Kategorie: Wszystkie | Kulinaria | Miejsca | Prasówka | Recenzje | Stosiki | Tak sobie myślę
RSS
czwartek, 15 sierpnia 2013

Czytadło. Bajka dla nastolatek. Indie dla początkujących. Spodziewałam się czegoś ambitniejszego... Moje pierwsze wrażenia z lektury Nieba nad Indiami nie były entuzjastyczne.

XIX wiek, Helena, nastoletnia ledwie dziewczyna zostaje osierocona przez ojca i bez środków do życia. W takiej sytuacji pozostaje jej tylko zdać się na łaskę krewnych. Nieoczekiwanie jednak zjawia się nieznajomy, lecz za to przystojny i bajecznie bogaty mężczyzna, który proponuje jej małżeństwo. Jakże dogodnie. Co prawda Helena wzbrania się wyjść za kogoś, kogo nie zna i kto napawa ją lękiem, a wszystko bardziej przypomina transakcję handlową, niż uświęcony przez Boga związek, ale nieważne... Dlaczego ów nabab, mogący mieć wszystkie zwrócił uwagę akurat na biedną sierotę – tego nie wiadomo. Dalej wszystko toczy się również jak w bajce, lub typowych XIX-wiecznych romansidłach. Ona jest słabą kobietą, rumieniącą się przy każdej okazji, on doświadczonym mężczyzną, typowym macho, mającym nad nią przewagę pod każdym względem. Irytująco i stereotypowo. Mało tego, jest w nim coś diabolicznego, jakaś tajemnica, która sprawia, iż ludzie boją się tego człowieka. Ona również boi się go i nienawidzi, ale z drugiej strony coś ją w nim pociąga i ostatecznie nie może mu się oprzeć... Można by rzec, iż to uwikłanie w typowy toksyczny związek z kimś, kto sprawuje nad nią kontrolę i fizyczną, i psychiczną. On nią pomiata, jest nieprzewidywalny, ona się do niego przywiązuje. Kojarzyło mi się z legendą o Sinobrodym... Bohaterce możemy współczuć albo nią gardzić, za jej słabość i głupotę, ale trudno się z nią identyfikować. Czy młodziutka małżonka może swoją miłością uleczyć zranioną najwyraźniej duszę Iana? To również jak najbardziej mityczne przekonanie... W Niebie nad Indiami nie chodzi jednak o psychologiczne analizy osobowości bohaterów, nakreślonych grubą kreską, czy zastanawianie się nad prawdopodobieństwem zdarzeń. Helena wraz z Ianem ruszają do Indii, gdzie ten ostatni posiada plantację herbaty i zaczyna się przygoda... Dosyć spokojna opowieść o życiu małżonków nagle zmienia się w rwący strumień wydarzeń, kiedy do powieści wkrada się druga opowieść o tajemnicach Iana. O tym, co sprawiło, iż jest tak nieprzewidywalny, nieprzystępny, gwałtowny. O jego rodzicach i dzieciństwie. Wraz z bohaterami przemierzamy Indie wzdłuż i wszerz, poznając różne regiony, ich przyrodę, bogate, starodawne tradycje oraz historię, angażując się w konflikt pomiędzy władającymi Indiami ferengi, a ich rdzennymi mieszkańcami. Opisy Indii są tak plastyczne, iż można się w kraju tym zakochać, a akcja tak pędzi do przodu, że nie sposób się od książki oderwać. Te malownicze opisy indyjskich pejzaży rekompensują naiwną fabułę powieści. Niebo nad Indiami jest doskonałą rozrywką, pozwalającą na całkowite oderwanie się do szarej rzeczywistości i zanurzenie się w bajkowej krainie maharadżów, wspaniałych plantacji u podnóży Himalajów i oczywiście – miłości przezwyciężającej wszystkie przeszkody.

Nicole C. Vosseler, Niebo nad Indiami, Wyd. Sonia Draga, 2012

środa, 14 sierpnia 2013

Kiedy czytałam Tygrysie wzgórza, nagle przyszła mi ochota na inną klimatyczną powieść – Angielskiego pacjenta. Książka zalegała u mnie już od kilku lat i musiałam przekopać cały regał, żeby ją znaleźć po przemeblowaniu.

Film nakręcony na podstawie Angielskiego pacjenta Michaela Ondaatje to jeden z moich filmów wszechczasów. Niezwykle widowiskowy, romantyczny i melancholijny. Składa się z dwóch przeplatających się wątków: pielęgniarki opiekującej się swoim pacjentem w opuszczonej toskańskiej willi oraz historii miłości tegoż – tytułowego – pacjenta, toczącej się w Egipcie i gdzieś na pustyni.

Zgadzam się ze stwierdzeniem, iż powieść ta jest utkana z niedomówień. Angielski pacjent napisany jest poetyckim językiem, którym początkowo byłam zachwycona, ale który w krótkim czasie zaczął mnie nużyć, a w końcu nudzić. Zdania nie kleją się ze sobą, są jakby odrębnymi bytami. Dziwne, albo pretensjonalne metafory. Książka wypełniona jest  psychologicznymi rozważaniami na temat głównych bohaterów, mającymi im nadać chyba  głębię, którą trudno odszukać w ich życiorysie. Hana jest zwykłą młodą dziewczyną, trochę sponiewieraną przez wojnę – jak wszyscy w tych czasach. Jej starszy przyjaciel Carravagio to tajemniczy gość o złodziejskiej przeszłości, którego rola w tej powieści jest dla mnie niejasna, może poza próbami odkrycia tożsamości pacjenta. Związek angielskiego pacjenta z Katherine opowiedziany został w sposób mało ciekawy i dosyć zawoalowany. Zupełnie nie przemawia do wyobraźni, nie ma tu wielkiej miłości, jest tylko przelotny romans. A moja ulubiona postać Singha (zwana Łososiem) koncentruje się prawie wyłącznie na rozbrajaniu bomb; w powieści są całe długie strony poświęcone temu zagadnieniu. Przez zawiły język, jakim posługuje się autor, relacje łączące tych bohaterów stają się również mało zrozumiałe – gdybym nie oglądała filmu, przypuszczam, że nie wiedziałabym zupełnie o co chodzi.

Dominującym dla mnie odczuciem z czytania Angielskiego pacjenta był nastrój smutku i osamotnienia. Każda z głównych postaci żyje w swoim świecie, jest pogrążona we własnych problemach, smutkach, rozpaczy i marzeniach. Wydają się oni czworgiem ludzi, których los przypadkiem ze sobą zetknął i którzy po pewnym czasie, idąc każde w swoją stronę, rozstaną się jak zupełnie obcy sobie ludzie, jakby nic nigdy ich nie łączyło. Zakończenie potwierdza tę diagnozę.

Autor na pewno wykonał mrówczą pracę, konstruując swoją książkę w taki, a nie inny sposób. Zawarł w niej piękne sceny (niewątpliwie) oraz sporo wiedzy i odniesień do literatury i sztuki, a także geografii Afryki. Dużą rolę odgrywa w Angielskim pacjencie Herodot, którego Dzieje są swoistym przewodnikiem po świecie, z którego przybył, miłujący pustynię, angielski pacjent. Mimo wszystko powieść nie spodobała mi się - jest mało strawna i wypada mi podziwiać, że z tej prozy udało się wydobyć tak wiele i zrealizować tak piękny film.

Michael Ondaatje, Angielski pacjent, Wyd. Książnica, 2006

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Missing – posłanie, misja, tęsknota. Missing to zniekształcona nazwa szpitala, w którym w latach 50-tych ubiegłego stulecia przychodzą na świat Marion i Shiva, bliźnięta, synowie lekarza i zakonnicy, pracujących w owym szpitalu. Powieść jest historią ich młodości, spędzonej w otoczeniu kochających ludzi, wychowujących bliźniaków na ludzi wykształconych, ale również pełnych empatii i współczucia dla bliźniego. Dorastając w pobliżu szpitala i widząc codziennie ludzi, zjawiających się z prośbą o ulżenie ich dolegliwościom, chłopcy w naturalny sposób postanawiają iść w ślady rodziców. Śledzimy ich losy aż bliźniacy stają się dorosłymi mężczyznami, a ich drogi się rozchodzą.

Ah, czegóż w tej książce nie ma. Jest przede wszystkim wzruszająca opowieść o braterskiej miłości i niezwykłej więzi łączącej bliźniaków. Ale również miłości, jaką ta dwójka została obdarowana zupełnie bezinteresownie przez przybranych rodziców, o darze, dzięki któremu chłopcy mogli się rozwijać i osiągnąć to, co sobie zamierzyli. Przede wszystkim to opowieść o rodzinie, którą są dla nas wszyscy ludzie nam bliscy, niekoniecznie związani z nami więzami krwi. Dzieciństwo upływa Marionowi i Shivie w cieniu burzliwej historii Etiopii, pod rządami słynnego cesarza Hajle Sellasje, opisanego tak doskonale przez Ryszarda Kapuścińskiego. Ten niezwykły afrykański kraj, o którym moje stereotypowe wyobrażenia i skojarzenia z głodującymi dziećmi rozwiała już jakiś czas książka Martyny Wojciechowskiej to kraj kontrastów. Z jednej strony Addis Abeba jest rozwijającą się metropolią, w której niczego nie brakuje, z drugiej bieda i zacofanie. Choć daleko temu szpitalowi do zachodnich standardów, Missing jawi się tutaj jako oaza dobrobytu, mekka dla cierpiących i potrzebujących, głównie za sprawą zaangażowanego w sprawę personelu. Powrót do Missing stanowi hołd złożony medycynie, w szczególności chirurgii. Obszerne fragmenty poświęcone opisom różnych przypadłości, ich leczenia, a zwłaszcza zabiegom chirurgicznym w powiązaniu z prywatnym życiem lekarzy, przywodziły mi na myśl mój ulubiony serial Chirurdzy; nota bene Shiva zaczytuje się w podręczniku Grey's Anatomy... Uderzyła mnie trafność spostrzeżenia, iż w Afryce, w obliczu braku wystarczającej opieki medycznej, każda, najbanalniejsza choroba może okazać się śmiertelna, a ludzie się z tym godzą, podczas gdy w krajach rozwiniętych ludzie zachowują się, jakby byli nieśmiertelni, oczekując od lekarzy przedłużania ich życia w nieskończoność.

Oto wspaniała książka, warta stu innych przeczytanych powieści, choć z początku nie zrobiła na mnie aż tak dobrego wrażenia. Prawie jedna czwarta powieści jest bowiem poświęcona opisowi dramatycznych okoliczności, w jakich doszło do narodzin bliźniaków i trudnemu porodowi. Opis ten jest przetykany licznymi dygresjami, a to o książce, jaką napisał ojciec dzieci, a to o historii rodzinnego miasta praktykantki w szpitalu, wprowadzane są postaci, które potem w powieści nie mają żadnego znaczenia – miałam wrażenie, jakby autor chciał pisać o wszystkim, tylko nie o owym nieszczęsnym porodzie... Potem jednak, kiedy dzieci już przychodzą na świat owe dygresje znikają jak nożem uciął, a dalszy ciąg opowieści toczy się gładko i sprawnie. Sposób narracji od tego momentu przypominał mi jedną z moich ukochanych książek Świat według Garpa (a przecież to właśnie John Irving rekomenduje Powrót do Missing!). Podobnie (choć nie aż tak kuriozalnie) układają się tu wydarzenia istotne dla bohaterów, stanowiąc mieszankę tego, na co składa się cud życia: młodzieńczego idealizmu, dorastania, przemijania, doświadczania straty, wzajemnego ranienia się, samotności i cierpienia. Niby zwykłe zdarzenia przedstawiane są w niezwykły sposób, sugerujący, że za tym wszystkim kryje się coś jeszcze, jakaś magia tkwiąca w naszym życiu. Smaczku temu dodaje afrykańska sceneria i zamieszanie na scenie politycznej Etiopii, które odbija się na losach bohaterów. A wszystkie postaci w powieści są rewelacyjnie nakreślone, to ludzie z krwi i kości, ma się poczucie, jakby istnieli naprawdę.

Bardzo wiele w Powrocie do Missing wzruszeń, emocji, wiele mądrości oraz szacunku dla drugiego człowieka. Cudowna, ciepła, rodzinna opowieść, która mogłaby się toczyć jeszcze przez wiele stron, a ja mogłabym ją czytać i czytać...

Abraham Verghese, Powrót do Missing, Wyd. Świat Książki, 2011

sobota, 10 sierpnia 2013

Pisałam o tym, że latem zdecydowanie wolę wybierać lekkie lektury, więc Syn zarządcy sierocińca raczej nie był dobrym pomysłem do czytania w ostatnie upalne dni. Z drugiej jednak strony może i dobrze, że za oknem świeci słońce, bo gdybym miała czytać tę książkę jakąś bardziej ponurą porą roku, trudno byłoby mi się pozbierać. Dawno nie czytałam czegoś tak posępnego, mrocznego – od czasu chyba Drogi Cormaca McCarthy'ego.

Trudno byłoby mi określić Syna zarządcy sierocińca mianem thrillera, czy romansu, jak to głosi opis na okładce, choć oczywiście te elementy – w zniekształconej, groteskowej postaci tam są. Najbliżej tej powieści rzeczywiście do Orwella, lecz strach pomyśleć, że to, co Orwell wymyślił, ktoś mógł wcielić w życie... Głównego bohatera istotnie poznajemy w sierocińcu, choć sam sierotą nie jest. To pierwsza krzywda, która go spotkała w życiu, ze strony – jak by się wydawało matki, która zostawiła swoje dziecko. Wkrótce chłopiec zostaje „wyłowiony” przez system i zaprzęgnięty do różnych zadań, które są nie tylko przestępcze, ale i absurdalne, niczym dwanaście prac Herkulesa. Chun To przyjmuje na siebie wiele ról, wchodzi w nie ze zwinnością węża. Nie wiadomo, czy go potępiać, czy podziwiać. Czy jest przestępcą, czy bohaterem. On po prostu spełnia oczekiwania władz... Spryt, odwaga i wytrwałość naszego bohatera doprowadza go do samego Ukochanego Przywódcy, choć Chun To zdaje sobie doskonale sprawę, iż jego życie, zbudowane na oszustwie wisi na włosku...

Adam Johnson pokazuje kraj, w którym każdy zdany jest na samego siebie, w którym nie można nikomu zaufać, nawet najbliższym ludziom, w którym każdy może w dowolnej chwili zniknąć, zdeptany przez system, bez żadnej logicznej przyczyny. Brak tu miejsca na wolność, na jakiekolwiek marzenia, o uczuciach nie wspominając. Podstawą przetrwania jest bezwzględna lojalność w stosunku do Ukochanego Przywódcy – w powieści Johnsona nawet nie ma postaci, które kwestionowałyby państwową propagandę. Nawet jeśli ktoś wyczuwa, że coś jest nie tak, nie ośmiela się tego mówić głośno.  Życie ludzi zbudowane jest na wielokrotnym zaprzeczaniu, na kłamstwie, udawaniu nawet przed samym sobą. To kraj, w którym rzeczywiście kłamstwo wielokrotnie powtórzone staje się prawdą...

Syn zarządcy sierocińca przepełniony jest scenami, od których skóra cierpnie. Scenami niewyobrażalnego, bezsensownego okrucieństwa ludzi w stosunku do ludzi. Najstraszliwsze jest to, że wcale nie miałam poczucia, że to, co opisał Adam Johnson jest fikcją literacką.  W Korei Północnej to rzeczywiście MOŻE mieć miejsce. Przekonałam się o tym, czytając wstrząsające reportaże Barbary Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. O wszechobecnym głodzie, obozach pracy, praniu ludziom mózgu. Pojawiają się też inne świadectwa, Adam Johnson również odwiedził Koreę, a jego powieść jest kolejnym krokiem, odkrywającym tajemnice tego państwa. 

Przyznaję, że po książce tej spodziewałam się jednak lektury lżejszej, jakiejś groteski, obśmiania znienawidzonego systemu i wystrychnięcia go na dudka. Tymczasem Syn zarządcy sierocińca przepełnił mnie grozą. Jeśli miałabym wyobrażać sobie piekło – to właśnie tak, jak wygląda życie w Korei. Dlatego też czytanie tej książki – nawet w częściach tych, kiedy pozornie mówi ona o zwykłym życiu – nie sprawiło mi żadnej przyjemności. Po prostu zmuszałam się przez brnięcie przez kolejne strony, popadając w coraz większe przerażenie.  Kilka miesięcy temu, nowy przywódca Korei Pn. groził światu wojną, co było i groźne, i groteskowe. Ja byłam wkurzona i miałam ochotę na to, żeby wreszcie ktoś zrównał to państewko z ziemią, razem z jego ukochanymi przywódcami, terroryzującymi miliony ogłupiałych ludzi. To się kiedyś musi zawalić, jak wszystkie totalitarne systemy i myślę, że takie książki, jak Syn zarządcy sierocińca, świadczące o tym, że informacje o tym, co tam się dzieje wyciekają – to pierwsze światełko w tunelu. Niestety mam wrażenie, iż może to potrwać jeszcze bardzo długo, skoro brak w Korei Północnej ludzi, którzy dostrzegli by to całe zło i byliby zdolni mu się przeciwstawić. Póki co mieszkańcom tego kraju zostaje tylko walka o każdy kolejny oddech – pytanie po co. I taki jest niestety wydźwięk Syna zarządcy sierocińca: totalne zło i brak nadziei.

Adam Johnson, Syn zarządcy sierocińca, Wyd. Świat Książki, 2012 

piątek, 09 sierpnia 2013

Ostatnio czytałam same powieści, więc coś z gatunku non-fiction było dla mnie przyjemną odmianą. Greg Mortenson jest byłym amerykańskim himalaistą, którego dziełem życia stało się wybudowanie kilkudziesięciu szkół w Pakistanie i Afganistanie. Wszystko zaczęło się od nieudanej wyprawy na K2 w 1993 roku, wracając z której Mortenson zabłądził i trafił do przypadkowej pakistańskiej wioski, zagubionej w złowieszczym krajobrazie Karakorum. Problemy wiejskiej społeczności bieda, brak dostępu do edukacji, brak perspektyw na przyszłość, tak zafrapowały wspinacza, że postanowił za wszelką cenę wybudować tam szkołę. Po powrocie do Stanów poświęcił się temu bez reszty, do swojej idei udało mi się pozyskać bogatego inwestora, bez którego prawdopodobnie nic by z tego nie wyszło. Wkrótce rzeczywiście powrócił do Pakistanu, a realizacja kolejnych projektów sprawiła, że Azja Centralna stała się dla niego drugim domem.

To, czego dokonał Mortenson rzeczywiście budzi podziw. Już sam fakt, iż potrafił przeniknąć do społeczności muzułmańskich, kierujących się przecież własnym kodeksem i pozyskać poparcie mułłów dla edukacji m.in. dziewczynek. Okazuje się, że to zapewnienie edukacji właśnie kobietom sprawa, że życie społeczności ulega poprawie – to bowiem kobiety zostają w wioskach, wychowują dzieci i dbają o życie codzienne, podczas kiedy wykształceni mężczyźni wyjeżdżają. Bieda zaś w połączeniu z ignorancją to najlepsza pożywka dla przemocy. Edukacja na tych terenach, gdzie nie docierają fundusze rządowe stała się zatem dla Mortensona ideą fix, odmienianą przez wszystkie przypadki, podstawowym sposobem nie tylko na poprawę jakości życia pakistańczyków, ale i walki z ekstremizmem i terroryzmem islamskim. Sam nasz bohater nie jest muzułmaninem, ale religię tę szanuje i przedstawia jej wyznawców jako tych, którzy miłują pokój oraz są orędownikami tolerancji. To drugie oblicze islamu – niestety mniej znane, zwłaszcza po wydarzeniach z 11 września. Choć Trzy filiżanki herbaty nie są książką o terroryzmie, to nie sposób tego tematu uniknąć, mówiąc o terytoriach, skąd wywodzi się al-Kaida. Znajdziemy w niej bardzo ciekawe fragmenty dotyczące tego, co się dzieje w Pakistanie i w jaki sposób działają ekstremiści, pozyskując kolejnych zwolenników – co mnie osobiście przeraziło. Brak działań rządowych doprowadził do tego, że w Pakistanie szkoły fundują nie tylko takie organizacje jak Instytut Azji Cetralnej Mortensona, ale również fundamentaliści islamscy, opływający w pieniądze za sprawą ropy naftowej. W ten oto sposób terytorium Pakistanu stało się wylęgarnią terrorystów i fanatyków religijnych, a pośrednio opłacamy to my wszyscy. Oburzające jest dla mnie to, że rząd pakistański nie ma funduszy na zapewnienie swoim obywatelom dostępu do edukacji, zdrowia i innych podstawowych kwestii, ale fundusze na zbrojenia i zbudowanie bomby atomowej się znalazły... Zastanawiam się też, jak to jest, że organizacja charytatywna może wybudować szkołę za dwukrotnie mniejszą sumę niż rząd, a kilkakrotnie mniejszą, niż Bank Światowy! Kojarzy mi się to z naszym systemem zamówień publicznych, który prowadzi głównie do niewydolności instytucji zobowiązanych do jego stosowania, a nie do oszczędności.

Zafrapowała mnie postać samego Mortensona. Przez wydawców Trzy filiżanki herbaty promowane były jako opowieść o prawdziwym Indianie Jonesie. Nietrudno zauważyć, iż rzeczywiście Mortenson jest kreowany na bohatera w typowo amerykańskim stylu, a w książce panuje patetyczno-hagiograficzny ton. Zatem jak typowy Amerykanin, Mortenson wierzy, że jeśli się tylko chce, można osiągnąć wszystko i – jak Indiana Jones – wychodzi cało z największych opałów. Czytanie o kolejnych, coraz to bardziej nieprawdopodobnych przygodach sprawiło jednak, że moje podejście do wyczynów głównego bohatera stało się dosyć sceptyczne. Owszem, podziwiałam go, ale zastanawiałam się też, co za tym wszystkim się kryje, jakim jest on tak naprawdę człowiekiem i jak to wszystko, co zostało opisane, jest możliwe. Jego zachowanie jest bowiem tak odmienne od przeciętnej, że miałam wrażenie, że temu człowiekowi – kolokwialnie mówiąc - brak piątej klepki... A mówiąc bardziej rzeczowo, brak mu instynktu samozachowawczego. Bez namysłu pakuje się w kłopoty i nigdy niczym się nie przejmuje. Jego idealizm jest tak wielki, jakby nigdy nie zetknął się z twardymi realiami, jakby życie go nigdy nie doświadczyło. On nie przyjmuje do wiadomości, że czegoś nie da się zrobić, tylko po prostu to robi – taki Forest Gump. Jeśli więc normalność definiować poprzez to, jak postępuje większość, to z pewnością Mortenson nie jest normalny, choć w jego przypadku jest to cecha pozytywna. Mimo wszystko – normalny człowiek zastanawia się najpierw jak samemu zapewnić sobie byt i zaspokoić swoje potrzeby, zanim przyjdzie mu do głowy oddawać pieniądze innym. Kto myśli o budowaniu szkół i szpitali gdzieś w zapomnianym zakątku świata, kiedy samemu nie ma grosza przy duszy? Ilu ludzi pomaga bezinteresownie innym? Do tego typu zachowań są zdolne tylko nieliczne jednostki, obwoływane potem świętymi... I to właśnie mnie zastanawia. Co – poza altruizmem kieruje autorem? W hagiografiach zazwyczaj pomija się niewygodne fakty, na przykład takie, że ktoś nie dba o siebie, zaniedbuje rodzinę, na rzecz swojej pasji, która całkowicie go pochłania, że nie potrafi się ustatkować, etc. W przypadku Mortensona takie rzeczy pojawiają się również na marginesie – doszłam do wniosku, że na pewno jest on czystej wody abnegatem, który zupełnie nie przywiązuje wagi do warunków swojego życia, czy ma co jeść i gdzie spać, a brud mu nie przeszkadza. To oczywiście w niczym nie ujmuje jego osiągnięciom, lecz na mnie robi negatywne wrażenie. W każdym razie życie Grega Mortensona jest tak dalekie do schematu, jak to tylko możliwe – co wzbudziło we mnie wątpliwości, czy aby na pewno wszystko to jest prawdziwe.

Poza udokumentowaniem osiągnięć głównego bohatera, nie brakuje w Trzech filiżankach herbaty opisów wysokogórskich krajobrazów – Hindukuszu, Karakorum. Oddają one wspaniałość tych gór w tak plastyczny sposób, że człowiek naprawdę chce tam pojechać i zobaczyć to na własne oczy. Całe mnóstwo faktów dotyczących życia w tych rejonach, kultury i tradycji tamtejszych ludów sprawiło natomiast, iż książka była dla mnie naprawdę interesującą i pouczającą lekturą. Oceniłabym ją bardzo dobrze, gdybym nie doczytała się, że połowę opisanych w niej przygód Mortensona jest zmyślonych. Koniec końców mój sceptycyzm  okazał się – niestety – uzasadniony. Oczywiście książka przyniosła Mortensonowi ogromne profity... Mimo wszystko uważam, że warto ją przeczytać, bo może obudzi w kimś wrażliwość na innych, skłoni do pomocy – a wtedy na pewno osiągnie bardzo pozytywny cel. Nawet jeśli tylko połowa z tych rzeczy jest prawdą, to i tak sporo...

Greg Mortenson, David Oliver Relin, Trzy filiżanki herbaty, Wyd. Sonia Draga, 2010

środa, 07 sierpnia 2013

Nie mam w tym roku ochoty na wojaże, nie chce mi się opuszczać domowych pieleszy, obawiam się, że staję się nudną domatorką (chociaż teraz, w te rekordowe upały chyba zmieniam zdanie). Po Światoholików sięgnęłam więc w zasadzie z obowiązku, bo książka ta, popularna w księgarniach w zeszłym roku, ciągle kurzyła się u mnie na półce.

Autorzy zjeździli wszystkie kontynenty – zastanawiam się, czy jest taki kraj, którego nie odwiedzili. Podróżowanie to styl ich życia, są istnymi niespokojnymi duchami. Książka Światoholicy opisuje przygody Pawlickich w dosyć skondensowanej formie. Opowieści te mają charakter raczej anegdotek, może trochę chaotycznych, bo autorka skacze w nich z Indii do Peru, z Peru do Australii, z Australii do Afryki... Kluczem nie są tu kraje, czy trasy podróży, ale to, co w podróży ważne: droga, jedzenie, miejsca do spania, a także to, co autorów szczególnie fascynuje w zwiedzaniu świata, stąd rozdziały o śmierci, ciele czy drzewach. To praktyczna strona podróży, jakże inna od skupiania się na szalonych przygodach i robienia z samego siebie głównym bohaterem opowieści. Pawlicka nie eksponuje siebie, reflektor kieruje na spotykanych ludzi i ich obyczaje. Takie niestandardowe podejście do własnych wypraw jest – moim zdaniem - udanym zabiegiem i ratuje tę książkę przed nudą, jaka czasem się wkrada do reportaży podróżniczych. Tak, tak - czym innym bowiem jest przeżycie czegoś samemu, a czym innym interesujące opisanie tego postronnemu słuchaczowi, który widzianych przez nas cudów świata nie widział. Zresztą, gdyby autorzy chcieli opisywać szczegółowo każdy odwiedzony kraj, musieliby produkować książki seryjnie, jak Beata Pawlikowska...

Zatem absolutnie nie można spodziewać się po Światoholikach przewodnika po świecie, za to na pewno książka ta może zainspirować do własnych podróży. Z początku myślałam, że autorzy podróżują utartymi szlakami i nie znajdę w tej relacji niczego, czego bym już nie wiedziała – bo było i Machu Piccu i Angkor Wat, i przepełnione indyjskie drogi, ale to wrażenie szybko się rozwiało, w dużej mierze właśnie dzięki oryginalnemu podejściu do tematu. Tylko rozdział o toalecie zdecydowanie zachęcający nie jest. Niekoniecznie chciałam czytać o problemach toaletowych autorki i chyba umieszczenie tego rozdziału w książce nie było dobrym pomysłem. Z racji moich przyrodniczych zainteresowań natomiast najbardziej zaciekawiły mnie rozdział o drzewach oraz o górach. Szkoda tylko, że dla na te ostatnie zabrakło zdjęć, a chyba i trochę weny (widać, że autorzy raczej nie są miłośnikami wspinaczek górskich).

Książkę rzeczywiście przeczytałam błyskawicznie, bo nie mogłam się od niej oderwać – dokładnie tak, jak zapowiadają to celebrities na okładce. Pawlicka jako dziennikarka z wieloletnim stażem potrafi pisać i ciekawie, i pięknie. Oczywiście lekturę uprzyjemnia (i przyspiesza) całe mnóstwo doskonałych zdjęć. Nie jest to jednak lektura idealna, o czym przekonałam się, kiedy w jej trakcie zaczęły mi się nasuwać wątpliwości co do celów tych wszystkich wędrówek. Zdumiało mnie stwierdzenie dziennikarki, że Grand Canion jest jedynym miejscem na świecie, do którego chciałaby jeszcze raz w swoim życiu wrócić. Jak to? To brzmi tak, jakby pozostałe miejsca na świecie wcale jej się nie podobały. W jakim celu w takim razie podróżuje? I czy ubolewanie nad tym, że prawdziwe tubylcze wioski ludów afrykańskich, czy papuaskich wkrótce znikną z powierzchni ziemi – nie trąci hipokryzją? W końcu czy jako biali ludzie, żyjący w dobrobycie, mamy prawo żądać od innych ludzi rezygnacji z dobrodziejstw cywilizacji, dlatego byśmy mogli ich oglądać i fotografować? Podróżowanie dla przyjemności to wynalazek naszych czasów i luksus dostępny tylko dla obywateli krajów rozwiniętych. Rzec by można, iż w tych krajach stało się ono nawet pewną koniecznością, świadczącą o tym, że ma się wystarczająco ciekawe życie i że jest się na topie. Miałam wrażenie, że dla dwójki dziennikarzy celem samym w sobie stało się „zaliczanie” kolejnych krajów, nałogiem pozwalającym na kolekcjonowanie zdjęć i wrażeń, choć przyznaję, nie znalazłam w tej książce ani typowego dla globtroterów zarozumialstwa, ani typowej dla białego człowieka wyższości nad mieszkańcami krajów mniej ucywilizowanych.

Jak pisze autorka, podróżowanie to niekoniecznie przyjemność, ale na pewno trud, wyrzeczenia, planowanie, dyscyplina. To nauka pokonywania trudności. Czasem jesteśmy doprowadzeni do takiego stanu, kiedy duch jeszcze chce, ale ciało już nie może... Hmmm. W zamian piękne krajobrazy, poznawanie nowych ludzi, satysfakcja z docierania do najdalszych zakątków świata, a także do granicy własnych możliwości. Nie wszyscy są na to gotowi. Światoholicy umożliwiają odbycie wymarzonych podróży chociażby palcem po mapie. Do poczytania i do zainspirowania się.

Aleksandra Pawlicka, Światoholicy, Wyd. Agora, 2012

wtorek, 06 sierpnia 2013

Anna jest typową Polką: ma rodzinę – męża, dzieci – którymi zajmuje się na pełny etat, a dodatkowo jeszcze pracuje jako dziennikarka. Twierdzi, że jest z takiego życia zadowolona i najwyraźniej oczekuje od swoich pociech, aby poszły w jej ślady. Rodzina jest przecież najważniejsza. Ale nie zawsze było tak rodzinnie i idealnie. Kiedyś Anna miała pasjonującą pracę, w ramach której znalazła się w ogarniętej wojną domową Chorwacji. Tam poznała przystojnego Blaża. Romans, który rozkwitnął w pięknym Dubrowniku, mimo tego, że Anna miała w Polsce męża, rozwiał się jednak jak dym, po powrocie kobiety do Polski. Zwyciężyło wygodnictwo i asekuranctwo, a potem życie potoczyło się swoim torem...

Zapewne decyzja czy porzucić męża dla czarującego cudzoziemca nie jest łatwa, ale książkowa bohaterka mogłaby chociaż spróbować, zwłaszcza, iż nie miała znowu aż tyle do stracenia. Tymczasem Anna zachowuje się jak typowy facet, który zrobił sobie skok w bok, po czym spokojnie wraca sobie na łono rodziny. I zapomina. Wybaczcie, ale o ludziach, którzy zachowują się tak jak Anna, czyli wystawiają innych do wiatru bez słowa wyjaśnienia, mam jak najgorsze zdanie. Jaka tęsknota, jakie niezrealizowane plany?? Nie rozumiem w ogóle toku myślenia tej kobiety, rzekomo „zakochanej”, a do swojego "ukochanego" nie chciało jej się nawet listu wysłać? Nie wspominając już o tym, że zdrada męża z pierwszym napotkanym w Chorwacji facetem przyszła jej tak naturalnie, jak oddychanie. Czyli ustaliliśmy: główna bohaterka, ze swoimi mizernymi wyrzutami sumienia nie wzbudziła we mnie sympatii. Podobnie zresztą, jak jej córka, robiąca na mnie wrażenie skończonej egoistki. Zresztą wszystkie postacie w tej książce zajmują się głównie samymi sobą, nie przejawiając grama wrażliwości na uczucia innych. Zrobiło mi się przykro, kiedy pomyślałam sobie, że może tak właśnie postrzega świat większość ludzi. Jedyną osobą, która wydaje się mieć jakieś uczucia jest nieszczęsny Blaż.

Zastanawiam się, czy jest sens pisania takich powieści jak Chorwacka przystań. Kiedy czytam książkę, chcę oderwać się do szarej rzeczywistości, chcę wierzyć, że emocje mogą zatriumfować nad zdrowym rozsądkiem i – co tu dużo mówić – tchórzostwem. Tymczasem w Chorwackiej przystani wszyscy przykładnie wskakują w role sobie przeznaczone, nie ma tu miejsca na żadne szaleństwa miłości. W powieści dominuje zwykła polska proza życia: co będzie na obiad, dzieciom trzeba zmienić pieluchy, jedziemy na weekend na działkę, dzieci przestańcie wrzeszczeć, trzeba iść do sklepu po bułki, itp., itd. I tak o dupie Maryni (za przeproszeniem) przez kilkaset stron, kronika 20 lat małżeństwa Jakubskich. Banalne, o niczym, wszystko na jednej nucie, takim samym beznamiętnym tonem. Nic się nie dzieje, a jedyne problemy, z jakimi boryka się Anna to reperkusje tego, że zamieniła się w kurę domową. Jeszcze mniej strawne są – napisane „młodzieżowym” językiem (plus dla autorki za zmianę stylu narracji) wypociny Weroniki, córki Anny, które dołączają w drugiej połowie książki. Po prostu wieje z tej powieści niesamowitą nudą. Bohaterowie Chorwackiej przystani są papierowymi postaciami – autorka w ogóle nie zadała sobie trudu, żeby nadać im jakąkolwiek osobowość, o większości z nich wiemy tylko tyle, jak mają na imię. Do tego drewniane dialogi. Po kilkudziesięciu stronach zaczęłam czytać co czwarte zdanie i uważam, że niczego nie straciłam.

Nie pomagają piękne okoliczności przyrody, kiedy autorka usiłuje zachwycić czytelnika krajobrazami Chorwacji - nie ma w tej książce krztyny romantyzmu, ani subtelności. Nawet opis owego wojennego romansu Anny jest suchy i do bólu enigmatyczny: nie wiadomo dlaczego właściwie Anna i Blaż zakochali się w sobie, co zaszło między tym dwojgiem. Zarówno matce, jak i córce zresztą do zakochania się i zapomnienia o tym, że są z kimś związane wystarcza przekroczenie granicy Polski... Uderza mnie w tej książce zero – kompletne zero – jakichkolwiek refleksji. Tak jakby ludzie zapełniający strony tej powieści nie zastanawiali się w ogóle nad swoim życiem i postępowaniem, a tylko brnęli do przodu jak koń z klapkami na oczach. Nie wspomnę już o tym, że zakończenie tej książki jest szyte bardzo, bardzo grubymi nićmi. Po książce z Chorwacją w tytule spodziewałam się czegoś znacznie więcej. 

Anna Karpińska, Chorwacka przystań, Wyd. Prószyński i s-ka, 2012



niedziela, 04 sierpnia 2013

Czytając Złość Magdaleny Miecznickiej, myślałam sobie, że coś mi ta książka przypomina, ale nie wiem co... Oto mamy młodą dziewczynę, porzuconą w dzieciństwie przez ojca, z którą tenże ojciec usiłuje odnowić kontakt po latach. A ona czuje się skrzywdzona – mimo swoich zaledwie 20 lat jest zgorzkniała, pełna złości i zawiści. Nie potrafi cieszyć się wakacjami, na które zaprasza ją ojciec, demonizując jego i jego nową żonę. Planuje zemstę, tylko, że tej zemsty nikt nie zauważa. I zemsta, jak to zazwyczaj bywa, okazuje się gorzka...

Motywy ojca Marty pozostają dla czytelnika nieznane, bowiem całą sytuację widzimy jedynie oczami dziewczyny. To jedna z tych książek, gdzie na planie pierwszym są emocje, a nie wydarzenia. Analizowany jest każdy gest, spojrzenie, słowo, by znaleźć w nich jakiś podtekst: zniewagę, czy też ślad afektu. Autorka potrafiła nie tylko oddać to, co dzieje się w głowie bohaterki, ale także w bardzo wyrazisty sposób nakreślić sylwetki pozostałych postaci występujących w książce: nieco zmanierowanej macochy oraz dwójki młodych Amerykanów. Jedynie ojciec Marty wymyka się klasyfikacjom, być może celowo.

Akcja Złości toczy się bardzo leniwie: są jakieś rozmowy, spotkania, są pozornie beztroskie wakacje na luksusowym jachcie. Marta tak bardzo koncentruje się na sobie i swoim cierpieniu, że nie zauważa, że szkodzi tym przede wszystkim samej sobie, że sama wcale przez swoją złość nie czuje się lepiej. Dziesięć dni spędzonych na jachcie to również dla Marty przyspieszony kurs dojrzewania, uświadomienia sobie, że krzywdzenie innych nie było prawem dorosłości. Nie, dorosłość (…) polegała na życiu tak, jakby nigdy dotąd nie zostało się zranionym i przez to nie musiało się ranić innych. Jakby każdy uczynek był naszą suwerenną decyzją. A więc w gruncie rzeczy, jakby nie było żadnego dotąd.

To świetna powieść psychologiczna, kawałek niezłej literatury. A swoją atmosferą z francuskiej Riwiery przywodziła mi na myśli powieści Hemingway'a.

Magdalena Miecznicka, Złość, Wydawnictwo Literackie, 2012

sobota, 03 sierpnia 2013

Śmieję się sama z siebie, że moje czytanie jest regulowane porami roku. Przewidywalne, jak artykuły w kobiecych czasopismach: latem kremy do opalania i bikini, zimą gorąca herbata i narty. Dlatego latem pochłaniam książki, których akcja dzieje się gdzieś w Indiach, Afryce, krajach śródziemnomorskich - co widać, po moich ostatnich notkach. Książki podróżnicze. Czasem powieścidła lekkie, kobiece. Kiedy wszyscy ekscytują się nowościami, ja nadrabiam to, czego nie zdążyłam przeczytać poprzedniego lata, stąd Tygrysie wzgórza i Powrót do Missing. Bo kiedy kanikuła się skończy, nie mam już na podobne lektury ochoty. Nie lubię szukać w książkach ochłody latem i vice versa. I uświadomiłam sobie, że do końca wakacji został już tylko miesiąc i pewnie znowu nie zdążę z: Gorączką Michniewicza, Tajemnicą Sahary, czy Lavinią i jej córkami, nie wspominając już o aktualnościach, kuszących w księgarniach. No to najwyższy czas wrócić do lenienia się i czytania... ;)

piątek, 02 sierpnia 2013

Gdyby akcja tej powieści była osadzona we współczesnych realiach, zapewne jej fabuła byłaby podobna do innych książek, opowiadających o nabyciu domu w jakimś pięknym miejscu na świecie, a następnie konfrontacji z rzeczywistością życia w tym miejscu. Można by więc powiedzieć, że bohaterka tej powieści jest prekursorką dzisiejszych ekspatów. Przed wojną jednak nikt nie marzył o remontowaniu zrujnowanych domów na prowincji, a Grecja była zapomnianym, biednym krajem, gdzie ludzie z trudem wiązali koniec z końcem.

Młode małżeństwo, Evadne (co za dziwaczne imię), wkrótce przemianowana na Heavenly i Hugh przyjeżdża na Kretę, aby odetchnąć od wielkomiejskiej atmosfery Aten. Heavenly zakochuje się w maleńkiej miejscowości i wiejskim życiu, i podczas, kiedy mąż marzy o powrocie do miasta, ona postanawia zostać i wyremontować chylący się ku ruinie dom, otrzymany przez Hugh w spadku po rodzinie. W ten sposób Heavenly zaczyna na wyspie nowe życie. Kobieta szybko zdobywa sobie w wiosce przyjaciół i nie tęskni specjalnie za mężem... Atmosfera powieści jest początkowo sielska, stopniowo jednak sprawy zaczynają się komplikować, a błękit greckiego nieba zasnuwa się chmurami. Na świecie jest coraz niespokojniej, zbliża się wojna, a echa wydarzeń docierają nawet na odległą Kretę, gdzie mieszkańcy zaczynają przygotowywać się do stawienia oporu w razie najazdu. To nie wojna jednak jest głównym problemem Heavenly, a jej sprawy osobiste. Równolegle poznajemy także smutną historię życia jej przyjaciółki Atii, borykającej się z nieszczęśliwym małżeństwem. Greczynka Atia jest drugą bohaterką tej książki, kto wie, czy nawet nie ciekawszą od Heavenly. To za jej sprawą poznajemy greckie obyczaje, tradycję przesiąkniętą patriarchatem i codzienne życie na Krecie.

Angielska producentka filmowa napisała powieść jakby gotową pod scenariusz filmowy, wykorzystując sprawdzone patenty na potencjalny hit: wojna, miłość, piękne krajobrazy. Atmosfera w książce aż kipi od szumu greckiego morza, słońca oświetlającego białe domostwa, rozgwieżdżonego nieba, śpiewu cykad, drzew oliwkowych. Stopniowo zmieniający się jednak nastrój książki, od początkowo beztroskiego do coraz bardziej posępnego zaskoczył mnie. Wojna przyniosła ze sobą nieuchronne żniwo śmierci, także w wiosce Panagia, co odbija się na losach głównych bohaterów. Autorka postanawia też pokierować losami Heavenly w dosyć zagadkowy dla mnie sposób, którego się nie spodziewałam. To sprawiło, że Dom z pyłu i snów ostatecznie nie stał się kolejną lekką i przyjemną lekturą, na jaką początkowo się zanosił, lecz raczej melancholijną opowieścią o skomplikowanych ludzkich losach, wplecionych w wojenną zawieruchę. To książka o sile kobiecej przyjaźni i życzliwości, ale także – niestety – o tym, iż mężczyźni przynoszą głównie cierpienie, przemoc i zniszczenie...

Książka napisana prostym językiem, nieprzekombinowana, z życiowym zakończeniem.

Brenda Reid, Dom z pyłu i snów, Wyd. Świat Książki, 2011

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2013
3.Przeczytane w 2012
4.Przeczytane w 2010
5.Przeczytane w 2009
6.Przeczytane w 2008
7.Wymienię/sprzedam
8.Kontakt
Co czytać?