Kategorie: Wszystkie | Kulinaria | Miejsca | Prasówka | Recenzje | Stosiki | Tak sobie myślę
RSS
wtorek, 09 lipca 2013

Każda książka, czy jest to kryminał, czy romans, czy literatura faktu powinna cechować się jedną rzeczą: motywem przewodnim, wokół którego obracają się wydarzenia, który nadaje jej sens i spaja ją w całość. Z reguły od samego początku wiemy co to jest. Tymczasem w Dobrym wychowaniu znajduję ten motyw z najwyższym trudem i dopiero po przeczytaniu książki do końca. Bo główna bohaterka – Kate – po prostu spotyka różnych ludzi i dobrze się z nimi bawi: pije drinki, prowadzi niezobowiązujące konwersacje. Czasem też pracuje. Wydarzenia te nie mają konkretnego celu, są przypadkowe, są tylko jakimś wycinkiem z życia. Przeczytawszy połowę – nie wiedziałam do czego zmierza autor, przez większą część lektury odnosiłam wrażenie, że jest to powieść pozbawiona kręgosłupa. Zastanawiałam się, czy kontynuować lekturę i skłoniła mnie do tego tylko ciekawość, lecz nie odnośnie losów bohaterów, ale tego, czy w końcu wyjaśni się, jaka myśl przyświecała autorowi.

Fabuła Dobrego wychowania przesiąknięta jest jakąś atmosferą niedopowiedzenia. Wiemy, że coś się czai w tle, ale nie wiemy tak naprawdę o co chodzi. To co istotne, pojawia się właściwie na marginesie, dowiadujemy się o tym jak gdyby przypadkiem, a nawet przez przemilczenie. Postacie głównych bohaterów były dla mnie zbyt enigmatyczne, motywy rządzące ich postępowaniem – niejasne i niezrozumiałe, a problemy wyolbrzymione. Trudno było mi zidentyfikować się z którąkolwiek z postaci, a nawet ją polubić. Co kierowało Tinkerem, a co Eve, a co więcej – o co chodziło Kate?? Jakimi to zasadami się kierowali? I to ma wspólnego z zasadami dobrego wychowania? Doprawdy trudno mi powiedzieć.

Wydaje mi się, że autor chciał przede wszystkim oddać nieco dekadencką atmosferę Nowego Jorku lat 30-tych XX wieku. Miasta dźwigającego się po Wielkim Kryzysie, niosącego w sobie nieograniczone możliwości dla tych, którzy są wystarczająco sprytni, by umieć po nie sięgnąć. Taka jest większość bohaterów – umieją radzić sobie w życiu, wślizgnąć się nawet tam, gdzie ich nie zapraszano, wykorzystać szanse, zsyłane przez los. Może nawet aż za bardzo. Taka jest główna bohaterka/narratorka, która podchodzi do tego co zsyła jej los z iście olimpijskim spokojem, a z perspektywy lat - wydaje się być zadowolona z tego, co dało jej życie. Nie przejmuje się tym, że ludzie niegdyś dla niej tak istotni – zniknęli z jej życia. Ale w sumie za mało ją poznałam, by się tak o niej wypowiadać...

Czy o starych znajomych można zapomnieć i już nigdy o nich nie myśleć? Czasami rzeczywiście odnosi się wrażenie, że życie ma taki zamiar. Przecież w zasadzie przypomina wirówkę, która co kilka lat się obraca, rozrzucając najbliższe osoby w najbliższych kierunkach. A kiedy wirowanie ustaje, życie zasypuje nas kalendarzem nowych trosk. 

Mnie się atmosfera Wielkiego Jabłka nie udzieliła. Owszem, styl Dobrego wychowania jest lekki i wysmakowany. Znajdziemy w nim wiele pięknych zdań, autor bawi się słowami. Jest nawet kilka perełek, do których zaliczam fragment na samym początku książki, mówiący o... podróżowaniu metrem. Lecz za opisami szczegółów ubiorów, wyposażenia wnętrz i różnych wydarzeń z życia bohaterów – najczęściej przyjęć i wypadów do lokali – nic się nie kryje. Ten styl autora to sztuka dla sztuki. Kojarzyło mi się to z powieścią napisaną na warsztatach kreatywnego pisarstwa, gdzie większy nacisk położony jest na formę, niż na treść. Nie potrafię znaleźć w treści tej powieści głębszego przesłania, czyli czegoś, co sprawiałoby, że naprawdę warto byłoby ją przeczytać.  

Amor Towles, Dobre wychowanie, Wyd. Znak, 2013

niedziela, 07 lipca 2013

Podobno o Iwaszkiewiczu napisano już wszystko. Opublikowano jego listy, wspomnienia i liczne biografie. Co więc nowego może wnieść kolejna książka? Tylko, że dla mnie to była pierwsza książka o tym pisarzu, nie znałam w ogóle jego życia, ani historii, nie znam też – przyznaję się – jego twórczości. A Pra napisała Ludwika Włodek, prawnuczka pisarza, która sama jest pisarką i dziennikarką. Nic więc dziwnego, że spod jej pióra wyszła opowieść lekka, o reportażowym charakterze.

O samym Jarosławie Iwaszkiewiczu właściwie nie znajdziemy tu zbyt wiele, to nie jest jego biografia. To historia całej rodziny, rozpoczynająca się jeszcze na Kresach (a jakże), zaludniona licznymi dziećmi, ciotkami, wujkami, babciami, kuzynami, etc. Rodzina Ludwiki Włodek, zwłaszcza zaś ta ze strony jej prababci, Anny Iwaszkiewicz była bardzo liczna i można się trochę pogubić (jak to zwykle bywa) w tej cudzej genealogii. Autorka wspomina swoich dalekich przodków, przytacza wiele rodzinnych anegdotek, ciekawostek, pięknie pisze zwłaszcza o tych czasach już bardziej odległych, które dla nas są już opowieściami mającymi ten posmak nieco tajemniczej, zamierzchłej historii. Przełomie XIX i XX wieku, czasach jeszcze sprzed I wojny światowej, rewolucji, potem o wielkich „wędrówkach” ludzi, uciekających przed komunizmem, wojną, prześladowaniami, głodem. Tak oto i rodzina Iwaszkiewiczów musiała opuścić rodzinne strony i znalazła się na legendarnym (dziś) Stawisku.  Autorka nie wybiela swoich pradziadków, pisząc także o trudnych sprawach w rodzinnej historii, np. nieudanych małżeństwach, konfliktach w łonie rodziny, czy o prokomunistycznej, oportunistycznej postawie Iwaszkiewicza.

Książka w swoim charakterze nie odbiega od innych opowieści rodzinnych, np. czytanej przeze mnie niedawno autobiografii Doroty Sumińskiej. Posiada ten sam klimat. Siłą rzeczy cechuje ją pewna wybiórczość – postaci i wątków. Z definicji też, postacie te zostały nakreślone tylko w ogólnym zarysie, bez wdawania się w szczegóły cudzej biografii. Włodek postawiła bardziej na barwną opowieść o przeszłości, niż na detale. Momentami tych szczegółów mi brakowało, wydawało mi się, że autorka tylko sygnalizuje jakiś temat, nie wyjaśniając w czym rzecz, przemilczając niewygodne kwestie, jednak rozumiem także potrzebę zachowania pewnych rodzinnych spraw – mimo wszystko – w dyskrecji. Pra to obraz życia rodzinnego Iwaszkiewiczów, nie zawsze różowego. Można w nim wyczuć tęsknotę za taką rodzinną sielanką, za dawnymi czasami, które minęły bezpowrotnie, w tym za utraconą rodzinną siedzibą. Stawisko zostało przekształcone w muzeum (Włodek pisze w jakich okolicznościach), a kiedyś przecież było domem kilku pokoleń.

Pozycja na pewno ciekawa dla tych, którzy lubią wspomnienia i sagi rodzinne, natomiast mniej dla tych, którzy oczekują poważnej, rzetelnej biografii Jarosława Iwaszkiewicza.

Ludwika Włodek, Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów, Wyd. Literackie, 2012 

czwartek, 04 lipca 2013

Wydawałoby się, że Dziedzictwo Adama jest jeszcze jedną książką typu wycieczka w przeszłość, odkrywanie rodzinnych tajemnic. Oto bowiem młody chłopak, Edward Cohen, żyjący pod koniec XX wieku w Berlinie, okazuje się być łudząco podobnym do swojego stryjecznego dziadka Adama. O Adamie nikt w rodzinie nie chce wspominać, babka Edwarda twierdzi, że złamał on życie jej i jej rodzinie, znikając niespodziewanie w przeddzień ich wyjazdu do Anglii, podczas drugiej wojny światowej. Co takiego się wydarzyło i czy rzeczywiście Adam był taką czarną owcą, jaką go mianowano? Czy nieszczęsny Edward odziedziczył po stryju nie tylko wygląd, ale i charakter?

Powieść podzielona jest na dwie części: w pierwszej poznajemy Edwarda, dzieje jego babci i matki, niezbyt szczęśliwe dzieciństwo. Narrator opowiada czytelnikowi o świecie dorosłych, widzianym oczyma dziecka, a potem nastolatka. Jest to świat pełen rozczarowań i niespełnionymi marzeń o miłości, o stabilizacji, sukcesie życiowym, który coraz bardziej się oddala. Dziecko wydaje się do końca nie rozumieć w czym rzecz i pogodnie znosić kolejne życiowe klęski, jednak czy takie wydarzenia nie zostawiają w nas śladu na zawsze?

W drugiej części przenosimy się w czasy II wojny światowej, za sprawą niespodziewanie odnalezionego dziennika Adama. I cała „tajemnica” wychodzi na jaw... Stykamy się po raz kolejny z potwornościami drugiej wojny światowej, z tym, co jeden człowiek uczynił drugiemu człowiekowi. Znowu czytamy o dramacie Holokaustu, nie tylko Żydów polskich, ale i niemieckich. O trudnej, a wielokrotnie beznadziejnej, zakończonej tragicznie walce o przetrwanie. Tyle historii, tyle ludzkich istnień, marzeń, zakończonych gdzieś na bruku, z kulą w głowie... Ciekawe jest to, że autorka nie opisuje wprost tych dramatycznych wydarzeń, dzieją się one gdzieś w tle, Adam wydaje się być zbyt zajęty sobą i swoimi osobistymi problemami. Hitlera nazywa Augustem i zajmuje się....hodowlą róż. Absurdalne? Czytelnik jednak wie, co za tym wszystkim się kryje. Wyśmianie, wyszydzenie, to jeden ze sposobów poradzenia sobie z traumą. I niespodziewanie Dziedzictwo Adama staje się piękną opowieścią o wielkiej miłości, zdolnej do największych poświęceń. Ta historia wzrusza, chwyta za gardło.

Dziedzictwo Adama jest książką, którą niezwykle łatwo się czyta i od której wprost trudno się oderwać. Prosty styl niesie w sobie bardzo dużo treści i emocji. Zamierzenie, czy też nie, styl ten, z nutą groteski, absurdu i czarnego humoru, a nawet realizmu magicznego, kojarzył mi się z Blaszanym bębenkiem. Główni bohaterowie, stanowią swoiste skrzyżowanie Piotrusia Pana z Nikodemem Dyzmą. Obydwaj beztroscy, trochę zagubieni, pozornie ślizgają się po powierzchni życia, ukrywając głęboko swoje dramaty. Zarówno Edwardowi, jak i Adamowi nie brakuje dystansu do samych siebie, a i na świat potrafią oni patrzeć ze sporą dozą ironii. Rzeczywiście coś ich chyba łączy, choć muszę to przyznać – części książki, ta współczesna i ta historyczna trochę się ze sobą nie sklejają, są jak gdyby osobnymi opowieściami. Historia Adam się obroniła, ostatecznie jego życie nabiera w ogniu wojny głębokiego sensu, natomiast dosyć miałkie życie Edwarda nabiera znaczenia dopiero w styczności z historią swojego przodka...

Moim zdaniem Dziedzictwo Adama to bardzo udana książka – a spotkałam się z jej negatywnymi recenzjami. Autorka potrafiła wykreować wyraziste postaci, a przede wszystkim przedstawić dosyć oklepany, wojenny wątek, z nowej, świeżej perspektywy. Wśród bohaterów książki pojawiają się postaci niestereotypowe, jak Niemcy, pomagający Żydom, przedkładający przyjaźń i stare więzi nad nową ideologię. Doceniam też lekki styl autorki. Rzeczywiście, może trudno tę książkę jednoznacznie zaklasyfikować, ale moim zdaniem zdecydowanie warto po nią sięgnąć.

Astrid Rosenfeld, Dziedzictwo Adama, Wyd. Muza, 2012

poniedziałek, 01 lipca 2013

Historię piszą zwycięzcy – ta znana maksyma zainspirowała Lorenę Martin do napisania Domu tajemnic i do opowiedzenia w nim rzeczy – jak pisze sama autorka – nigdy nie wypowiedzianych, zamiecionych pod dywan. Te rzeczy to najczęściej losy kobiet, będących ofiarami wojen, rozpętywanych przez napędzanych adrenaliną mężczyzn.  Historia ta zaczyna się na początku XX wieku w Meksyku, by znaleźć swój finał w ogarniętej wojenną pożogą Polsce. Jej bohaterkami są Hilda i Carmina oraz mężczyźni z nimi związani: Ramiro i Dawid. Te cztery postaci los w zaskakujący sposób styka ze sobą, plącze ich drogi, komplikuje im życie. Bohaterki Domu tajemnic, jak w typowej sadze rodzinnej to  kobiety silne, dominujące, walczące z determinacją z przeciwnościami losu, w obronie siebie i swojej rodziny. Niestety najczęściej krępują je nakazy tradycji i religii, przyznające kobietom drugorzędne role, skazujące nieraz na cierpienie. Przeznaczeniem kobiet było i jest zamążpójście, mimo iż, jakże często okazuje się, że mąż u boku nie daje szczęścia, a życie w parze wcale nie jest lepsze od samotności... To opowieść o tym, jak zawikłane mogą być ludzkie relacje, jakimi niezbadanymi ścieżkami podążają nasze emocje i do jakich – daleko idących konsekwencji – mogą doprowadzić czyny, dyktowane przez ludzkie serca, ale także przez nasze przywary: zazdrość, chciwość, strach. Postępowanie Dawida wydaje się niezrozumiałe, sprzeczne z jego własnymi marzeniami, ale przede wszystkim okrutne wobec trzeciej ważnej postaci w książce: Lei, żyjącej w dalekiej Polsce.

Myślę, że Lorena Martin D. jest godną spadkobierczynią takich mistrzów pióra, jak Marquez czy Isabel Allende, tworzących wspaniałe sagi rodzinne, opierające się o realizm magiczny. Dom tajemnic, w swojej przeważającej części – tej rozgrywającej się w Meksyku – napisany jest podobnym duchu. To także opowieść o niespokojnych duchach - ludziach przemierzających kontynenty w poszukiwaniu lepszego bytu. O tych, którzy sto lat temu emigrowali z pogrążającej się w chaosie Europy, do Ameryki. Stąd ich potomkowie odnajdują dziś korzenie w różnych zakątkach starego kontynentu i – tak jak Amanda – odkurzają rodzinne tajemnice. Wreszcie życie i wybory podejmowane przez bohaterów powieści są uzależnione od wichrów historii. Bohaterami Domu tajemnic wstrząsają po kolei rewolucja meksykańska, wojna domowa w Hiszpanii, a w końcu druga wojna światowa.

Powieść jest bardzo dynamiczna, bardzo mało w niej opisów, za to obfituje ona w różne dramatyczne wydarzenia, pędzące momentami na łeb na szyję. Ja śledziłam losy Hildy i Carminy z zapartym tchem, nie mogąc się od książki oderwać i usiłując się jakoś połapać w zawiłościach historycznych i rodzinnych. Na początku było to trudne, ale potem powieść wciągnęła mnie bez reszty.

Ta specyficzna, lekko odrealniona południowoamerykańska atmosfera powieści zmienia się, kiedy przenosimy się do Polski w poszukiwaniu zaginionej Lei. Tu mamy brutalne zetknięcie z dobrze nam znanymi faktami historycznymi: Holokaustem, zbrodniami wojennymi, brudną polityką, dzięki której Polska znalazła się pomiędzy niemieckim młotem, a radzieckim kowadłem. Autorka szczególnie skupia się na opisach losów polskich Żydów w gettcie warszawskim i są to sceny naprawdę mrożące krew w żyłach. W tej części powieść przekształca się w quasi-wykład lub esej historyczny, napisany w bardzo przystępny sposób, ale jednak. Losy jednostek zostają zepchnięte na plan dalszy przez skomplikowane wojenne dzieje, przy czym okazuje się, że nie do końca wyglądały one tak, jak przekazują to nam oficjalne podręczniki. Rzeczy nie są czarno-białe, a ludzie w zasadzie non stop toczą wojny, aby zaspokoić swoją chciwość...

Na pewno lepiej się czyta o drugiej wojnie światowej odmalowanej jako konflikt dobra ze złem. Nie trzeba się zastanawiać co kierowało zbrodniarzami po obu stronach wojennej barykady albo dlaczego zawiązano zmowę milczenia. Ignorowanie prawdy zwalnia nas z pytań o pobudki szaleńców albo o przyczyny moralnego lenistwa reszty świata.

Właśnie – okazuje się, że po obu stronach wojennej barykady popełniane były zbrodnie.  Pisarka podchodzi do polskiej historii z dużą dozą obiektywności, stąd na kartach Domu tajemnic czytamy nie tyle o bohaterstwie polskich żołnierzy, ale o Polakach prześladujących społeczność żydowską pospołu z Niemcami, czy o Żydach, którzy kolaborowali z okupantem. Autorka pisze bez ogródek o politycznej zmowie aliantów ze Stalinem, nie pozostawia też suchej nitki na dowódcach AK, którzy wywołali powstanie warszawskie.

Dom tajemnic to pełna dramatyzmu historia, nie mająca nic wspólnego z romantycznymi bajkami, pokazująca, że życie może nas bardzo ciężko doświadczać, w sposób, w którym nie sposób doszukać się głębszego sensu. Ludzkie motywacje do czynienia zła, mogą się pozornie wydawać niezrozumiałe, lecz w ostatecznym rozrachunku zawsze płyną z tych samych pobudek: kompleksów, chciwości oraz ignorancji. Za swoje dostaje się również religii...

Lorena Martin D. pisze kolejną książkę, która ma być zakończeniem dopisanym do Domu tajemnic. Bardzo chętnie po nią sięgnę. Szkoda, że w Polsce nie została wydana pierwsza powieść tej autorki, So Far From God, będąca początkiem trylogii historycznej stworzonej przez tę pisarkę. Trochę dziwna to decyzja wydawców – o zaczynaniu trylogii od środka...

Lorena Martin D., Dom tajemnic, Wyd. Bukowy Las, 2013 

sobota, 29 czerwca 2013

Wracam do oliwkowego cyklu Carol Drinkwater.

Po perypetiach związanych z życiem na farmie oraz kłopotach osobistych, Carol Drinkwater postanawia spełnić swoje marzenie i wybrać się w podróż śladem oliwkowych upraw. Jej szlak obejmuje kraje Bliskiego Wschodu: Liban, Syrię, Turcję, Izrael, Libię, ale także Grecję i Maltę. W każdym z tych krajów autorka tropi najstarsze gaje oliwne i zadaje sobie pytania: w jaki sposób oliwki tu zawędrowały, kto nauczył mieszkańców ich uprawy, jak wyglądało życie tutejszych ludzi, w czasach, gdy oliwa była dobrem na wagę dzisiejszej ropy naftowej. Wszak używano jej nie tylko w kuchni, ale również do wyrobu mydeł, kosmetyków oraz do oświetlania domów. Już na samym początku podróży, Carol Drinkwater trafia do prastarego gaju w Libanie, gdzie drzewa oliwne liczą sobie – aż trudno uwierzyć – 6000 tysięcy lat! Są więc starsze nie tylko od Chrystusa, ale i od judaizmu. Próbowałam sobie wyobrazić drzewo tak stare – jakąkolwiek istotę żywą, która byłaby tak wiekowa... cóż znaczy nasze życie w porównaniu sześciu tysięcy lat!

Oliwkowy szlak to jednak książka przede wszystkim podróżnicza – trochę odniosłam wrażenie, że oliwki to tylko pretekst, bo w wielu krajach autorka nie napotyka na zbyt wiele śladów po oliwkowych uprawach, za to zwiedza okoliczne zabytki i atrakcje turystyczne. W niektórych ze odwiedzanych krajów Drinkwater jest także świadkiem problemów politycznych: w Izraelu konfliktu pomiędzy Żydami a Palestyńczykami, w Libii rządów Kaddafiego. Książka zawiera wiele trafnych spostrzeżeń, np. podróż po Libii przypomniała mi niedawno czytany reportaż Oriany Fallaci z tego kraju. Drinkwater również dziwi się (20 lat później) jak to możliwe, że kraj tak obfitujący w dobra naturalne, jest tak biedny; co dzieje się z miliardami petrodolarów. Ciekawa jest relacja z Izraela, gdzie przemysł turystyczny bazuje na...czasach chrystusowych, zachęcając do odwiedzania miejsc znanych z Biblii. A Getsemani, Góra Oliwna była przecież świadkiem nocnego czuwania Chrystusa przed aresztowaniem. Dzięki autorce poznajemy też w skrócie historię starożytnych ludów, zamieszkującą ziemie, które odwiedza: Fenicjan, Spartan, Maltańczyków.

W Oliwkowym drzewie Carol kontynuuje swoją podróż oliwnym szlakiem, tym razem kierując się na Zachód. Przemierza Hiszpanię, północną Afrykę i Włochy. Znowu jej impresje pełne są wzmianek o starożytnej historii miejsc, w których się zatrzymuje, dywagacji na temat tego, kto na dany teren przyniósł sztukę tłoczenia oliwy, co autorka przypisuje Fenicjanom, a potem Rzymianom.

Ta wyprawa jest niby oryginalna, pisarka chce trzymać się z dala od utartych szlaków, ale i tak nie raz sprawia ona wrażenie typowej turystki z bogatych europejskich krajów. Podróżuje po bardzo ciekawych i malowniczych zakątkach Europy i Azji, a jednak często jest nimi rozczarowana. Zamiast piękna spostrzega brud, nędzę i brzydotę. Miasta, które są już tylko cieniem dawnej świetności. Zabetonowane wybrzeże i degradację środowiska. 

Drinkwater zwraca uwagę na fakt, iż nawet uprawa tak mało wymagającej rośliny jak oliwka może wiązać się z degradacją przyrody. Tak dzieje się w Hiszpanii, gdzie uprawy zajmują ogromne areały, są nadmiernie nawadniane i chronione pestycydami. Także w Maroku zanikają cenne lasy arganowe, będące źródłem oleju jeszcze bardziej cenionego, niż oliwa. Nie sposób nie zgodzić się z autorką, zastanawiającą się, jaką spuściznę pozostawimy swoim dzieciom i ze smutkiem konstatującą, jak wiele tego co cenne, wartościowe – potrafi zniszczyć człowiek. Pisarka jest zwolenniczką ekologii, hodowli organicznych, przeciwniczką polowań... czasem tej jej zapatrywania wydają się jednak naiwne w zderzeniu z brutalną rzeczywistością. Z biedą, czy konsumpcyjnym nastawieniem, które wygrywają z ekologią. Momentami myślałam sobie też, że autorce (paradoksalnie), brakuje trochę wrażliwości... Sposób w jaki reaguje na biedne dzieci, kalekich ludzi, głodne zwierzęta... to jej nie dotyczy, przechodzi obok nich i idzie dalej. Czasami uderzała mnie jej obojętność i brak chęci pomocy.

Wrażenia Carol Drinkwater są barwne i obrazowe, jednak specyficzny styl, w jakim napisane są książki może momentami męczyć. Jej podróż jest spokojna, bez ekscytujących przygód i wydarzeń. Mało jest jakiejkolwiek akcji. W książkach dominują opisy, uzupełnione refleksjami autorki. Charakterystyczna jest jej koncentracja na najdrobniejszych szczegółach tego, co spotyka ona w trakcie swojej podróży. Trzeba się skupić, żeby utrzymać swoją uwagę, uciekającą czasami od relacji, zwłaszcza gdy Drinkwater po raz kolejny rozpisuje się o historii starożytnej i obsesyjnie wręcz wspomina Fenicjan.

Oliwkowy szlak jest idealną lekturą na lato – w czerwcowym upale bardzo łatwo wyobrazić sobie autorkę przemierzającą oliwne gaje, wsłuchaną w śpiew cykad, wędrującą wąskimi uliczkami bliskowschodnich miasteczek, zwiedzającą suki, kosztującą hiszpańskich tapas... Polecałabym ją jednak tylko wielbicielom podobnych, środziemnomorskich klimatów.

Carol Drinkwater, Oliwkowy szlak, Wyd. Literackie, 2011

Carol Drinkwater, Oliwkowe drzewo, Wyd. Literackie, 2011

środa, 26 czerwca 2013

...od podboju Anglii przez Wilhelma Zdobywcę, aż po XX wiek. Stephen Clarke napisał historię stosunków angielsko-francuskich, odwiecznego konfliktu sąsiadów znad brzegów kanału La Manche. Autor stoi na stanowisku, że tak naprawdę Francuzi przez te 1000 lat przeważnie ponosili porażki. Ciągle to Anglicy łoili im skórę, bo Francuzi, no cóż, nie są najlepsi w wojaczce. Wolą bawić się, jeść i tańczyć, niż walczyć. Francja dała się wystrychnąć na dudka Normanom, przegrała wojnę stuletnią, utraciła na własne życzenie bogate kolonie w Ameryce, a w czasie wojny musieli ją ratować – przed samą sobą – alianci. Jedynym wyjątkiem od tej reguły były sukcesy Napoleona, acz były one krótkotrwałe, a skończyło się jak zawsze... czyli zwycięstwem Anglików. Gdyby tak pogrzebać, to okazuje się, iż nawet w osiągnięciach, tradycyjnie uznawanych za francuskie, jak wynalazek szampana - maczali palce Anglicy. Biorąc powyższe pod uwagę, właściwie nie wiedzieć czemu Francja stała się tak znaczącym państwem na mapie Europy.

Z pewnością Clarke pominął w swojej tendencyjnej wersji historii francuskie wiktorie i rzeczywiście, Francuzi czytając to, mogą się wkurzyć. Lecz ostatecznie każda relacja historyczna jest w jakiejś mierze tendencyjna - wszak historię piszą zwycięzcy. A że ja również za Francuzami nie przepadam, więc w ogóle mi to nie przeszkadzało. Przydałoby się trochę pognębić tych megalomanów ;) Po drugie 1000 lat wkurzania Francuzów, choć jest książką zdecydowanie historyczną, to jest to historia na wesoło, historia w wersji light. Ciągle nasuwało mi się skojarzenie, że gdyby w ten sposób napisane były podręczniki do historii, to przedmiot ten byłby uwielbiany, a osoby deklarujące, że za nudną historią nie przepadają, byłyby w mniejszości. Rzecz jasna nie chodzi mi o wybiórczość i rzetelność, tylko o przystępny oraz sposób przedstawienia faktów. Bez nadmiaru dat, bez dziesiątków nazwisk różnych ważnych panów bijących się o władzę, książka za to obfituje w ciekawostki, dotyczące obyczajów i kulisów historii, o których w standardowej wersji historii się nie mówi. Autor odbrązawia bohaterów, podważa powszechnie przyjęte dziejowe mity, dementuje pogłoski, nie mające wiele wspólnego z prawdą. Mnie najbardziej zainteresowały fragmenty o Napoleonie oraz o II wojnie światowej, w tym o generale de Gaulle'u. Poza tym książka jest przezabawna. Dotąd poczucie humoru Clarke'a, grającego idiotę we Francji, niezbyt mi odpowiadało, ale przy czytaniu 1000 lat miałam świetny ubaw! Na pewno taki sposób mówienia o historii sprawa, że w głowie pozostaje o wiele więcej, niż po lekturze nudnego podręcznika. Ciekawe by było, gdyby ktoś napisał taką wersję relacji polsko-niemieckich lub polsko-rosyjskich.... Polecam wszystkim fanom książek historycznych, a także tym – a może przede wszystkim tym – którzy tego typu lektury omijają z daleka, zniechęceni nudą wiejącą z tradycyjnych lekcji historii.


Stephen Clarke, 1000 lat wkurzania Francuzów, Wyd. W.A.B, 2012

niedziela, 23 czerwca 2013

Śniadanie wioślarzy to piękny obraz. Im dłużej na niego patrzę, tym bardziej mi się podoba. Nie jest tak do końca impresjonistyczny: maźnięciami pędzla malarz zaznaczył tło, jednak twarze są wyraźne i pełne ekspresji. W naczyniach na stole odbijają się refleksy światła... Patrząc na postaci na obrazie, nabieram do nich sympatii: do dziewczyny w skromnej sukience, opierającej się z figlarną miną o balustradę, i do kokietki z pierwszego planu. I do młodego mężczyzny w tradycyjnym słomkowym kapeluszu na głowie. 

Dzięki Niedzieli nad Sekwaną, postaci z obrazu ożywają, stają się ludźmi z krwi i kości. Powieść ta, skupiająca się na procesie tworzenia Śniadania wioślarzy jest sama w sobie niezwykle malarska. Autorka chwyta chwilę, a raczej tych kilka chwil, kiedy Renoir, otoczony swoimi przyjaciółmi postanowił namalować dzieło, które miało zmienić bieg jego kariery, a także życia. Śledzimy kładzenie farb na płótnie, mozolny proces układania kompozycji, kłopoty związane ze znalezieniem odpowiednich modeli i modelek oraz z zapanowaniem nad nimi w trakcie pozowania. Przede wszystkim podziwiamy geniusz Renoira, który potrafił stworzyć tak wymagający obraz od tak, bez żadnych przygotowań, z natury. Na drugim planie jest XIX- wieczny Paryż i mekka artystów: Montmartre.

Mimo dosyć swobodnego klimatu, w Niedzieli nad Sekwaną wyraźnie odbijają się problemy społeczne tamtych czasów, trudne życie zwykłych ludzi, przede wszystkim kobiet. Impresjoniści pokroju Renoira, Moneta, Sisley'a, także nie zajmowali się jedynie beztroskim tworzeniem, modelkami i bywaniem w kabaretach. Każdy z tych malarzy potrafił zamienić się w teoretyka malarstwa, rozważającego kwestie światła, perspektywy, kątów widzenia, odcieni kolorów, a także stylów. Zajmowały ich również konflikty we własnym łonie, rozpadająca się grupa impresjonistów, wystawy, które nie dochodziły do skutku. To były kwestie przetrwania, gdyż od tego czy i gdzie zostanie wystawione dane dzieło zależała jego sprzedaż. Artyści wyzbywali się swoich obrazów najczęściej za bezcen – aż niewiarygodne, biorąc pod uwagę cenę, jaką te dzieła osiągają dzisiaj.  

Powieść można pokochać za jej niezobowiązującą atmosferę, w sam raz na leniwe niedzielne popołudnie. Rzeka skrzy się w promieniach słońca, słychać poszum żagli i okrzyki wioślarzy, śmigających po wodzie. Bohaterowie raczą się zaś pysznymi daniami z kuchni francuskiej... Tą atmosferą książka Susan Vreeland się broni, ale z drugiej strony nie jest to lektura, która porywa. Brak w niej akcji jako takiej, skomponowana jest w przeważającej mierze z dialogów. Dialogi te dają powieści pozór lekkości, lecz też wrażenia, że książka ta jest o niczym. Bo rozmowy te są puste, są jedynie flirtem pomiędzy bohaterami, czasem snobistyczną wymianą zdań. Są ulotne, jak chwila, a ta chwila, kiedy mogły coś znaczyć – wraz z gestem i spojrzeniem – dawno minęła. Konkrety umykają w tym potoku słów. Nieliczne opisy to te, kiedy autorka odtwarza proces powstawania obrazu – na mnie robiły wrażenie mocno profesjonalnych, ale przez to też trudno zrozumiałych. Każdy z bohaterów żyje w swoim własnym świecie, podąża w swoją własną stronę, trudno uchwycić relacje między nimi. Dlatego Niedziela nad Sekwaną potrafiła mnie chwilami mocno znużyć. Denerwowały mnie liczne wstawki po francusku – zabieg dla mnie zupełnie niezrozumiały, bo przecież w oryginale bohaterowie całość rozmów musieliby odbywać w tym języku.

Sama idea, aby opisać jak powstało jedno z najwybitniejszych impresjonistycznych dzieł jest niewątpliwie interesująca. Niedziela nad Sekwaną daje wgląd w życie francuskich impresjonistów oraz w czasy belle epoque, choć te prawie 600 stron można było - moim zdaniem - wypełnić jakoś ciekawiej. 

Susan Vreeland, Niedziela nad Sekwaną, Wyd. Bukowy Las, 2011

piątek, 21 czerwca 2013

Czytając Isabel Allende wpada się jak śliwka w kompot – kiedy już się zacznie, trudno się od opowiadanej historii oderwać. Takie było moje pierwsze wrażenie z Dziennika Mai. Fabuła tej książki byłaby dla mnie mało pociągająca i pewnie bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie nazwisko pisarki – jednej z moich ulubionych. Oto młoda dziewczyna zaplątała się w jakieś ciemne interesy i teraz musi się ukrywać, na małej chilijskiej wysepce. Mam pretensje do wydawcy, że w blurbie zdradza właściwie wszystko – bez szczegółów oczywiście – ale od początku wiemy mniej więcej co się wydarzyło. Mamy ramę, a relacja Mai jest takim uzupełnieniem wnętrza tej ramy. Narracja porusza się pomiędzy dwoma płaszczyznami: na przemian wspomnieniami bohaterki oraz opowieścią o tym, co przydarza się jej na Chiloe. W efekcie tej przeplatanki powstaje obraz życia Mai Vidal, młodej osoby, a już jakże doświadczonej przez los, choć trochę na własne życzenie. To kronika zmagania się ze swoimi słabościami, z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków, z typowo młodzieńczym buntem, który niestety zaprowadził bohaterkę zbyt daleko. Maja właściwie ucieka do Chile przed konsekwencjami swoich czynów i samą sobą.

Dziennik Mai nie ma w sobie realizmu magicznego, charakterystycznego dla Allende. To powieść na wskroś współczesna, po części mająca miejsce w Stanach Zjednoczonych. Maja jest nastolatką, z rodzaju tych, które przywodzą mi na myśl program „Surowi rodzice”, produktem liberalnego amerykańskiego wychowania, efektem mieszanki zaniedbania z rozpieszczeniem. Opis jej upadku jest bardzo wyraźnym głosem ostrzeżenia i dla rodziców i dla młodych osób, choć młodzi chyba raczej tej książki nie przeczytają.

Bardzo istotną rolę grają w powieści postaci dziadków Mai, dzięki którym właściwie możemy przenieść się do Chile. I Chile, rodzinny kraj Allende, jest drugim ważnym bohaterem Dziennika Mai. Odniosłam wrażenie, że pobyt bohaterki na Chiloe jest pretekstem, by opowiedzieć o obyczajach, tradycjach, kulturze chilijskiej, poczynając od wspaniałych krajobrazów, przez dziwne wierzenia, stosunki międzyludzkie, a skończywszy na traumatycznych wydarzeniach z czasów przewrotu wojskowego Pinocheta. Oczywiście społeczność niewielkiej wysepki, na której ląduje Maja jest sama w sobie specyficzna, na tyle, na ile specyficzne są wszystkie tego typu hermetyczne społeczności, małych miejscowości, oderwanych od wielkich problemów tego świata. Stworzony przez pisarkę klimat urzeka, ale tak naprawdę Allende tym razem nie napisała niczego oryginalnego: Dziennik Mai jest kolejną wersją ucieczki na wieś, na tzw. zadupie, w rozpaczliwej próbie przewartościowania swojego życia. Jak w wielu tego typu powieściach, jej bohaterka jest początkowo samotna i nieszczęśliwa, by pod koniec odnaleźć się, otoczona wianuszkiem przyjaciół i – mniej lub bardziej prawdziwej – rodziny. Czyta się jednym tchem, bo to Allende, ze swoim wspaniałym talentem narracyjnym – tu wracam do stwierdzenia z początku mojej notki, ale mam trochę pretensji do autorki, że poszła w tak wyeksploatowanym kierunku.

Mimo tego, że powieść w wielu miejscach opowiada o zdarzeniach trudnych, bolesnych, dramatach życiowych, to jednak utrzymana jest w bardzo spokojnym tonie. Czytając to, miałam wrażenie, że nie czytam relacji nastolatki, a osoby o wiele starszej, zrównoważonej, dojrzalszej, potrafiącej spojrzeć na życie z dystansem. A Maja taka nie jest. Za mało tu egzaltacji, emocji, braku szacunku dla starszych, typowych dla wieku młodzieńczego. Ta niespójność była dla mnie wyraźnie uchwytna. To niekoniecznie musi być zarzut w stosunku do książki, mnie to nie przeszkadzało, bo w efekcie książka ma kojące działanie. Allende stawia na uzdrawiającą siłę miłości i rodzinnych więzów i na naturę zamiast przerostu cywilizacji.

Podsumowując, Dziennik Mai to kolejna bardzo dobra powieść Allende, z charakterystycznymi dla tej pisarki akcentami z jej rodzinnego Chile.

Isabel Allende, Dziennik Mai, Wyd. Muza, 2013

wtorek, 18 czerwca 2013

Eric Weiner to ten sam amerykański dziennikarz, który podróżował po świecie w poszukiwaniu szczęścia. Moje bardzo pozytywne wrażenia po przeczytaniu Geografii szczęścia były głównym motywem, dla których zabrałam się za drugą książkę autora. Czy ktoś, kto w praktyce jest osobą niewierzącą (obojętnie, czy go nazwiemy ateistą, agnostykiem, poszukującym, dezorientacjonistą, czy kulinarnym Żydem) może uwierzyć w Boga „testując” religie, tak jakby testowało się nowy model samochodu? Weinera skłonił do tego nagły pobyt w szpitalu i widmo ciężkiej choroby, które zajrzało mu w oczy. To bardzo częsty powód zwrócenia się ku Bogu. Ale czy Bóg ma być lekarstwem na depresję, smutek egzystencjalny, który dręczy współczesne społeczeństwa? Czy można odnaleźć swojego Boga? I czy ten Bóg może być sympatyczny? Dziś, kiedy naszym życiem rządzi raczej racjonalizm i pieniądze, niż religia (przynajmniej w naszej części świata), tego Boga jest w naszym życiu coraz mniej. Łatwiej jest porzucić wiarę, lub skłonić się ku innej, ale wydaje mi się, że to nie jest takie proste, jak przedstawia to Weiner.

Tak naprawdę rzecz jasna nie chodzi o wybór Boga, lecz o wybór systemu religijnego. Zazwyczaj jednak religia nie jest kwestią wyboru, ale pochodną tego gdzie się urodziliśmy i jak zostaliśmy wychowani. Nikt się nas nie pyta, czy katolicyzm się nam podoba, czy może bardziej wolelibyśmy być buddystami. Może trochę inaczej wygląda to w Stanach Zjednoczonych, kraju pozornie bardzo religijnym, ale tam każdy wierzy w to, co chce. Roi się tam od sekt i różnych grup religijnych, których wiara to specyficzny misz-masz, mający chyba już niewiele wspólnego z Bogiem, a znacznie więcej z zaspokajaniem ludzkich potrzeb. Dokładnie tak, jak towar w markecie. Tak też podchodzi to religii Weiner: ojej, taki wybór, że aż głowa boli, nie wiem na co się zdecydować... I przystępuje do dopasowywania religii do siebie, co nie bardzo mu wychodzi, ponieważ cały czas siedzi w nim niedowiarek. Do obrzędów religijnych odnosi się z nieufnością, cynizmem, a nawet podejrzliwością. Nie uczestniczy w nich, jest raczej obserwatorem. Nie interesują go podstawy, doktryny, koncentruje się na zewnętrznych rytuałach. Medytacja w jego wydaniu kojarzyła mi się z przygodami bohaterki Jedz, módl się i kochaj. Podejście Weinera wydało mi się bardzo naiwne i właśnie bardzo amerykańskie. Czy dziennikarz naprawdę wierzył w to, że uda mu się uwierzyć w Boga, uganiając się za różnymi religiami? Dla mnie jasne było, że aby poznać dany system religijny i UWIERZYĆ – nie wystarczy kilka tygodni, a nawet miesięcy. Nawet jeśli pojedzie się w miejsce, gdzie religia ta się narodziła, czemu hołduje Weiner. Żeby poznać buddyzm udaje się on do Nepalu, taoizm, do Chin – i tak dalej. Im bardziej zagłębiałam się w książce, tym bardziej byłam przekonana, że to pomyłka: nie wiedziałam za bardzo czemu służyć miały owe „duchowe poszukiwania”. W dodatku dziennikarz nie podchodzi do części religii całościowo, ale wybiera sobie z danego wyznania nurt, który wydał mu się najbardziej dogodny: z islamu sufizm, z judaizmu kabałę, z chrześcijaństwa franciszkanizm. To jeszcze pogłębia wrażenie fragmentaryczności i powierzchowności, które to podejście na pewno nie jest właściwe w odniesieniu do Boga. Efekt tych flirtów z Bogiem jest łatwy do przewidzenia. Weiner wprawdzie dosyć otwarcie pisze o swoich religijnych dylematach, lecz na pewno nie dowiedziałam się z tej książki więcej o opisanych religiach, a dosyć cyniczne podejście autora może tylko zniechęcić do własnych przemyśleń na ten temat.

Wiara to nie jest po prostu kwestia wyboru tego, co nam najbardziej odpowiada. Religia nie została stworzona dla wygody człowieka, wręcz przeciwnie, często służy temu, aby człowieka w pewien sposób ograniczać, skąd więc oczekiwanie, że można dopasować do siebie taką, która będzie dla nas najwygodniejsza i najmniej kłopotliwa? Bóg kochający, wybaczający i najlepiej NIE WYMAGAJĄCY niczego.

Poznam sympatycznego Boga to książka na wskroś amerykańska: porażająca momentami swoją prostotą i naiwnością. Przekonaniem, że można świat dopasować do siebie. Że nawet religia to coś, co można sobie dowolnie wybrać i skomponować z katalogu, dopasowując do własnych preferencji. Tak, to może świadczy o tolerancji, ale niestety jest bardzo powierzchowne. Weiner podszedł do tematu zbyt lekko i mnie się tym razem to nie podobało.

Eric Weiner, Poznam sympatycznego Boga, Wyd. Carta Blanca, 2012

sobota, 15 czerwca 2013

Znana lekarz-weterynarz, Dorota Sumińska ma arystokratyczne korzenie. Jej pradziadek był hrabią na Wołyniu. Cały majątek przodków, z zabytkową leśniczówką, gdzie Kraszewski pisał Starą Baśń, niestety przepadł w II wojnie światowej. Rodzina musiała uciekać i osiadła w Warszawie. Tak zaczyna się autobiografia Doroty Sumińskiej. Od tej rodzinnej historii trudno mi było się oderwać – zresztą jej echa możemy odnaleźć w powieści autorki, Zwykłe niezwykłe życie. Poza wspominaniem swoich przodków, Sumińska opisuje całą menażerię czworonogów, które zawsze towarzyszyły jej rodzinie, gdyż zarówno jej dziadek, jak i ojciec byli wielkimi miłośnikami zwierząt. To książka bardzo osobista, bo Sumińska pisze o swoich rodzicach, opowiada o swoich nieudanych małżeństwach, o relacji z córką, ale im bardziej czasy stają się współczesne, tym bardziej Autobiografia na czterech łapach staje się opowieścią o zwierzętach, a nie o ludziach. Przez dom Sumińskiej przewinął się bowiem taki zwierzyniec, że w krótkim czasie zaczęły mi się mylić imiona tych wszystkich pupili.

Dalej na czterech łapach zostało wydane jako kontynuacja Autobiografii, lecz ja bym tej książki tak nie nazwała. Składa się ona bowiem z dosyć oderwanych od siebie historii, dotyczących w głównej mierze zwierząt Doroty Sumińskiej, sporą część Dalej zajmują też relacje z dalekich podróży, gdzie pani Dorota miała okazję zetknąć się z egzotycznymi zwierzętami: słoniami, małpami.

Obydwie książki w gruncie rzeczy mają w sobie bardzo duży ładunek smutku. Są pełne pożegnań. Po pierwsze dlatego, że autorka wspomina nieżyjących już członków swojej rodziny: ukochaną babcię, ojca, mamę, wujostwo, ale również całą rzeszę zwierząt, też przecież do tej rodziny należących. Zwierzęta jak wiadomo żyją krócej od nas, niejednokrotnie więc Sumińska traciła któreś z nich. Czasem z przyczyn naturalnych, czasem w wypadkach, czasem w wyniku okrucieństwa człowieka... I w tych opowieściach żal rozdzierał serce autorce i mnie też. Spłakałam się przy tych książkach jak bóbr. Muszę powiedzieć, że dawno nie spotkałam się z takim ogromnym ładunkiem miłości – do wszystkiego, co żyje, takiej wrażliwości i współodczuwania w stosunku do naszych braci mniejszych, nieważne czy to pies, kot, koń, czy mysz, traszka, a nawet pająk. To filozofia, która jest obca wielu ludziom, nad czym Dorota Sumińska również ubolewa. Pojawia się w jej książce nawet sformułowanie, iż wstydzi się czasem, że jest człowiekiem... W pełni to rozumiem, ja też czasem doznaję takiego uczucia. To właśnie ta druga przyczyna mojego smutku. Na zwierzęciu nie można się zawieść, na człowieku nieraz – i jak bardzo to boli... Moja kotka dostała przy czytaniu Sumińskiej potrójną porcję pieszczot. Za to, że jest.

Ciepła, mądra, wzruszająca.

Dorota Sumińska, Autobiografia na czterech łapach, czyli historia jednej rodziny, Wyd. Literackie, 2010

Dorota Sumińska, Dalej na czterech łapach, Wyd. Literackie, 2012



| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2013
3.Przeczytane w 2012
4.Przeczytane w 2010
5.Przeczytane w 2009
6.Przeczytane w 2008
7.Wymienię/sprzedam
8.Kontakt
Co czytać?