnych Stanów Zjednoczonych, specjalizuje się w tematyce czarów, a do tego okazuje się być potomkinią straconych w Salem czarownic. To mi się spodobało. W książce znajdziemy wiele fragmentów omawiających owe historyczne wydarzenia, nie wspominając już o tych rozdziałach, w których przenosimy się w XVII wiek. Autorka ciekawie tłumaczy obyczaje, które przyczyniły się do procesów czarownic. Uświadamiamy sobie, jak trudne były warunki życia w purytańskich Stanach Zjednoczonych, dopiero co zasiedlonych, w społeczeństwie, które tak mało wiedziało o otaczającym ich świecie i w którym każda inność mogła spowodować oskarżenie o konszachty z siłami nieczystymi. W dawnych wiekach medycyna praktycznie nie istniała, ludzie nie mieli pojęcia o przyczynach chorób i dotykających ich nieszczęść, więc najchętniej przypisywali je działaniu sił nadprzyrodzonych: czy to opatrzności bożej, czy też diabłu. Osoby, które zdawały się lepiej orientować, takie jak kobiety, wykorzystujące dary natury, ryzykowały posądzenie o czary, nawet wtedy, kiedy pomagały ludziom. Od plotki lub zwykłego pomówienia blisko było do niebezpiecznych oskarżeń. Jakże głęboka była panująca wtedy ciemnota!

Bardzo dobrze czytało mi się tę powieść, z przyjemnością zagłębiałam się zarówno w perypetie Connie, jak i historyczne rozważania. Spodobał mi się klimat, w którym magia miesza się ze zdrowym rozsądkiem, teorie współczesne z dawnymi. Fragmentami książka zbliża się do powieści akademickiej – wtedy, kiedy bohaterka rozmawia ze swoim promotorem, czy odwiedza biblioteki, poszukując tytułowej zaginionej księgi. Zaginiona księga jest napisana bardzo plastycznym językiem: bez trudu mogłam wyobrazić sobie opisywane przez autorkę miejsca i sytuacje. Szczególne wrażenie zrobił na mnie opis odnalezienia domu po babci i jego ogrodu z „dziwnymi” roślinami. Trochę rozczarował mnie kierunek, jaki obrała pisarka pod koniec książki, postanawiając fabułę okrasić odczynianiem uroków w dosłownym tego słowa znaczeniu. Uprawianie czarów w XX wieku za pomocą XVII-wiecznych przepisów nie brzmi jednak zbyt wiarygodnie, był to dla mnie dosyć tani chwyt, rodem z kiczowatego serialu Czarodziejki. Wolałabym, by autorka bardziej trzymała się realiów i skupiła się na wątkach Connie oraz jej rodziny.

Katherine Howe, Zaginiona księga z Salem, Wyd. Niebieska Studnia, 2011

wtorek, 01 października 2013

Jak to się dzieje, że 60-letnia była pielęgniarka nagle zaczyna pisać (wydawać) książki? Może przez całe życie czuła się sfrustrowana, niewidzialna? Tak jak bohaterka jej powieści, Clover – pani domu, żona zapracowanego lekarza, matka dwojga dorosłych dzieci. Kiedyś miała pracę i robiła karierę zawodową, ale to wszystko gdzieś się rozpłynęło. Teraz, mając 54 lata nie ma już większych ambicji i przyjmuje ze zrozumieniem fakt, że nie jest zauważana. Nawet przez własną rodzinę. Dosłownie, bo pewnego dnia Clover znika – staje się niewidzialna. Nadal jest wzorową matką i żoną, ale bez ciała, czego nikt (lub prawie nikt) nie dostrzega.

Gdyby tak się nad tym zastanowić, to bycie niewidzialnym ma swoje zalety: nikt cię nie ocenia po wyglądzie, nie trzeba się przejmować zmarszczkami, można w zasadzie dostać się gdziekolwiek. Któż nie chciałby mieć takiego daru; w Harrym Potterze peleryna-niewidka była jednym z najcenniejszych przedmiotów. Lecz w Niewidzialnej pani domu niewidzialność jest traktowana przede wszystkim jak coś w rodzaju choroby, coś z czym trzeba się borykać. Interpretacja, że jest to wołanie o dostrzeżenie wszystkich kobiet, które od wieków są zawsze spychane na drugi plan – narzuca się sama przez się. Wszystkich przykładnych matek, żon, rezygnujących z własnego życia, własnych planów, po to, by służyć rodzinie. Gotować obiady, prać, sprzątać, zajmować się dziećmi, robić zakupy. Niestety próżno by oczekiwać od otoczenia za to jakiejś wdzięczności, bo z reguły taka postawa jest traktowana jako coś naturalnego, nawet w dzisiejszych, dosyć wyemancypowanych czasach. Czy więc powieść Jeanne Ray należy traktować jako głos w tej dyskusji?

Koncept, by „niewidzialność” gospodyń domowych, tudzież kobiet w słusznym wieku, nie postrzeganych już jako obiekt seksualny, potraktować dosłownie, jest interesujący. Takie science fiction w literaturze kobiecej. Autorka jednak chyba nie do końca miała pomysł, jak tę sytuację rozwiązać. Akcja w książce rozwija się niezupełnie w sposób, który skłaniałby do jakiejś pogłębionej refleksji. W końcu kobietom dotkniętym ową tajemniczą przypadłością niczego nie brakuje, „choroba” owa nie jest specjalnie uciążliwa, a jeśli chcą, nadal mogą normalnie funkcjonować. Przez bliskich nie są niedostrzegane, a wręcz przeciwnie – traktowane nadal, jakby nic się nie zmieniło. Co więcej, niewidzialne kobiety odkrywają, że dzięki swojej ułomności mogą zrobić wiele dobrego. Jest zatem ciekawie, ale... zbyt prosto, zbyt po amerykańsku. Takie jest też zakończenie książki: wszystko rozwiązuje się w błyskawiczny sposób, przy asyście świateł kamery, co zostawia czytelnika z dużym poczuciem niedosytu. Przyczyna niewidzialności okazuje się zupełnie inna, niż ta, którą od początku podejrzewaliśmy. Fakt, iż rodzina nawet nie zauważyła, że najbliższa im osoba zniknęła jest również potraktowany zbyt niefrasobliwie, pozostaje nie tylko niewyjaśniony, ale i nie wyciągnięte zostają z niego żadne konsekwencje. Dziwne wydało mi się to, że bohaterka nie czuje do swoich najbliższych o to żalu. Nie zastanawia się też czy – i w jakim stopniu – nie ponosi sama odpowiedzialności za to, co się stało. Refleksja jest zatem zastąpiona poszukiwaniem szybkich i prostych rozwiązań, leczeniem objawów, a nie przyczyn.

Dosyć długo na tę powieść polowałam i dlatego też spodziewałam się, czegoś więcej, a nie tylko mało wymagającej lektury. Tymczasem Niewidzialna pani domu to książka, którą potraktowałabym w kategoriach czystej rozrywki. Napisana jest prostym językiem, nie jest zbyt obszerna, czyta się bardzo szybko i bez wysiłku. W sam raz, jako przerywnik lub lekturę w czasie podróży, lecz trudno potraktować ją poważnie i przejąć się losem Amerykanek, dotkniętych niewidzialnością.

Jeanne Ray, Niewidzialna pani domu, Wyd. Wielka Litera, 2012

niedziela, 29 września 2013

Mimi Alford przez 40 lat ukrywała, że kiedy była stażystką w Białym Domu, miała romans z prezydentem Kennedy’m. Chociaż może romans to złe słowo, raczej należałoby powiedzieć „związek erotyczny’, gdyż nie podejrzewałabym Kennedy’ego o głębsze uczucia do dziewczyny. To, że Kennedy był kobieciarzem i zdradzał Jacqueline na lewo i na prawo, to powszechnie wiadomo. W ogóle mnie to nie zdziwiło. Zdziwił mnie natomiast fakt, że po tylu latach ujawnienie kolejnego jego związku pozamałżeńskiego prezydenta (cała sprawa wyszła na jaw w 2005 roku) budzi jeszcze takie emocje w Stanach Zjednoczonych.

Cała rzecz działa się w czasie, kiedy żona prezydenta była w ciąży i kiedy wybuchł tzw. kryzys kubański, a bliska relacja prezydenta ze stażystką trwała praktycznie rzecz biorąc do jego śmierci. W tym czasie dziewczyna była już zaręczona i przygotowywała się do ślubu. Byłam dosyć zaszokowana precyzją opisu wydarzeń przez Alford. Zastanawiałam się, jak to możliwe, iż po tylu latach kobieta pamięta takie szczegóły, chyba że pisała pamiętnik. Wydaje się, że Alford niczego w swojej relacji nie ukrywa, nawet momentów, które były dla niej upokarzające, choć wspomina je bez zbytniej ekscytacji. W części dotyczącej relacji z Kennedym Stażystka jest po prostu dobrze skonstruowanym sprawozdaniem z faktów, co budzi w czytelnikach sprzeciw i pytania: „no ale jak tam można było”. Dziewczyna była po prostu na każde skinienie prezydenta. Uderzające jest to, że nie zastanawiała się ona, dlaczego prezydent Stanów Zjednoczonych romansuje z nastolatką, czy to jest w porządku, że pływa sobie w najlepsze z panienkami i bez ceregieli zaprasza ją do swojej sypialni… Alford opisuje to tak, jakby było to zupełnie normalne. Czy była aż tak naiwna i niewinna? Pojęcia takie jak gwałt, czy molestowanie nie przychodziły jej do głowy, choć zachowanie Kennedy’ego można do nich zaliczyć. Ale to były przecież inne czasy, czasy kiedy to mężczyźni przewodzili, a kobiety co najwyżej mogły im asystować. Mimi nie wspomina również, aby miała jakieś wyrzuty sumienia w związku ze swoim romansem i z tym, że wiodła podwójne życie, okłamując swoich bliskich. Nie wstydzi się tego, co robiła, nie żałuje… Była młoda, głupia, zafascynowana mężczyzną, który miał taką władzę, a zwrócił uwagę właśnie na nią… Tylko, że po latach kobieta powinna już chyba ochłonąć i umieć spojrzeć krytycznie na owe wydarzenia.

Książkę, napisaną prostym językiem bardzo dobrze mi się czytało. Po namyśle stwierdzam jednak, iż zdecydowanie brak w niej głębszej refleksji autorki nad tym, co się wydarzyło, nad własnymi emocjami i czynami. Niewątpliwie Mimi Alford musiała być w prezydencie zakochana, skoro relacja ta zostawiła w niej taki ślad. Jej wypowiedzi o nim mają czuły ton, nie pojawia się w nich ani krytyka, ani rozgoryczenie, że została przez niego zwyczajnie wykorzystana. Sednem Stażystki, do którego dochodzimy w drugiej połowie książki jest tak naprawdę nie sam romans, ale to, jak długoletnie trzymanie tego w sekrecie wpłynęło na życie Alford. To tę kwestię autorka analizuje, opowiadając nam o swoim dalszym życiu, o nieudanym małżeństwie, tak że pod koniec książki jej wypowiedzi przypominały mi amerykański poradnik. Miałam wrażenie, że Stażystka stała się dla jej autorki taką swoistą terapią po latach. Książka bynajmniej nie ma charakteru książki skandalizującej, bo – jak już pisałam – romanse Kennedy’ego dawno przestały wzbudzać sensację.

Mimi Alford, Stażystka, Wyd. Znak, 2012 

środa, 25 września 2013

Tyle napisano już szwedzkich kryminałów, w których policja wydaje się nie radzić sobie ze śledztwem, a tu okazuje się, że wcale nie trzeba tworzyć fikcji, bo równie interesujących scenariuszy dostarcza samo życie. W latach 90-tych ubiegłego wieku niejaki John Ausonius, obywatel szwedzki biegał po Sztokholmie z bronią, polując na tzw. imigrantów. Ofiary wybierał przypadkowo – jedynym wyznacznikiem był ich wygląd, a zatem ciemna karnacja, odbiegająca od wyglądu typowego Szweda, tj. blond włosów i niebieskich oczu. Postrzelił 11 osób. Rabował też banki, brał udział w bójkach. Przekraczał granice bez paszportu, podróżując m.in. do RPA. Zanim wziął się za zabijanie był notowany i przebywał w więzieniu. Policji złapanie go zajęło prawie rok, przez który to czas właściwie błądzono po omacku, nie dysponując żadnymi wyraźnymi śladami, ani też świadkami. To nie jest bynajmniej dochodzenie, jakie oglądamy w amerykańskich serialach, typu CSI.

W zeszłym roku, kiedy czytałam świetny reportaż Policjanci i złodzieje, byłam zbulwersowana i wstrząśnięta indolencją organów ścigania w Norwegii. Mężczyzna z laserem jest książką w podobnym duchu do wspomnianych Policjantów i złodziei. Zadziwia i szokuje bezradność policji, a także momentami jej brak inicjatywy. Wydawałoby się, iż w dochodzeniu, które elektryzuje całą Szwecję, powinien być sprawdzony każdy ślad, ale... Jak to możliwe, że w okresie, kiedy po mieście grasuje uzbrojony przestępca, patrol policyjny nawet nie składa raportu z doniesienia świadka, iż widziano podejrzanego typa w pobliżu kiosku prowadzonego przez imigranta? A czy nie jest dziwne, że w miejscu, gdzie zastawiono na podejrzanego pułapkę, nie było ani jednego policjanta wtedy, kiedy ów podejrzany rzeczywiście się pojawił i żaden z policjantów nie odbierał wtedy telefonu?? Ważne dowody trafiały na półkę, a jeden ze śledczych nie chciał zająć się podejrzanym, kiedy śledztwo zaszło już tak daleko, bo uznał, że to byłoby zbyt proste... Takie rzeczy tylko w Szwecji... dość wspomnieć, że nigdy nie odnaleziono zabójcy Olofa Palmego. Kiedy się to czyta, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy tak właśnie wygląda szara policyjna rzeczywistość – jeśli policji nie dopisze szczęście, jeśli przypadkiem nie trafi na ślad, sprawa może zostać nigdy nie rozwiązana, a przestępca bezkarny. Jeśli tak jest w Skandynawii, to co dopiero u nas...

Mężczyzna z laserem to obszerny, wielowątkowy reportaż, w którym autor nie tylko opisuje sprawę Ausoniusa, usiłując dociec, co skłoniło go do zejścia na drogę przestępstwa, ale również naświetla tło tych zbrodni. Była nim narastająca w Szwecji wrogość wobec imigrantów, w szczególności oczywiście tych, pochodzących z krajów Bliskiego Wschodu. Podtytuł: Historia szwedzkiej nienawiści jest tu bardzo trafny. Okazuje się, że Szwecja jest tym krajem w Europie, gdzie nazizm i ideologia faszystowska mają się całkiem dobrze, o czym zresztą też wspomina niejeden skandynawski kryminał. Podżeganie do nienawiści rasowej, dyskryminacja ze względu na kolor skóry, lekceważenie przepisów, bazowanie na stereotypach i uprzedzeniach – to co działo się w Szwecji nijak nie przystaje do idealnego wizerunku tego kraju. Świadczy to o jakiejś porażce systemu, który nie potrafił w odpowiedni sposób zareagować na to, co się dzieje, na wyskoki nielicznych ludzi, które potem za sprawą demagogii i mediów przekształciły się w prawdziwy problem. Myślę, że wcześniej czy później taka sytuacja następuje w każdym kraju, do którego spływają imigranci – to kwestia obrony tożsamości kulturowej danego narodu. Imigranci są obcy, inni (np. wyglądają inaczej niż my), czasem rzeczywiście sprawiają problemy, nie chcą się zintegrować z naszą kulturą. Łatwo stają się kozłem ofiarnym, obwinianym o wszystko. Tylko że - po licznych doświadczeniach z faszyzmem i rasizmem – państwo nie może pozostawać na coś takiego obojętne. W Polsce nie mamy takich problemów – JESZCZE, ale już widać że i nasz system nie jest dostosowany do walki z nietolerancją, rasizmem, ksenofobią – dość wspomnieć niedawną sprawę z decyzją któregoś sądu, stwierdzającą, iż swastyka jest hinduskim symbolem szczęścia...

Mężczyznę z laserem czyta się jak bardzo dobry kryminał i nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcać do jego lektury.

Gellert Tamas, Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści, Wyd. Czarne, 2013

poniedziałek, 23 września 2013

Isadora pisze o zachowaniach, które mogą świadczyć o książkowym uzależnieniu. Wprawdzie Śląskim Blogerem Książkowym jestem z racji zamieszkania, a nie z racji oficjalnej przynależności, ale się podłączę:

1. W dzieciństwie książki były twoimi najlepszymi przyjaciółmi.

Tak, to prawda. Dzieciństwo pamiętam jak przez mgłę, ale wiem, że nauczyłam się czytać na długo przed pójściem do szkoły, bo ciągnęło mnie do książek. Ponieważ nikt mi nie czytał, więc musiałam się o to zatroszczyć sama...

2. Kiedy czytasz dobrą książkę, zapominasz o jedzeniu i spaniu.

No nie. Jedzenie i spanie to w końcu podstawowe potrzeby, które trudno ignorować. A kiedy jestem głodna, trudno mi się skupić na czytaniu.

3. Twoje wzloty i upadki są całkowicie uzależnione od tego, co akurat czytasz.

Znowu nie – potrafię odróżnić fikcję od rzeczywistości ;)

4. Przeżywasz traumę przez coś, co zdarzyło się "tylko" w książce.

Zdarzyło się. Wprawdzie ostatnio coraz rzadziej trafiam na takie książki, które bym aż tak przeżywała. Traumę miałam przy czytaniu „Nawałnicy mieczy”, co przyczyniło się do tego, że Grę o tron uważam za jedną z najlepszych lektur w moim życiu.

5. Masz w portfelu na wierzchu kartę do biblioteki, a nie prawo jazdy.

Haha, owszem. Z biblioteki korzystam bardzo często, więc karta biblioteczna jest zawsze na wierzchu.

6. Myślisz o kolorach w kategoriach serii Penguin Classic. 

Nie. To zresztą jest typowe dla krajów anglosaskich, u nas przecież nie ma Penguina.

7. Deszczowe dni > słoneczne dni

Nie, bo czytać można i w deszczowe i w słoneczne dni, tylko że wtedy zmienia się rodzaj lektury i pewnie miejsce czytania.

8. Tak wyobrażasz sobie idealny dom:


Tak! Zwłaszcza, że sama mam mało miejsca na książki i za każdym razem, kiedy kupuję coś nowego muszę kombinować, gdzie by to upchać, co poprzestawiać, czego się pozbyć. Marzy mi się własna biblioteczka, albo przynajmniej ogromny regał. Dom bez książek, tak samo jak dom bez kotów się nie liczy. Trudno mi wyobrazić sobie dom bez książek i uważam, że właśnie z tego powodu książki papierowe nie znikną tak szybko, jak to wieszczą niektórzy, wyparte przez ebooki. Ciągle przecież są książki, które chcemy mieć na półce.

9. Przechodzenie obok zamkniętej księgarni jest torturą, a kiedy jest otwarta, nie jesteś w stanie wyjść bez kupienia czegoś. Zadurzyłaś/eś się w sprzedawcy w księgarni tylko na postawie jego gustu książkowego.

Znowu nie. Z ww. względów ograniczam swoje kupowanie książek i w księgarniach uprawiam raczej oglądactwo. Ale fakt, że kiedy przechodzę obok księgarni, trudno mi nie wejść. A co do sprzedawcy: no nieee, tu mam zupełnie inne gusta, trzeba o wiele więcej, żebym się w kimś zadurzyła ;)

10. Za każdym razem kiedy rozpoczynasz nowy projekt, musisz najpierw przeczytać mnóstwo książek na jego temat. Zakładasz, że z książek nauczysz się wszystkiego.

Nie, chyba nie, szukam informacji, kiedy jest mi to potrzebne. Ale znam kogoś, kto robi w ten sposób.

11. Nigdy nie zawstydziłbyś kogoś, kto czyta, ale z chęcią zawstydzasz tych, co nie czytają.

Fakt nieczytania wzbudza raczej moją konsternację, ubolewanie, niż chęć zawstydzania kogoś. Wydaje mi się, że w pewnych kręgach to raczej ludzie czytający są wyśmiewani.

12. Kiedy ktoś przychodzi do Ciebie po radę, dajesz mu książkę.

Nie, no chyba że ktoś prosi o książkę. Kiedy ktoś mnie się pyta o radę, staram się pomóc jak najlepiej umiem.

13. Tak wygląda Twoja walizka gdy jedziesz na wakacje:


Tak może wyglądałaby moja walizka, kiedy byłam w szpitalu. Całe szczęście są e-booki, więc ten problem zniknął.

14. Nie masz pojęcia, co robią na plaży ludzie, którzy przychodzą tam bez książek.

To jest punkt, który skłonił mnie do wypowiedzi. Otóż na plaży bywam rzadko, ale obserwuję podobne zjawisko w parku – i nie mogę się nadziwić jak można siedzieć na ławce i niczego nie czytać, marnować czas, wgapiając się po prostu w przestrzeń. I niech potem ktoś taki powie, że nie czyta, bo nie ma czasu!

15. Stos książek przy Twoim łóżku zaczyna przypominać wieżę z gry Jenga.

Że co?

16. Najseksowniej wyglądają dla Ciebie osoby, które trzymają w ręku książkę.

Ehmmm, jak już wspomniałam wyżej książki nie mają nic wspólnego z moimi poglądami na atrakcyjność. Mogłabym wymienić to, co uważam za seksowne, ale nie byłoby na tej liście czytania książek. Choć jak się zastanowić jakiś związek jest, bo seksowna jest inteligencja, erudycja, to że znajduję z kimś wspólne tematy do rozmowy, a to bierze się m.in. z czytania.

17. Im grubsza książka, tym lepsza.

To zjawisko ewidentnie u siebie obserwuję. Wszystkie kupowane przeze mnie książki są dziwnym trafem strasznie grube. Nie lubię też czytać cienkich książek, a już najmniej opowiadań.

18. Oceniasz ludzi na podstawie ilości książek, które mają w domu. Ale książki i tak są lepsze niż konieczność zmagania się z ludźmi.

Nie zauważyłam. Co do drugiej części – trudno w ogóle to porównywać. Książka może być sposobem ucieczki od realnego świata i problemów z ludźmi.

19. Twoja wiara w ludzi wraca, kiedy ktoś przeczyta książkę, którą mu polecałaś/polecałeś.

Wiara w ludzi to za dużo powiedziane – mogę się cieszyć, że ktoś wziął moją rekomendację pod uwagę, ale przecież moje zdanie nie jest jedynym słusznymi i książki, które ja bym polecała nie są jedynymi słusznymi lekturami.

20. Książka jest zawsze, zawsze lepsza. 

To zależy.

21. Jedną z największych przyjemności w twoim życiu jest zapach książek.

O matko, kłaniają się wszystkie dyskusje między zwolennikami ebooków i ich przeciwnikami. Nie przywiązuję zbyt wielkiej wagi do zapachu książki, bo nie zawsze się czyta książki nowe.

22. Bardzo przejmujesz się przemocą wobec książek.

Przemoc wobec książek brzmi poważnie. Rzeczywiście książki szanuję, nie bazgrzę po nich, absolutnie nie zaginam rogów i denerwuje mnie, kiedy inni to robią.

23. Zachowujesz się czasami jakbyś cierpiała/ł na bezsenność. A kiedy już zasypiasz, to zwykle z książką w ręku.

Pewnie, czasami

24. Kończenie dobrej książki jest jak strata przyjaciela. Pomiędzy jedną a drugą książką jesteś zagubiona/y.

Jeśli książka była dobra i mnie wciągnęła, to tak. Staram się wtedy nie zaczynać kolejnej lektury tego samego dnia. Ostatnio chyba czytam za dużo...

 

Uzależnienia raczej u siebie nie stwierdzam, ale po mojemu są inne tego symptomy, np. kompulsywne sprawdzanie nowości książkowych albo zapisanie się do czterech bibliotek ;)

sobota, 21 września 2013

Ostatnio trochę narzekałam na swoje lektury, więc dziś będzie o książce, która szalenie mi się podobała.

Początek jest do bólu banalny: typowa współczesna rodzina, w której dzieci są pępkiem świata. Pracująca zaganiana matka, miotająca się między domem, a pracą, nękana wyrzutami sumienia, że nie jest taka, jak „inne matki”, czyli te, które zajmują się tylko wychowywaniem dzieci. Narzekanie na brak czasu i na nieznośne, choć kochane potomstwo. Typowo zachodni, konsumpcyjny tryb życia, pracoholizm, zarabianie pieniędzy na kolejne gadżety: dwa domy, dwa samochody, komputery, telefony, niania, zajęcia dla dzieci... A potem wydarza się nieszczęście i nic już nie jest takie, jak przedtem. Jest to zatem historia i typowa i nietypowa zarazem. Typowa, bo czyż wielu z nas nie żyje w biegu, tak jak Sarah? A wypadki niestety chodzą po ludziach i każdy, kto przeżył wypadek doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak to jest. Jak wszystko, co do tej pory nas zajmowało, było takie ważne, stanowiło treść naszego życia – nagle przestaje mieć znaczenie. W ułamku sekundy zmienia się wszystko. Do głowy przychodzą idiotyczne myśli w stylu: a co z pracą?; skasowałam samochód; nie będę mogła pojechać na narty za miesiąc... Zadajemy sobie pytanie: co by było gdyby? Gdybym pojechała inną trasą, gdybym nie rozmawiała przez telefon, gdybym się bardziej skoncentrowała. Gdybanie, które oczywiście jest zupełnie bezsensowne. Czasu nie da się cofnąć, mleko się wylało i musimy sobie z tym poradzić. Banałem jest to, że dopiero trzęsienie ziemi w naszym życiu sprawia, że zaczynamy się zastanawiać jaki ma ono sens, czego naprawdę pragniemy, co oznacza dla nas sukces i udane życie. A historia ta jest nietypowa, bo Sarah wskutek urazu mózgu cierpi na mało znane schorzenie neurologiczne – jej mózg nie widzi lewej strony. Początkowo nawet nie jest tego świadoma. Trudno nawet to zrozumieć i sobie wyobrazić: normalny człowiek postrzega świat jako całość, a nie w podziale na strony. Tego typu schorzenie niesie jednak za sobą daleko idące konsekwencje, łącznie oczywiście z długotrwałym pobytem w szpitalu i rehabilitacją.

Lewa strona życia porusza całe spectrum problemów, przed jakimi staje Sarah, nie tylko radzenie sobie z chorobą i niepełnosprawnością. Jako pracoholiczka nie przyjmuje do wiadomości, że nie jest w stanie pracować. Zaburzeniu ulega całe życie rodzinne. Zmniejszone dochody powodują kłopoty finansowe – przy okazji dowiadujemy się, jak bezlitosny jest system ubezpieczeń w Stanach Zjednoczonych. Zastanawiałam się, co się dzieje z chorymi, którzy potrzebują znacznie dłuższej pomocy, niż to zakłada system... Poza tym ludzie nagle zaczynają traktować ją inaczej, bo nie jest taka, jak oni – w pełni sprawna. Niektórzy myślą, że pokonanie niektórych chorób, zwłaszcza tych związanych z psychiką, jest kwestią woli. Na to nakłada się jeszcze konflikt z matką i kłopoty z nadpobudliwym synem... W zachowaniu męża Sarah dostrzegałam pewien brak empatii i lęk przed zmianą własnego życia, a nie tylko troskę o zdrowie żony. Lisa Genova doskonale splata te wszystkie wątki w spójną całość.

Co ciekawe, w powieści tej opisany został dramat życiowy, ale nie ma dramatyzmu. Nie ma rozdzierania szat. Sarah przyjmuje swoje położenie z wyjątkowym – moim zdaniem – spokojem i godnością. U każdej osoby, która przeszła jakiś uraz, doznała straty reakcja jest taka sama – zanim zaakceptuje sytuację przechodzi co najmniej fazy zaprzeczenia, gniewu. Niektóre osoby niepełnosprawne potrzebują całych miesięcy, by zacząć na powrót normalnie funkcjonować. U Sarah tego nie ma, a przynajmniej ja tego nie zauważyłam (co może jest jedynym słabszym punktem powieści). Ona od razu przechodzi do akceptacji i walki o dojście do pełnej sprawności. Oczywiście ma swoje chwile zwątpienia i słabsze dni, ale generalnie wykazuje się wyjątkowym hartem ducha... Jej schorzenie jest kolejnym wyzwaniem, z którym trzeba sobie poradzić. Nie każdy jest tak silny... Przyczyniło się do tego oczywiście wsparcie bliskich, oby każdy miał takowe. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, iż to takie amerykańskie: nie narzekać, nie pozwalać sobie na słabość, tylko walczyć. W Ameryce chyba nawet na łożu śmierci należy mówić, że człowiek czuje się świetnie... 

Wspaniale to jest napisane – styl autorki jest bardzo podobny do stylu Jodi Picoult, choć nie tak histeryczny. Nie wiem na czym to polega, ale pochłania się tę powieść, jak świeżą bułeczkę na śniadanie. To proza prosta, ale mocna, jak samo życie. Narratorką jest Sarah, a więc czytelnik śledzi wszystkie jej rozterki i wczuwa się w jej skórę. Moim zdaniem największa wartość tej książki tkwi w pokazaniu trudnego procesu radzenia sobie z chorobą, uczuć, jakie targają wtedy człowiekiem i przemiany, jaka się w nim dokonuje. Jest to bardzo poruszające, przemawia do wyobraźni, dotyka naszych własnych lęków i nie sposób nie zastanawiać się, jak by to było samemu znaleźć się w takiej sytuacji. Przecież nie wiemy, co nas czeka, czy pewnego dnia też nie zostaniemy pozbawieni sprawności, którą przecież uważamy za coś naturalnego... Jak na to zareagowaliby nasi najbliżsi, przyjaciele. A pracodawca? Zresztą to co przeżywa Sarah jest jak najbardziej prawdziwe – może to potwierdzić każdy, komu kiedykolwiek przydarzył się ciężki wypadek. Powieść ta zatem uwrażliwia na problemy osób chorych i niepełnosprawnych, a po drugie każe przemyśleć i nasz styl życia oraz system wartości. Jedną z najbardziej symptomatycznych dla mnie scen jest jednak ta, kiedy bohaterka, jadąc ze swoim mężem samochodem prosi go, by nie rozmawiał przez telefon... Okazuje się, że cudze doświadczenia niestety niczego nas nie uczą.

Mam nadzieję, że Lisa Genova napisze jeszcze niejedną tak dobrą książkę, ale po Motyla nie sięgnę, bo za bardzo boję się o tym czytać...

Lisa Genova, Lewa strona życia, Wyd. Papierowy Księżyc, 2013

piątek, 20 września 2013

Lavinia i jej córki zdała mi się lekturą umiarkowanie interesującą. Na początku autorka opowiada nam o swoich małżeńskich perturbacjach i potrzebie samotności, aby skończyć kolejną książkę. Dowiadujemy się, że pisarstwo de Blasi jest jedynym źródłem utrzymania włosko-amerykańskiego stadła. Dlatego też odniosłam wrażenie, że Lavinia i jej córki jest taką książką napisaną trochę z musu, dla pieniędzy i przy braku weny. Bo oto w wielu pięknych słowach autorka opowiada o...niczym, co zresztą zawsze u pisarzy podziwiam... O wschodach i zachodach słońca, o wycieczkach na łono przyrody, o pięknych (niewątpliwie) krajobrazach Toskanii, o gotowaniu i jedzeniu, co jest tematem powracającym jak bumerang, aż do znudzenia, aż wreszcie „na tapetę” została wzięta sędziwa Włoszka, opowiadająca historię swojego życia. Wydało mi się, że spadła ona Marlenie de Blasi jak z nieba, w momencie, kiedy pisarka już naprawdę nie wiedziała o czym pisać dalej. Być może jest to opinia krzywdząca, ale niestety muszę przyznać rację Lavinii, iż książek o Toskanii napisano już multum i co można jeszcze więcej w nich opowiedzieć. Ciekawe zdały mi się słowne potyczki Lavinii z pisarką na temat zajęcia tej ostatniej: de Blasi pisze o włoskim jedzeniu (a z jej książki można odnieść wrażenie, jakby całe życie w Toskanii kręciło się wokół kuchni), zaprasza do siebie cudzoziemców, pokazuje im okolice, pokazuje im jak żyją Toskańczycy; Lavinia zapytuje czy nie lepiej byłoby, gdyby czymś takim zajmował się rodowity Włoch, a nie Amerykanka? Poza tym niewątpliwie rację przyznaję Włoszce w kwestii wykupywania przez obcokrajowców toskańskich nieruchomości, przez co region ten zatraca swoją tożsamość. Poznajemy tu Toskańczyków jako ksenofobów, z niechęcią patrzących na turystów zalewających ich małe miasteczka. Wątpię natomiast, czy opowieść Lavinii o jej młodości w czasach II wojny światowej – mało odkrywcza zresztą - była aż tak zawiła, tak wyrafinowana słownie, jak to przedstawia de Blasi. Pisarka używa pięknego języka, pełnego mądrych słów i refleksji, przez co jednak historia Lavinii i jej rodziny traci charakter ciepłej gawędy, sagi rodzinnej, a staje się dosyć trudna w odbiorze i przekombinowana. Myślę, że Marlena de Blasi powinna nauczyć się pisać po prostu ciekawe historie, zamiast zamieniać prozę w poezję. Tym niemniej książka może okazać się ciekawa dla zwolenników slow food i slow life, dla osób poszukujących opowieści o zwykłym życiu i tęskniących za typowo włoskimi klimatami.

Marlena de Blasi, Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść, Wyd. Literackie, 2011

środa, 18 września 2013

Opis z okładki zapowiada, że Dom wiatru będzie jeszcze jedną powieścią o rodzinnych tajemnicach, usytuowaną bardzo atrakcyjnie, bo w Toskanii. Jak w wielu książkach, akcja toczy się w niej dwutorowo, współcześnie oraz w średniowieczu. Główna współczesna bohaterka, Maddie, jest Amerykanką z San Francisco, młodą prawniczką zaangażowaną w duży proces przeciwko jednej z kalifornijskich korporacji. Prywatnie stara uporać się ze stratą swojego narzeczonego. Średniowieczna bohaterka Mia, to dziewczyna zamieszkała wraz z ciotką w gospodarstwie goszczącym pielgrzymów, niedaleko Volterry. Pewnego wieczoru do ich drzwi pukają tajemniczy pątnicy; kobieta, Agnesca staje się powiernicą i przyjaciółką Mii. Ale co łączy teraźniejszość i przeszłość, Maddie i Mię? Okazuje się, że niewiele... Te dwa wątki są prowadzone przez autorkę równolegle, lecz w zasadzie nie zazębiają się, poza tym, że – być może Mia jest daleką protoplastką Maddie. Nie ma tu żadnej zagadki, a wyprawa Maddie do Toskanii nie jest bynajmniej najważniejszym wydarzeniem w powieści. Autorka nie powiela zatem schematów, ale czy oferuje coś ciekawszego w zamian?

Zawarcie właściwie dwóch książek w jednej przyczyniło się do tego, że ani jedna, ani druga opowieść mnie nie wciągnęła. Maddie i inni współcześni bohaterowie Domu wiatru to ludzie posiadający staranne wykształcenie, dobrą pracę, opływający we wszelkie luksusy. Nie potrafiłam się z nimi zidentyfikować. Poza tym większość z owych postaci było dla mnie słabo nakreślona. Ponieważ oczekiwałam czegoś innego, początkowo ze zniecierpliwieniem przyjmowałam szczegółowe opisy życia zawodowego Maddie, zastanawiając się, dlaczego autorka poświęca im aż tyle miejsca. Kiedy jednak stało się jasne, iż podróż do kraju przodków nie pociągnie za sobą znaczącego zwrotu akcji, uznałam, iż to owa historyczna część jest w książce elementem zbędnym. Mia była dla mnie zbyt odległa w czasie, a przesłanie, jakie być może chciała zawrzeć autorka poprzez jej historię – mało czytelne. Poza tym pisarka posługuje się moim zdaniem zbyt zawiłym językiem, komplikując to, co proste, udziwniając dialogi między bohaterami i używając stanowczo zbyt wielu słów, co sprawiło, iż powieść, mimo iż sprawia wrażenie pięknie napisanej, nie jest najłatwiejsza w odbiorze.

Titania Hardie, znana jako autorka książek o białej magii, zapewne starała się stworzyć nietuzinkową powieść, w której zawiera się bogata symbolika, nawiązująca jeszcze do starożytnych etruskich wierzeń. Ta symbolika przetrwała do czasów średniowiecza, a szczątkowo – nawet do dziś. Autorka daje czytelnikowi do zrozumienia, iż naszym życiem czasem rządzą jakieś siły nadprzyrodzone, że jest w tym jakaś magia... Dla mnie jednak taka wymowa książki była mało wiarygodna, gdyż aby osiągnąć swój cel, autorka wplata w fabułę Domu wiatru liczne mniej lub bardziej ezoteryczne symbole i staje się to dla niej ważniejsze od samej fabuły. Święci, aniołowie, Etruskowie, Janus, mowa kwiatów, astrologia, czarownice, a nawet jednorożce... Jest tego w Domu wiatrów zbyt dużo i miałam wrażenie, że to wszystko jest poutykane w książce bez żadnego konkretnego zamysłu, poza epatowaniem rzekomo magiczną atmosferą. Tym samym ezoteryka ta traci siłę swojego oddziaływania.

Jest w Domu Wiatru jednak jakiś czar, który nie do końca potrafię uchwycić. Na pewno jednak nie chodzi o Toskanię – i nie umiem uwierzyć, że to właśnie wyjazd do Włoch był dla Maddie tym lekiem na złamane serce i tym, co pozwoliło jej odzyskać skrzydła. Toskania to niezwykły region, i pod względem pięknych krajobrazów, i historii, i tradycji. Dla Maddie jest ona jednak jedynie przerywnikiem w jej amerykańskim życiu, czasem wytchnienia, urlopu, umożliwiającym naładowanie baterii. Mimo zapewnień w książce – jest ona na tej ziemi tylko cudzoziemskim gościem, podobnie, jak jej przyjaciele. Nie sądzę, by odnalazła tam swoje korzenie i by zrozumiała ona energię, tkwiącą w tym regionie, tę energię, o której mowa w wątku historycznym. Być może zatem chodzi tu mgły nad zatoką San Francisco, o poczucie moralności Maddie, o jej dzielne zmaganie się z losem. To te aspekty powinna była autorka wyeksponować. Towarzyszy czytelnikowi niejasne poczucie, iż Maddie, mając tak niezwykłe przodkinie, musi być kimś niezwykłym, ale ostatecznie to poczucie nie znajduje odzwierciedlenia na kartach książki. Dom wiatru to nie jest opowieść o Toskanii i o jej dziedzictwie, ale o współczesnej Amerykance, która ostatecznie nie potrzebuje magii i horoskopów, by odnaleźć swoje szczęście.

Titania Hardie, Dom wiatru, Wyd. Sonia Draga, 2013

poniedziałek, 16 września 2013

Etiopski maratończyk, Ayanleh Makeda zostaje na olimpiadzie w Pekinie oskarżony o stosowanie dopingu. W wyniku tego biegacz po prostu znika ze sceny: zostają mu odebrane medale, a on sam wraca w niesławie do kraju, gdzie zostaje powołany do wojska i wysłany na front. Tam przypadkowo spotyka go francuski dziennikarz Frederic i zainteresowany zaczyna drążyć… Odnajduje żonę Makedy, dociera do jego fizjoterapeutki, kontaktuje się ze swoimi przyjaciółmi, dziennikarzami sportowymi. Okazuje się, że sprawa Makedy została zatuszowana, bardzo szybko ucichła, mimo iż odpowiednie władze były w posiadaniu informacji, wyjaśniających pojawienie się niedozwolonego środka w organizmie sportowca. Tymczasem życie nie tylko jego, ale i jego rodziny legło w gruzach. Ze sportowych wyżyn, mieszkania w Paryżu, Makeda w błyskawicznym tempie został strącony na powrót do biednego życia w Afryce, bez żadnych perspektyw. Co gorsza, stało się to praktycznie bez słowa; w jednej chwili Makeda i jego żona stali się personami non grata.

To opowieść o odrzuceniu i wielkiej życiowej porażce. Wprost niebywałe jest, z jakim stoickim spokojem Makeda przyjmuje to, co mu się przytrafiło. Choć bieganie było dla niego jak oddychanie, nie stara się walczyć z nieszczęściem i niesprawiedliwością. Los dał i los odebrał… Było, minęło, nie rozmawiajmy już o tym. Wcale nie chce niczego wyjaśniać. Również władze Etiopii zachowują się tak, jakby nie miało to dla nich żadnego znaczenia, w myśl dewizy, że w Etiopii jest tylu dobrych biegaczy, że kiedy pozbędziesz się jednego, zaraz znajdziesz dziesięciu innych.

Ostatni wyścig to książka bardzo nostalgiczna: znajdziemy w niej wiele, bardzo wiele opisów przyrody, a sama akcja jest niespieszna i często odbiega od głównego wątku. Wraz z Frederikiem odwiedzamy etiopskie miasteczka, pustynie rozpalone słońcem, ale i dowiadujemy się, że Etiopia to ojczyzna naszej pramatki, a nawet ukochany kraj Artura Rimbauda. Afryka jest nie mniej ważnym bohaterem Ostatniego wyścigu, co Makeda. To Afryka pogrążona w ciągłych wojnach, zaprzątnięta codzienną walką o przetrwanie, Afryka dystansująca się i jakby bojąca się tego świata „białego człowieka”, co widać w postawie samego biegacza. Makeda sam zdecydował się wejść w świat „białych”, czyli sportu wyczynowego, grać według ich zasad, więc uważa, że nie może mieć teraz pretensji o to, co się stało. To jest być może Afryka niezrozumiana przez nas, jak twierdzą recenzenci książki Hatzfelda. Niezrozumiały dla nas jest spokój maratończyka, jego brak ambicji, pogodzenie się z losem. To, co go spotkało zastanawia… jak tak można? Może Makeda nie chce o tym rozmawiać, ponieważ przeżył tak wielką traumę? Czy należy go podziwiać za siłę, żeby iść dalej, mimo niepowodzenia, zdolność do przystosowania się, czy też żałować, bo się poddał?

Historia ta byłaby wstrząsająca, gdyby była prawdziwa… Tymczasem Ostatni wyścig to powieść, a maratończyk Ayanleh Makeda jest postacią fikcyjną. Opisywana afera nie miała miejsca. I w takim świetle traci to siłę rażenia. Co więcej, sądząc z opinii o tej książce – wiele osób dało się wprowadzić w błąd i było przekonanych o tym, iż mają do czynienia z literaturą faktu. No bo: wydawnictwo Czarne, Jean Hatzfeld, znany jako autor reportaży… Ja również początkowo byłam o tym przekonana - znawczynią lekkoatletyki nie jestem, więc nazwisko biegacza mogło mi się nie obić o uszy, ale moje wątpliwości wzbudził fakt, iż narratorem książki jest jakiś Frederic, a nie sam autor. W opisie z tyłu można wprawdzie odnaleźć informację, iż jest to powieść, ale trzeba się mocno wczytać. Dlatego dosyć się na tej lekturze zawiodłam. Gdyby to był reportaż – doceniłabym go za literacki styl i za ciekawą historię, ale jako powieść, wypada to dosyć słabo. Brakuje emocji, brakuje prawdziwych – nie papierowych – bohaterów. Makeda jest dosyć niewiarygodny. Leniwa narracja i drobiazgowe opisy afrykańskich krajobrazów robiły na mnie wrażenie, jakby Frederica w gruncie rzeczy bardziej interesowały własne podróże, niż los maratończyka. W prawdziwym świecie w grę wchodziłyby też duże pieniądze, tymczasem Makeda jest biedakiem… Samo bieganie opisywane jest w bardzo górnolotnych słowach, doprawdy nie wiem, czy Afrykańczycy robią z tego aż takie wielkie „halo”. To bardziej nostalgiczna opowieść o „dziwności” Afryki, niż historia o sporcie, na jaką liczyłam i która mnie do tej książki przyciągnęła.

Jean Hatzfeld, Ostatni wyścig, Wyd. Czarne, 2013 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2013
3.Przeczytane w 2012
4.Przeczytane w 2010
5.Przeczytane w 2009
6.Przeczytane w 2008
7.Wymienię/sprzedam
8.Kontakt
Co czytać?