Kategorie: Wszystkie | Kulinaria | Miejsca | Prasówka | Recenzje | Stosiki | Tak sobie myślę
RSS
środa, 31 lipca 2013

Wakacje w pełni, upał niesamowity, asfalt się roztapia, więc kontynuuję spotkania z literaturą z egzotycznych krajów. Tym razem indyjskie Przeminęło z wiatrem. Odbyłam literacką podróż do południowych Indii, żyznej krainy kawy, herbaty i pól ryżowych. Nie sposób nie zakochać się w tamtejszych krajobrazach kreślonych bardzo sugestywnie przez indyjską autorkę. To kraina mlekiem i miodem płynąca. Wzgórza kipiące zielenią, morze wszelakich kwiatów, powietrze przesycone aromatem jaśminu, złotokapu i bambusa. Egzotyczne zwierzęta i piękni ludzie: kobiety w kolorowych sari, pobrzękujących kolczykach i bransoletkach, dumni mężczyźni realizujący się na polowaniach. To także kult miejscowych bóstw, niezwykłe obrzędy, duchy przodków czuwające nad żywymi. Przełom XIX i XX wieku, w Indiach ciągle żywy jest kolonializm, choć wydaje się, iż w Kodangu nikt o nim nie słyszał...

Główną bohaterkę powieści, Dewi, poznajemy w dniu jej narodzin. Jest pierwszą od kilkudziesięciu lat dziewczynką w rodzinie i dlatego dzieckiem hołubionym i rozpieszczanym. Dostaje wszystko, na co ma ochotę. Już w wieku kilku lat jej najwierniejszym towarzyszem zostaje Dewanna, osierocony przez matkę chłopiec z jednej ze spokrewnionych rodzin. Początkowo zahukany chłopczyk zyskuje pewność siebie, kiedy dzieci trafiają do misyjnej szkoły – tam okazuje się jednym z najbardziej utalentowanych uczniów, w przeciwieństwie do Dewi, która do nauki się nie garnie. Za to już mając 9 lat zakochuje się w o wiele starszym od siebie Maću, kuzynie Dewanny, pogromcy tygrysa. Tylko za niego chce wyjść za mąż. Mijają lata, dziewczyna dojrzewa i odrzuca oświadczyny wszystkich kandydatów do jej ręki, ciągle marząc o Maću. To zaledwie początek perypetii Dewi i Dewanny. Oczywiście ich losy się komplikują, a szczęście coraz bardziej oddala. To odwieczna opowieść o tym, jak krzywdzą nas ci, co powinni nas kochać, jak reputacja i honor rodziny są ważniejsze od czyjegoś szczęścia. Jak nieszczęścia, które dosięgają bohaterów przeradzają się w kolejne tragedie, bo życiowe decyzje podejmowane są pod wpływem wyrzutów sumienia, poczucia krzywdy, zemsty lub ślepego trzymania się tradycji. Sami sobie też szkodzimy bezmyślnością, brakiem wrażliwości, nieumiejętnością porozumienia się z tymi, na których nam zależy oraz nieumiejętnością wybaczania. A konsekwencje tego rozciągają się na kolejne pokolenia.

Urazy narastają. Jeśli nie zostaną świadomie odrzucone, narastają i karmią się sobą. Nasze serca twardnieją od nich, gęstnieją i wyżłabiają się. Z początku próbujemy zrywać strupy, by pozostać nieskalani i niewinni jak dawniej. Z czasem to jednak coraz trudniejsze. To wymuszone zrywanie bandaży, odświeżanie bolesnych wspomnień. Łatwiej je zamknąć, odsunąć, przemilczeć. Taszczyć je niczym niewidzialny kamień u szyi. Zostawiamy rany w spokoju. Nasza skóra twardnieje, warstwa po warstwie, aż w końcu pewnego dnia budzimy się i odkrywamy, że staliśmy się nieodwracalnie uodpornieni. Zakorzenieni w zabliźnionej przeszłości, podczas gdy świat poszedł naprzód.

Niesamowicie mnie podobne historie denerwują i dlatego denerwowałam się i wzruszałam również czytając Tygrysie wzgórza, choć historia ta była dla mnie do bólu przewidywalna. Oczywiście Dewi wyrasta na piękność, a skoro tak, to na pewno będą kłopoty... Jeśli miłość, to oczywiście wieczna... Wiadomo też, że jeśli żołnierz obiecuje sobie, że to ostatnia bitwa i po niej wraca do domu, to na pewno coś mu się stanie...

Głównej bohaterki, Devi nie potrafiłam obdarzyć sympatią – najpierw jest ona rozpuszczoną dziewczyną, myślącą tylko o zdobyciu mężczyzny, potem, kiedy los daje jej po głowie staje się silna, ale nadal jest samolubna i niewrażliwa na potrzeby innych. Łamie konwenanse, bo nie ma już nic do stracenia. Zgadzam się z nią tylko w tym, że w życiu trzeba być silnym, bo jeśli się takim nie jest, to ludzie nas zadepczą. Tym samym Tygrysie wzgórza to kolejna opowieść o silnych kobietach, dźwigających na swoich barkach cały trud życia codziennego i słabych mężczyznach, których rola wydaje się sprowadzać tylko do prokreacji...

Wspominałam już o niesamowitym klimacie stworzonym przez autorkę w powieści. Jeśli w Tanamerze brakowało mi atmosfery tropików, to w Tygrysich wzgórzach dostałam ją aż z nawiązką. Bogactwo opisów, kreujące scenerię wydarzeń z początku mnie zachwyciło. Jeśli czegoś zabrakło, to kulinarnych smaków i aromatów, które zazwyczaj pojawiają się w tego typu lekturach. Jednak po jakimś czasie te powtarzające się ciągle opisy zaczęły mnie irytować. Obudowane jest nimi każde zdarzenie, obrzęd, święto, a nawet czynności życia codziennego, nie wspominając już o krajobrazach. Wydaje się, że w książce tej każdy rzeczownik musi być poprzedzony przymiotnikiem. Zauważalne jest to szczególnie w pierwszej połowie książki, w której akcja posuwa się jakby w zwolnionym tempie, a moje myśli przy czytaniu zaczęły gdzieś uciekać. Wycięcie połowy tych kwiecistych opisówek w niczym by jej nie zaszkodziło. Trzeba również dodać, że Indie z powieści Sarity Mandanny to takie Indie bardzo podkoloryzowane, bajkowe, jak z bollywoodzkich filmów. Autorka nie porusza w książce żadnych problemów społecznych, bohaterowie powieści żyją w pięknych domach, w dostatku, nie znajdziemy tu nędzy, kwestii kast, konfliktów na tle religijnym, ani nawet katastrof naturalnych. Tygrysie wzgórza to przede wszystkim historia miłosna.

Historia opowiedziana w Tygrysich wzgórzach nie jest w najmniejszym stopniu oryginalna – miałam wrażenie, że już to gdzieś czytałam, i to nie raz. Mimo, że akcja książki jest bardzo silnie osadzona w Indiach, to jej przesłanie jest uniwersalne – to mogło się zdarzyć wszędzie: w Ameryce, w Europie, nawet w Polsce. Jednak Tygrysie wzgórza to bardzo dobra beletrystyka, zapewniająca doskonałą rozrywkę i oderwanie się od szarej codzienności. Czyta się ją świetnie, zwłaszcza gdzieś pod chmurką. Oddaję autorce, że powieść jest bardzo dobrze napisana: pięknym literackim językiem, wyrafinowanym i bogatym w detale. Porusza wyobraźnię i zmysły, fascynuje egzotyką, wzbudza wiele emocji, wreszcie zachęca do pozostania w podobnych, tropikalnych klimatach. 

Sarita Mandanna, Tygrysie wzgórza, Wyd. Otwarte, 2011


poniedziałek, 29 lipca 2013

W latach 30-tych XX wieku w Indochinach nadal panowali Europejczycy, kraje te były koloniami, zapewniającymi państwom europejskim liczne dobra i bogactwa. Anglicy, czy Francuzi mieli świetną zamorską bazę do robienia interesów oraz do zabawy. Zapoczątkowano wtedy eksploatację tamtych ziem, opisaną w Tanamerze: rozpoczęto wyręb dżungli i założono plantacje kauczuku. Wtedy był to genialny pomysł na biznes, dziś niestety kojarzy się przede wszystkim z degradacją środowiska naturalnego. Nic więc dziwnego, że kauczukowy interes rodziny Dexterów nie wzbudził we mnie entuzjazmu.

Główny bohater powieści Noela Barbera, Johny Dexter jest dziedzicem bogatej rodziny plantatorów w Singapurze, Malaje to jego ojczyzna, a Tanamera to rodzinna posiadłość. Autor opisuje losy Johny'ego, jego rodziny w burzliwych przedwojennych i wojennych latach. Życie kolonistów upływa na spotykaniu się w klubach, grze w tenisa, polo, zabawach i przyjęciach. Wybucha wtedy miłość pomiędzy Johnym a jego przyjaciółką jeszcze z lat dzieciństwa, Julią. Niestety Julia jest Chinką, co oznacza, iż młodzi nigdy nie będą mogli być razem. To miłość zakazana. Kolonialna oraz chińska tradycja zakazują wiązania się „białych” z Azjatami. Te surowe reguły wydają się absurdalne, tworzące jakieś sztuczne podziały między ludźmi, ale Johny i Julia im się podporządkowują. Są młodzi, niedoświadczeni, poszukują swojego celu w życiu. Ich drogi się rozchodzą. Na świecie jednak wrze, konflikt zapoczątkowany w Europie przenosi się stopniowo na cały glob, wybucha wojna. A wojna zmienia wszystko. Ludzie, niepewni jutra, chcą żyć teraźniejszością. Tradycyjne podziały przestają mieć znaczenie. Po wojnie już nic nie będzie takie samo, co wielokrotnie jest w książce powtarzane.

Trochę dziś zapomniana Tanamera porównywana jest do Przeminęło z wiatrem, zapewne ze względu na scenerię, w jakiej rozgrywa się akcja. Jest i wojna, i egzotyka, i miłość. Nie do końca jednak jest to trafne porównanie, gdyż w powieści tej romansu jest raczej niewiele, brakuje w niej emocji. Tanamera napisana jest w dosyć poważnym tonie, autor woli pisać o rzeczach namacalnych: interesach, gospodarce, działaniach wojennych; chwilami przytłaczały mnie te przyciężkie fragmenty traktujące o kauczuku, drewnie, czy o wojennej polityce. Przyznaję, iż o azjatyckiej odsłonie II wojny światowej wiem bardzo niewiele, nie miałam pojęcia, że walki toczyły się również na Malajach, tak jak opisuje to Barber. Wydawało się, że tamten zakątek świata był w miarę spokojny, ale okazuje się, że nie do końca. Po wojnie czekały Azję kolejne konflikty i zmiany.

Teoretycznie jednym z głównych wątków Tanamery jest wątek miłosny, lecz opisowi tej miłości brakuje tego czegoś, co wykracza poza sferę fizyczną, porozumienia, chemii, wspólnie przeżywanych chwil, uniesień, niepowtarzalnego kodu kochanków, marzeń, tęsknoty.  Całej otoczki miłości. Innymi słowy nie ma tu za grosz romantyzmu, jest sam pragmatyzm, który odbija się także w postępowaniu młodych: Johny'ego, Julii, ich rodzeństwa i przyjaciół. Uczucia wcale nie są najważniejsze, a dojrzeć do nich pomaga bohaterom wojna i przemiany obyczajowe, jakie ona za sobą pociąga, a nie własne doświadczenie życiowe. To co dzieje się z bohaterami Barber relacjonuje, nie wgłębiając się zbytnio w motywy ich postępowania. Miałam wrażenie, że są oni nieco bezwolni, pozwalają aby to okoliczności kierowały ich życiem, a mało jest decyzji, które podejmowaliby sami.  Autor nie eksploatuje też zbytnio owego aspektu obyczajowego, który zabraniał związków międzyrasowych, tego konfliktu między tradycją a nowoczesnością – Barber po prostu stwierdza, iż tak było i koniec. Zatem czytałam Tanamerę również bez większych emocji i nie potrafiłam przenieść się myślami w tropiki, z wyjątkiem już samej końcówki książki. Powieść jest napisana w tak rzeczowym tonie, że zabrakło w niej miejsca na opisy tworzące klimat, egzotyczną scenerię.

Tanamera jest interesującą pozycją głównie z historycznego punktu widzenia, traktującą o końcu pewnej epoki, końcu kolonializmu. Na pewno nie jest to jednak porywająca historia miłosna.

Noel Barber, Tanamera, Wyd. Książka i Wiedza, 1992

Ps. Zamieszczam okładkę z jakiegoś zagranicznego wydania, bo polska - sprzed prawie 20 lat - jest przepaskudna

sobota, 27 lipca 2013

Kto lubi wschodnie szkatułkowe opowieści, takie jak Sufi, temu z pewnością i Bajarz z Marrakeszu przypadnie do gustu. Ja z początku obawiałam się, iż książka ta będzie podobna do lektur autorstwa pisarzy arabskich – przyciężka, obfitująca w długie, nudne zdania, naszpikowane wzniosłymi metaforami. Przekonałam się już, że wschodnia literatura ma tendencję do przerostu formy nad treścią. Bajarz również początkowo zmierza w tę stronę. Po kilkunastu stronach można jednak odetchnąć z ulgą, bo powieść nabiera kolorytu. Mimo tego, że tytułowy bajarz Hasan raczy czytelnika jedną opowieścią za drugą, to wszystkie one są mocno umocowane w marokańskich realiach oraz wyraźnie powiązane ze sobą. W żadnym momencie nie miałam wrażenia, że oddalam się od centralnego tematu, że błądzę, jak to często bywa w powieściach szkatułkowych. A kluczem tych opowiadań jest tajemnicze zniknięcie dwójki zagranicznych turystów na głównym placu Marrakeszu, Dżama. Jak naprawdę wyglądali, czy kobieta była rzeczywiście tak piękna, jak ją opisują, co stało się feralnego wieczoru, czym naprawdę jest piękno i czy warto się w jego imię poświęcać, wreszcie – jak oddzielić prawdę od zmyślenia, to pytania, jakie powstają, w miarę jak poznajemy różne wersje wydarzeń. Okazuje się, że każdy ma swoją opowieść, a gdzie leży prawda, tego chyba nigdy się nie dowiemy.

W Bajarzu z jednej strony wciąga historia turystów, widziana tak różnymi oczyma, ale nawet ciekawsze są, opowiadane równolegle, losy Hasana i jego braci: pięknoducha Mustafy oraz stojącego twardo na ziemi Ahmeda. Dla każdego z braci liczy się w życiu co innego. Relacje Mustafy i Hasana nacechowane są konfliktem, wynikającym nie tylko z ich odmiennych osobowości, ale również ze zderzenia islamu z zachodnim stylem życia. Intryguje sama postać Hasana – spadkobiercy arabskich bajarzy, ćwiczącego nieustannie swoją wyobraźnię, zbierającego opowieści i potrafiącego nimi oczarować. Siła ukryta w słowach jest tak wielka, że można w nich się schronić przed własnymi problemami i samym sobą.

Atmosfera Orientu jest w Bajarzu namacalna. Bez trudu w wyobraźni możemy przenieść się do Maroka, na plac Dżama, w wąskie uliczki marrakeskiej medyny, a także w głąb kraju, góry Atlasu, czy na fascynującą pustynię. Znajdziemy tu tajemnicę, egzotykę, pasję, mistykę wschodu i świat iluzji zamknięty w opowieściach przekazywanych sobie na Dżama. Ta atmosfera tak mnie wciągnęła, że przy dźwiękach arabskiej muzyki, przeczytałam książkę w jeden wieczór. Mimo, iż akcja powieści rozgrywa się współcześnie, poprzez odniesienia do tradycji, takiej jak chociażby zawody braci oraz opowieści umocowane w kulturze bliskowschodniej, miałam wrażenie, jakbym przeniosła się wiele lat wstecz. 

Księżyc opada na środek placu. Dym z palenisk toczy się po bruku, wije, połyskuje, tężeje w mgłę. Każdej nocy bendiry, guedry i daffy łączą się i tworzą spójną mozaikę mrocznych dźwięków, których rytm pobudza bicie serca i ogarnia duszę. Nic nie brzmi tak jak one i nie da się oprzeć ich uwodzicielskiej sile. Na niezbyt odległej pustyni wieje silny wiatr. Szaleje nad szczytami Atlasu i przelatuje nad kamienistymi wyspami u wybrzeży Atlantyku. Ale na Dżama al-Fna' nawet on kapituluje w obliczu nocnego tętentu bębnów.

Joydeep Roy-Bhattacharya, pisarz hinduskiego pochodzenia, którego nazwiska nie jestem w stanie spamiętać ma w planach stworzenie kolejnych powieści, z akcją umiejscowioną w Oriencie, m.in. w Persji. Mam nadzieję, że będzie to lektura równie ciekawa, co Bajarz z Marrakeszu.

Joydeep Roy-Bhattacharya, Bajarz z Marrakeszu, Wyd. Lambook, 2013

czwartek, 25 lipca 2013

Już wcześniej odczuwałam jego symptomy, ale przy Sufim dopadł mnie na dobre. Kryzys. Brak weny twórczej. A że Sufi nie jest książką najłatwiejszą w odbiorze, tym bardziej  nie wiem, co o nim napisać. Losy Pinhana, chłopca o dwoistej naturze, od których rozpoczyna się ta powieść, w istocie okazują się nieledwie epizodem. Uwagę od nich odciąga opowieść o stambulskiej dzielnicy Akrep Arif, w tym o dziwnej kulawej dziewczynce, przepełnionej złymi uczuciami. Ale także o siedmiu staruchach, złodzieju i wielu innych postaciach. Mowa jest o tajemniczej księdze i o życiu derwiszów. Teoretycznie te historie się ze sobą wiążą, ale dosyć luźno. Książka ma w sobie ten orientalny czar, opowieści snutych jak w Księdze tysiąca i jednej nocy, nawiązujących do mistycyzmu oraz do wschodnich baśni. Pod tym względem Sufi przypomina  powieści Orhana Pamuka, ze swoją szkatułkową konstrukcją, z tendencją do dygresji, bogactwem szczegółów, tyle że treść tej książki jest o wiele bardziej zwarta i ciekawsza, niż u noblisty. Moją uwagę w Sufim zwróciły liczne wzmianki o … potrawach kuchni tureckiej, bardzo smakowicie opisanych, co może zaskakiwać w tego typu literaturze. Jednak powieść ta pozostawiła mnie zupełnie obojętną i to jest chyba clue wszystkiego. Jeśli jest w niej gdzieś jakiś morał, to dla mnie jest on zbyt głęboko ukryty. Gdzieś natknęłam się na interpretację, porównującą cztery wątki, występujące w Sufim do czterech żywiołów. Istotnie, tak chyba jest, lecz jest to przedstawione – jak dla mnie – w zbyt zawoalowany sposób. Poza tym wątki dziewczynki i księgi są zdecydowanie drugoplanowe i pozostają niedokończone, dlatego sprawiają na mnie wrażenie zbędnych, nie wnoszących niczego do treści, poza – właśnie – uzupełnieniem czterech żywiołów.

Być może za mało wiem o mistycyzmie i o sufizmie, by móc docenić odniesienia, symbole i alegorie, jakie stosuje Shafak, jednak naraża to książkę na niezrozumienie u przeciętnego czytelnika. Jako że Sufi jest debiutancką powieścią Elif Shafak te niedociągnięcia można jej wybaczyć, bo w powieści widać już, że autorka ma talent do kreowania interesujących historii i ubierania ich w piękny język.

Elif Shafak, Sufi, Wydawnictwo Literackie, 2013

wtorek, 23 lipca 2013

Ile można czytać książek z cyklu „kupiłem dom w Toskanii/Prowansji/Andaluzji/Bretanii” i czy każdy cudzoziemiec, który przeprowadza się w pogoni za swoim marzeniem o sielankowym życiu, musi od razu pisać o tym książkę? Rozbawiło mnie stwierdzenie pojawiające się w książce, iż wykupywanie przez Anglików (Anglosasów) domów w turystycznych zakątkach świata to taka forma „rekolonizacji”. Tak naprawdę to wcale nie jest śmieszne. Istotnie, zjawisko to bardzo się rozpowszechniło i niestety nie ma ono dobrego wpływu na zachowanie tożsamości kulturowej danego regionu, w tym Maroka. Nie każdy cudzoziemiec potrafi zachować charakter zakupionej nieruchomości, tak jak to starała się zrobić Clarke, a turystyczne miejscowości, gdzie wyprawiamy się w poszukiwaniu „egzotyki”, stopniowo upodabniają się do siebie...

Wielu ludzi przyjeżdża tu i mówi „to jest bardzo ładne”, po czym wywozi to, co im się spodobało. Ci, którzy chcą tworzyć fantazję, powinni budować ją gdzieś indziej. Nie wolno im tego robić w medynie.

Uważam, że ludzie, którzy mogą sobie pozwolić na taki krok są bardzo uprzywilejowani, nawet jeśli na remont swojego nabytku muszą wydać ostatnie oszczędności. Co tu dużo mówić, podobne książki czytam z mieszaniną fascynacji i zazdrości, bo też chciałabym mieszkać w tak pięknych okolicznościach przyrody i narzekać przy tym na remontowe niedogodności... W przypadku Domu w Fezie nie chodzi o willę otoczoną gajem oliwnym lub winnicą, ale o riad w samym sercu marokańskiej, zabytkowej medyny. Fez, jak pisze autorka, był kiedyś największym miastem świata. Został założony w VIII wieku, a uniwersytet w tym mieście jest najstarszą uczelnią na świecie. Jego „starówka” jest trzy razy większa od medyny w Marrakeszu i do tej pory najlepiej zachowana, a jej charakterystyczne ornamenty powstały m.in. wskutek napływu na Bliski Wschód mauretańskich rzemieślników, którzy w XV wieku zostali wygnani z Hiszpanii. Ten fezki klimat, w którym cały czas pobrzmiewają średniowieczne tradycje, tak zauroczył australijską dziennikarkę, że postanowiła właśnie tam kupić dom. Potem już było jak zawsze, czyli przeciągający się remont, ciągłe potyczki z niesolidnymi fachowcami i oczywiście topniejące oszczędności. Zazwyczaj takie remontowo-budowlane kroniki mnie nudzą, ale Suzannie Clarke udało się opisać swoje perypetie w taki sposób, że czytałam książkę z prawdziwym zaciekawieniem. Sama jestem tym zdziwiona. Podziwiałam cierpliwość autorki w stosunku do wiecznie spóźniających się robotników lub wszechobecnej bliskowschodniej biurokracji. Załatwianie dziwnych pozwoleń, problemy językowe w obcym kraju, radzenie sobie z cwaniactwem - to wszystko na pewno wymagało niezwykłego samozaparcia. Efekt tych prac jest jednak godny podziwu (sądząc ze zdjęć) – dom Clarke jest przykładem przepięknej orientalnej architektury, z typowymi elementami, takimi jak ornamenty, mozaiki, dziedziniec z fontanną, czy łazienka w kamieniu. Cudowny styl, w którym sama chciałabym mieszkać.

W książce znalazło się też miejsce na opowieść o samym Maroku. W relację z restaurowania zabytkowego domu dziennikarka zgrabnie wplata swoje refleksje dotyczące życia w tym kraju: islamskich obyczajów, historii Maroka, mentalności jego mieszkańców, starodawnych wierzeń i przesądów. Opowiada o wyprawach na suki, poszukiwaniu materiałów do swojego domu, a także o relacjach z sąsiadami. W ten sposób świetnie udało się jej oddać marokańską tradycję i obyczaje, tworząc książkę, pulsującą wręcz atmosferą Orientu. Nie jest to może lektura tryskająca oryginalnym humorem, ale za to bardzo ciepła. I mnie zafascynowało Maroko, kraj jak na kraje muzułmańskie niezwykle tolerancyjny. W Domu w Fezie prym wiedzie islam, ale ten islam pokojowo nastawiony, dzięki czemu spojrzałam na tę religię i kulturę znacznie bardziej przychylnie, niż do tej pory.

(…) Marokańczycy kierują się w życiu jasno określonymi priorytetami. Życie prywatne jest dla nich z założenia ważniejsze od pracy. Jeśli więc trafia się coś ciekawszego, niż praca, to czemu nie skorzystać z okazji? Dlatego też zwrot in sza'a Allah jest tak niezwykle użyteczny. Jeśli Bóg chce, bym siedziała i piła kawę z przyjaciółmi, zamiast iść na spotkanie z potencjalnym pracodawcą, to widocznie tak musi być.

Prawda, że ładnie powiedziane? In sza'a Allah!

Suzanna Clarke, Dom w Fezie, Wyd. Lambook, 2012

niedziela, 21 lipca 2013

No cóż, do mnie listonosze nie przynoszą darmowych egzemplarzy książek, ale i tak nie narzekam. Nawet wolę nie, bo co bym potem z tymi książkami zrobiła. Od czego jest biblioteka - piękny stosik biblioteczny (prawie), to jest to:

  • Michelle Moran „Córka Kleopatry”

  • Stella Duffy „Teodora”

  • Hilary Mantel „Na szafocie”

  • Adam Johnson „Syn zarządcy sierocińca”

  • Gellert Tamas „Mężczyzna z laserem”

  • Jeffrey Eugenides „Intryga małżeńska”

  • Jakub Szamałek „Kiedy Atena odwraca wzrok”

  • Joydeep Roy-Bhattacharya „Bajarz z Marrakeszu”

  • Greg Mortenson „Trzy filiżanki herbaty”

  • Katherine Howe „Zaginiona księga z Salem”

  • Zygmunt Miłoszewski „Bezcenny”

  • Paul Russel „Zmyślone życie Siergieja Nabokova”

sobota, 20 lipca 2013

Gdybym miała kierować się opisem tej książki, biorąc ją z bibliotecznej półki – doszłabym donikąd, bowiem ten opis jest tak enigmatyczny. Kobiety, jakich pragną mężczyźni. Miłość zbyt piękna, a jednak możliwa. Zbrodnia zrodzona z zemsty, szaleństwa, fanatyzmu i żądzy władzy. Podróże, które są wyzwoleniem. Apsara to powieść napisana z prawdziwym rozmachem, w której istotnie znajdziemy to wszystko: wielki świat, egzotyczne podróże, niebezpieczne przygody i oczywiście piękne kobiety. Czyli to, o czym marzy „prawdziwy mężczyzna”. Apsara opowiada historie trzech (a może i czterech) mężczyzn: muzyków Roberta i Pawła, polskiego lekarza ginekologa Jacka i podejrzanego typa Chrisa. Każdy z nich ma swoje życie i swoje problemy. Świat w którym żyją: z jednej strony muzyka poważna, koncerty, z drugiej strony polska rzeczywistość końca lat 90-tych i batalia o aborcję. Historie te przez całą książkę przeplatają się wzajemnie, ale w zasadzie mają ze sobą niewiele wspólnego i cały czas zastanawiałam się, gdzie jest główny wątek tej powieści i kiedy to wszystko w końcu połączy się w spójną całość. I tak czytałam: 100 stron, 200, 400... bo powieść jest bardzo gruba. Ale czytałam, bo czyta się wyśmienicie. Apsara wciąga, jest napisana żywym językiem i trudno się od niej oderwać podążając za głównymi bohaterami. Wraz z nimi możemy zwiedzać Azję, ekscytować się niezwykłymi przygodami, spotykać ludzi z różnych zakątków świata, a także poznawać ich historię. To doskonała lektura na plażę, na wakacje, najlepiej gdzieś w tropikach. Widać że Litmanowicz jest zafascynowany Dalekim Wschodem, zwłaszcza Indochinami. Autor bardzo sprawnie porusza się między różnymi krajami i tematami, fantastycznie opisuje scenerię wydarzeń i konstruuje naprawdę ciekawą fabułę. To główna zaleta Apsary; lektura ta, choć nieco chaotyczna, ani przez chwilę mnie nie nudziła. Podziwiałam warsztat pisarski – debiutanta wszak. W fabułę wplecione zostały różne kwestie problemowe, jak religijny fanatyzm czy terroryzm. Oczywiście mocno podnosiła mi ciśnienie kwestia aborcji, podnoszona w polskiej część powieści. Te światopoglądy rodem ze średniowiecza i oskarżenia przypominające inkwizycję to bardzo bolesny obraz naszego kraju. Kraju, w którym prawa (i innych) się nie przestrzega i nie szanuje właśnie dlatego, że każdy uważa, że jego własne poglądy są ważniejsze od przepisów i w związku z tym robi co chce...

Notę książki w moich oczach obniża jej ewidentnie seksistowski wydźwięk. W Polsce bycie męskim szowinistą nadal nie jest powodem do wstydu, a wręcz przeciwnie – wielu Panów się tym chlubi i wydaje mi się, że autor jest jednym z nich. Bohaterami Apsary są mężczyźni – kobiety są zdecydowanie na drugim planie – i książka ta też reprezentuje męski punkt widzenia, potwierdzając stary stereotyp, że faceci myślą o seksie przynajmniej raz na 3 minuty (lub 3 razy na minutę, nie pamiętam). Kobiety są tu traktowane jak towar, zdobycz. Nieważne jest kim są, ani jakie są, jaką mają osobowość – ważne czy są młode i ładne, jakie mają ciało i czy wzbudzają pożądanie. Koniecznie muszą być uległe – feministki wyraźnie nie są w typie autora. 

Ty będziesz wyglądała jak egzotyczny i ezoteryczny wiosenny poranek, a ja będę z tego dumny i od razu będzie mi się lepiej grało.

Jak widać: mężczyźni są od działania, a kobiety mają tylko leżeć i pachnieć. I zachwycać się „swoim mężczyzną”. Sceny intymne, czasem naiwne niczym z Harlequina, grają w Apsarze dużą rolę i chwilami wydawało się, że cała powieść kręci się tylko wokół tego, jak zaciągnąć piękną dziewczynę do łóżka. Jest ich za dużo i eksploatują one do znudzenia te same motywy. Apsara wydaje się być męską wersją naiwnych fantazji, w których „one” marzą tylko o tym, żeby posiadł je jakiś silny mężczyzna, wpatrując się w niego jak w bóstwo, pana i władcę. Wszak każdy facet marzy o tym, żeby być dla „swojej kobiety” bohaterem. Panowie wyraźnie preferują też egzotyczne piękności – uległe Azjatki, bo kobiety Zachodu są już zbyt wyemancypowane... W tym kontekście nie bardzo wiem, czy opisy przemocy wobec kobiet są głosem sprzeciwu autora, czy też odzwierciedleniem jego mrocznych fantazji... Gdzieś tak od połowy książki powtarzające się sceny seksu, opisy urody i obsesyjne wręcz wspominanie o zapachu (zapach to nieodłączny atrybut praktycznie każdej postaci w tej książce) kolejnej ślicznotki zaczęły mnie mocno irytować. Te ustawiczne rozpływanie się nad pięknymi młódkami (i kąśliwe uwagi na temat kobiet „starszych”, czyli powyżej 30-tki) było dla mnie żenujące i trąciło amatorszczyzną. W każdym razie Litmanowicz na pewno dał się poznać jako „miłośnik kobiet” - szkoda tylko, że wyłącznie ich fizycznej strony. Z kolei męskich protagonistów nie potrafiłam sobie w ogóle sobie wyobrazić, bo autor ich opisem w ogóle nie zaprząta sobie głowy. A ponieważ wszyscy mężczyźni w powieści kierują się jednym – pożądaniem, więc zlewali mi się w jedną postać.

Od strony fabularnej Apsara jest pomieszaniem z poplątaniem. Wystarczyłyby wątki Roberta i Pawła, związanych ze sobą wspólnym fachem, choć miłosne perypetie Pawła, ani Roberta mnie nie przekonują. Wątek Jacka jest zbędny, nie wspomnę już o Chrisie. A już zupełnie nie rozumiem, co robi w Apsarze rozdział dotyczący Afryki, nie mający absolutnie niczego wspólnego z resztą książki. Niestety im dalej książka się posuwała w narracji, tym było gorzej (tym więcej seksu, a mniej treści), a jej zakończenie jest zupełnie nie do przyjęcia – jakby autor już nie miał siły, żeby pisać dalej.

Moim zdaniem Apsara wskazuje na niewątpliwy talent narracyjny autora, aczkolwiek powinien on był przemyśleć konstrukcję książki i po prostu sporo się ograniczyć w ilości wątków i opisów, by była ona czytelniejsza. Dziwię się, że redaktor puścił książkę w takim kształcie. Ilość wątków w tej powieści to materiał na trzy książki,  autor nie potrafił ich powiązać w jedną spójną całość; trudno wskazać o co tak naprawdę mu chodzi, jaki jest motyw przewodni (tytuł również nawiązuje tylko do jednego z wątków) – ostatecznie doszłam do wniosku, że chyba tylko o seks i fascynację kobiecym ciałem, bo tylko to łączy wszystkich panów. Męscy bohaterowie wyraźnie utożsamiają miłość z pożądaniem i jest to ich jedyne dążenie, co jest smutne. Wydaje się, że autor książki, który jest lekarzem (oczywiście ginekologiem) i muzykiem, a do tego podróżnikiem – chciał zawrzeć w niej całego siebie, wszystkie swoje fascynacje. Zupełnie niepotrzebnie.  Sztuka pisania to też sztuka wyrzucenia tego, co zbędne. I zachowania czegoś na następną powieść...

Marek Litmanowicz, Apsara, Wyd. Świat Książki, 2011

czwartek, 18 lipca 2013

To w końcu jest to książka o Japonii, czy nie jest? Mimo, że autorka z góry przeprasza, że... to nie jest książka o Japonii, wydawca reklamuje ją jako książkę, przedstawiającą m.in. „blaski i cienie życia w kraju Kwitnącej Wiśni”, co sugeruje kolejną pozycję dla japonofilów. Rozczarowanych czytelników, zarzucających książce właśnie to, że „to nie jest o Japonii” - nie brakowało. Pamiętam tę dyskusję w zeszłym roku, po wydaniu Życia jak w Tochigi. Nie dziwię się, w końcu, czy gdyby była to lektura o jakimś polskim zadupiu, byłoby wokół czego nakręcać marketing? A wiadomo, że każda książka o Japonii sprzeda się w Polsce jak ciepłe bułeczki.

No, ale do rzeczy. Życie jak w Tochigi jest – zgodnie z zapowiedzią Anny Ikeda – książką o jej życiu w Japonii, a nie stricte o Japonii. Autorka była szczera. Ikeda przede wszystkim pisze o sobie, o swoich doświadczeniach z dostosowywaniem się do życia w Kraju Kwitnącej Wiśni, o codzienności, np. o poszukiwaniu pracy, o zimach bez centralnego ogrzewania (dla mnie nie do wyobrażenia!), czy o wyprawie na świętą górę Nantai, a nawet o zrzędliwej japońskiej teściowej. O Japonii siłą rzeczy musi być, no bo jak oderwać swoją egzystencję od otaczającej nas rzeczywistości, ale absolutnie nie można oczekiwać od Życia jak w Tochigi powzięcia o tym kraju wyczerpujących, przewodnikowych informacji. Na pewno nie znajdziemy tu żadnej monografii o Kraju Wschodzącego Słońca, ani nawet reportaży podobnych do tych, popełnionych przez Joannę Bator. Niektóre opowieści Anny Ikedy mają typowo osobisty, niektóre bardzo praktyczny, a niektóre znowu czysto ciekawostkowy charakter. Autorka nie porusza z kolei wielu „żelaznych” japońskich tematów, takich jak zjawiska kawai, pornofilii, sakury, gejsz, itp. Życie jak w Tochigi to taka Japonia od kuchni, mało znana, bo i do regionu, gdzie mieszka autorka mało turystów dociera. Nie jest to również książka podróżnicza, w której kraj ten jest przedstawiany przez osobę „z zewnątrz”, poszukującą wrażeń i standardowych atrakcji turystycznych. Anna Ikeda znakomicie wtapia się w japońską rzeczywistość i – zamiast narzekać, jak to w tej Japonii jest dziwnie – czuje się tam, jak u siebie w domu. Jak się okazuje Japończycy sami są wychowywani w przekonaniu, że są „inni” od reszty świata, a reszta świata rzeczywiście ich tak traktuje. Tymczasem autorka kompletnie się tym nie przejmuje i w rezultacie odkrywa, że.... Japonia to taki sam kraj, jak wszystkie inne, a z Japończykami (wbrew panującym stereotypom) można się zaprzyjaźnić. Zresztą Ikeda to prawdziwa globtroterka, więc pewnie różnice kulturowe jej nie straszne.

Co tu dużo mówić, książka mi się podobała. Autorka pisze lekko, ze swadą i poczuciem humoru. Niektórym może nie podobać się taki zbyt potoczny, mało literacki język – mnie to nie przeszkadzało, trochę kojarzyło mi się to ze Stephenem Clarke. Czyta się bardzo dobrze i bardzo szybko, co zapewne jest spowodowane również dużą ilością zdjęć, zamieszczonych w książce. Szkoda tylko – uważam, że to spory błąd wydawcy – że zdjęcia te nie są opisane i że książka nie została wydana na lepszym papierze. Rok temu, kiedy zastanawiałam się nad zakupem Życia porównałam jego cenę do ceny chociażby Samsary, wydanej na eleganckim kredowym papierze, z mnóstwem zdjęć – i o 1/3 tańszej... Na koniec nadmienię, że aby zdobyć tę książkę, zapisałam się do kolejnej filii biblioteki w swoim mieście (co poskutkowało tym, że teraz już kompletnie gubię się w natłoku lektur). Ale warto było.

Anna Ikeda, Życie jak w Tochigi, Wyd. W.A.B., 2012

poniedziałek, 15 lipca 2013

Joanna Bator spisała swoje refleksje o Japonii kilka lat temu, a potem swoje obserwacje zaktualizowała, po upływie kilku lat, jakie upłynęły od jej pierwszego pobytu w tym kraju. Mam pierwsze wydanie Japońskiego wachlarza, a teraz z przyjemnością sobie to wydawnictwo odświeżyłam, czytając jego drugie wydanie.

Większość z nas ma o Japonii wyobrażenie wyrobione tylko na podstawie tego, co przeczytało, czy obejrzało, a nie na podstawie własnych doświadczeń. Japonia jest tak odległa, że trudno jest tam pojechać i przekonać się na własne oczy. Ja nie jestem zwolenniczką ukazywania Japonii jako krainy jak nie z tego świata. Krainy dziwacznych ludzi, dziwacznych zachowań, kultury tak zniekształconej, że chylącej się ku nieuchronnemu upadkowi. I dlatego tak fascynującej. Nie do końca rozumiem takie podejście, bo tam też przecież żyją ludzie, a jeśli tylko popatrzeć uważniej, to okaże się, że wszyscy jesteśmy do siebie podobni, mamy podobne marzenia i problemy. Czy nasza, polska maniera zmiękczania: pieniążki, domek, buciki, książeczka, etc – nie jest takim polskim odpowiednikiem kawai?  Każdy kraj ma swoje problemy i swoje dziwactwa...

Joanna Bator nie miała ambicji napisania monografii Japonii, Japoński wachlarz to jej subiektywne wrażenia, osobiste wspomnienia z tego pięknego kraju. Opisuje ona m.in. swoje doświadczenia z Japończykami, z którymi – wbrew obiegowej opinii – potrafiła się zaprzyjaźnić i być zapraszana do ich domów. Była gainjinką, owszem, ale szybko zaakceptowaną, pewnie dlatego, że sama potrafiła zaakceptować różnice kulturowe i dopasować się do nich, zamiast oczekiwać od swoich gospodarzy, że to oni będą dopasowywać się do niej. Dużo miejsca w Japońskim wachlarzu zajmują fragmenty o Japonkach: o roli pełnionej przez kobiety w Japonii kiedyś i dziś – to zapewne miało wpływ i na pobyt Bator w tym kraju. Wydaje mi się, że to otwarta postawa pisarki umożliwiła jej taką asymilację. Pisze ona o Japonii jak o swoim domu – domu wprawdzie tymczasowym, ale takim, w którym człowiek dobrze się czuje. Nie porównuje Japończyków do społeczeństw zachodnich, udowadniając naszą wyższość, ale po prostu obserwuje i to obserwuje ze sporą dozą sympatii i tolerancji. Nie zachwyca się przesadnie, ani też niczego nieodwołalnie nie potępia. Dzięki takiemu podejściu nie odbierałam opisywanych przez nią charakterystycznych japońskich zjawisk (np. hoteli miłości, gejsz, pachinko) jako czegoś dziwacznego, ale jako po prostu elementy przynależne do tego kraju.  Bardzo mi się ten ton u autorki podoba, ponieważ moje doświadczenia z Japonią były podobne do jej doświadczeń, o których tak pisze we wstępie do książki: 

zaczynam tęsknić za pejzażem, który na początku pozbawił mnie słów i tchu. Za widokiem na górę Fudżi z okna mojego japońskiego mieszkania. Za smakiem zielonej herbaty, która nigdzie indziej nie ma takiego aromatu. Za sposobem, w jaki poruszają się ludzie płynący ulicami Shinjuku niczym lawice ryb.

… za niesamowitym spokojem japońskich świątyń. Za poszumem bambusów. Za ciężkim niebem japońskiej pory deszczowej.

Tak, ja w Japonii czułam się dobrze i też za nią tęsknię.

Poza tym tolerancyjnym tonem podobało mi się w Japońskim wachlarzu również to, że autorka rejestruje zmiany, zachodzące w Japonii na przestrzeni tych kilku lat. Zjawiska, które były popularne 10 lat temu, dziś już może nie występują. Na przykład moda na coseplayerki. U Bator wszystkie te charakterystyczne japońskie trendy są czymś, co po prostu jest, i co może przeminie, a nie powodem do rozdzierania szat nad upadkiem kultury – jak chociażby u Tomańskiego w Tatami kontra krzesła. Jak żaden kraj, Japonia też nie jest statyczna. To pokazuje, że nie można dokonywać jednoznacznych ocen tego kraju na podstawie krótkiego tam pobytu i własnego odczucia dziwności.

Do całości nie bardzo pasuje tylko kończący książkę esej o Japonczyku-kabibalu. Co właściwie autorka chciała poprzez niego przekazać i dlaczego to on wieńczy Powroty? Kanibalizm nie jest wszak żadnym zjawiskiem w Japonii rozpowszechnionym...

Czytając Japoński wachlarz miałam wrażenie, jakbym wróciła do Japonii, widziałam swoimi oczyma te – trochę już zapomniane krajobrazy. Autorka ma fantastyczny dar nie tylko obserwacji, ale również przelewania tych obserwacji na papier. Jej opowieść płynie jak rzeka, niezwykle lekko, tchnie pozytywnym podejściem do życia oraz tolerancją, przez co przyjemnie się też ją czyta. Lektura ta z pewnością zachęca do zgłębiania wiedzy na temat Japonii, a może i do wybrania się do Kraju Kwitnącej Wiśni.

Joanna Bator. Japoński wachlarz. Powroty, Wyd. W.A.B., 2011

sobota, 13 lipca 2013

Czy można dowieść, że istnieje życie pozagrobowe? Że istnieje Bóg, anioły i że nie wszystek umrzemy? Eben Alexander, amerykański neurochirurg najwyraźniej uważa, że tak i dlatego przytacza na dowód swoje przeżycia z pogranicza śmierci. Jego książka została napisana, aby – nazwałabym to – nieść światło – czyli opowiedzieć ludziom, że jednak jest nadzieja na życie po śmierci. Znalazła się w niej relacja z przebiegu dziwnej choroby Alexandra oraz z tego, czego doświadczył, przebywając przez tydzień w śpiączce.

Jeśli masz obycie literackie, to ta książka pewnie ci się nie spodoba – stwierdził mój kolega – i rzeczywiście, Dowód to nie jest wybitna pozycja literacka. Kraina Widziana z Perspektywy Dżdżownicy, Tunel i Jądro. Takich sformułowań używa Alexander, by nazwać to, gdzie był i czego doświadczył. Ta relacja z „wycieczki w zaświaty” jest nieco bełkotliwa, co w zasadzie rozumiem – zapewne trudno było autorowi znaleźć odpowiednie słowa, by opisać to, co zobaczył, bo tak bardzo nie przystaje to do rzeczywistości. Zapewne żadne ze słów nie są w stanie tego jasno oddać. Zupełnie tak samo jest, kiedy chcemy opisać to, co czuliśmy w trakcie snu i nie udaje się nam uchwycić tych wrażeń, które były tak namacalne, kiedy śniliśmy, a prysnęły po obudzeniu. Znacznie bardziej strawne są te fragmenty, które dotyczą tego, co działo się z neurochirurgiem, jego choroby, reakcji jego bliskich. Alexander pisze również o swoim pochodzeniu i poszukiwaniu biologicznych rodziców, co – moim zdaniem ma niewiele wspólnego z tematem książki i jest trochę takim zapychaniem jej treści. Wreszcie autor stara się jakoś zinterpretować swoje niezwykłe przeżycia i przekonać czytelnika, że istnieje Bóg i świadomość poza ludzkim umysłem. Moim zdaniem nie do końca mu się to udaje, bo czyni to wkraczając w rejony teologiczno-filozoficzne, co zdecydowanie jest trudne do zrozumienia w jego wydaniu.

Dowód czyta się błyskawicznie, wystarczy nań jedno popołudnie, chociaż niektóre fragmenty książki były dla mnie ciężkostrawne. Nie chcę jednak jej krytykować za wartości literackie, bo nie chodzi w niej o dobrą literaturę, nie po to została napisana. Nie chodzi mi też o negowanie tego, co przeżył lekarz – rzeczywiście jest to zastanawiające w kontekście opisu jego choroby. Być może faktycznie ma rację Alexander, że w dzisiejszych czasach jesteśmy tak zakochani w nauce, technice, że zupełnie straciliśmy z oczu sprawy duchowe i przestaliśmy wierzyć w to, że istnieje coś więcej, poza tym, co jest „tu i teraz” – a taka postawa wcale nie ułatwia nam życia. Tylko, że poszukiwanie „dowodu” na istnienie Boga jest właśnie takim przejawem zlaicyzowania ludzkości. Tomasz niedowiarek był już w Biblii. Łatwo uwierzyć, kiedy samemu zobaczyło się na własne oczy, tak jak stało się w przypadku Aleksandra, tym bardziej, że autor nie jest osobą „wyrobioną religijnie”. Lecz wiara w Boga to nie jest kwestia otrzymania dowodu. Jeśli kogoś do wiary w Boga nie przekonały tysiącletnie systemy religijne, to czy przekonają go cudze przeżycia? Moim zdaniem nasza konstrukcja jest taka, że prawdziwi sceptycy i tak powiedzą, że są to majaczenia chorego umysłu lub, że doktor – po ciężkiej chorobie – zwariował. Inna sprawa, czy bycie tego typu sceptykiem i ateistą cokolwiek nam daje.... A ten kto wyśmiewa czyjeś duchowe przeżycia daje tylko – moim zdaniem – dowód na własny brak wrażliwości i ciasne horyzonty umysłowe.

Ja odniosłam wrażenie, że Dowód jest napisany w takim duchu czysto amerykańskiej propagandy sukcesu, gdzie autor po trudnych przeżyciach czuje się w obowiązku ogłosić całemu światu swoje zwycięstwo nad przeciwnościami losu, podkreślając przy tym rolę wsparcia bliskich oraz udział Boga. Alexander założył nawet fundację zajmującą się badaniami nad przeżyciami duchowymi. Trochę pachnie mi to nawet sektą – w końcu tak właśnie odbywa się zakładanie nowych religii. Może jednak Dowód rzeczywiście pomoże komuś uporać się z wątpliwościami natury metafizycznej, pomoże uwierzyć, pomoże być lepszym człowiekiem. W tym kontekście trudno autora potępiać. Osobiście zastanawiałabym się jeszcze nad inną kwestią, której autor nie porusza: jakim cudem – jeśli jego choroba była tak ciężka, zdołał on przeżyć, wyzdrowieć i – co najważniejsze – całkowicie odzyskać sprawność intelektualną? Czy można to traktować jak cud? I czy tego typu „cuda” mogą być dowodem na istnienie Boga, czy też po prostu zdarzają się one w naturze, nawet jeśli nie potrafimy ich naukowo wyjaśnić? To chyba świadczy o tym, że nie wiemy jeszcze wielu rzeczy i że człowiek, mimo swojego zadufania w sobie – nie jest wszechwiedzący.

Eben Alexander, Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył Niebo, Wyd. Znak, 2013 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2013
3.Przeczytane w 2012
4.Przeczytane w 2010
5.Przeczytane w 2009
6.Przeczytane w 2008
7.Wymienię/sprzedam
8.Kontakt
Co czytać?