Kategorie: Wszystkie | Kulinaria | Miejsca | Prasówka | Recenzje | Stosiki | Tak sobie myślę
RSS
wtorek, 03 września 2013

Jeszcze jedna moja zaległość czytelnicza. Nota wydawcy, zamieszczona na okładce książki, informuje, iż Grecki skarb jest zbeletryzowaną biografią Henryka Schliemanna, jednego z największych archeologów XIX stulecia. Pozwolę się z tym nie zgodzić: powieść ta jest raczej historią odkryć dokonanych przez Schliemanna, jak również opowieścią o jego żonie Zofii, która niestety została we wspomnianym opisie zmarginalizowana, mimo iż podtytuł wyraźnie mówi, iż jest to powieść o Henryku i Zofii Schliemannach. Typowe.

Narracja Greckiego skarbu rozpoczyna się w roku 1869, kiedy Schliemann miał już 47 lat i postanowił pojąć za żonę Greczynkę. Wcześniej był już żonaty, ale to małżeństwo okazało się nieszczęśliwe. Grecka żona miała mu pomóc zrealizować marzenie, jakim było rozpoczęcie wykopalisk archeologicznych i odnalezienie homeryckiej Troi. Trafiło na Zofię Engastromenos, dziewczynę o 30 lat młodszą od swego przyszłego małżonka. Dziewczyna była dosyć dobrze wykształcona, jak na ówczesne standardy, ale podupadający interes jej ojca i brak posagu sprawił, iż miała niewielkie szanse na zamążpójście. Oferta ekscentrycznego milionera, jakim był Schliemann spadła więc Engastromenosom jak z nieba, a Zofia – jak należało się spodziewać – nie miała tu zbyt wiele do powiedzenia. Z powieści wynika, że choć początkowo  nie była ona tym wszystkim zachwycona, to dosyć szybko pokochała swojego męża (przy którym oczywiście opływała we wszelkie luksusy) i ochoczo pomagała mu w zrealizowaniu jego planów. Schliemannowie razem prowadzili wykopaliska w Hissarlik w Turcji, a potem w Mykenach. Odkryli tzw. „skarb Priama” oraz królewskie grobowce, o których domniemywano, iż są grobowcami Agamemnona. Schliemann był opętany Iliadą i Odyseją i wszystkie swoje poszukiwania podporządkował myśli o odnalezieniu śladów „prehistorycznych” bohaterów, o których wówczas uważano, iż byli tylko wytworem wyobraźni poetów.

W Greckim skarbie Irving Stone dokładnie relacjonuje prowadzone poszukiwania, pisze o zmaganiach archeologa z licznymi krytykami, kwestionującymi wartość jego odkryć oraz przede wszystkim o jego małżeństwie z Zofią. Całość jest dobrze skomponowana, mamy również okazję przyjrzeć się malowniczym greckim obyczajom, gdyż Zofia była do swojego kraju bardzo przywiązana. Nie brakuje fragmentów greckich eposów, które tak urzekały Schliemanna. O ile wątek obyczajowy mnie ciekawił i czytało mi się go wyśmienicie, to już znacznie gorzej było z wątkiem archeologicznym. Stone opisuje wykopaliska w pedantyczny wręcz sposób, a mimo to nie byłam sobie w stanie w ogóle wyobrazić sobie ich sceny. Informacje typu: wykop był długości 10 metrów, ziemię przerzucono 100 metrów dalej, czy też znaleziony przedmiot miał wymiary metr na dwa – nic mi nie mówiły. Tak szczegółowe opisy są niepotrzebne i nużące, nie odczuwałam w tym też żadnego napięcia, jakie powinno towarzyszyć sensacyjnym odkryciom. Narracja, choć prowadzona w trzeciej osobie, opisuje wydarzenia bardziej z perspektywy Zofii, niż Henryka. Wczuwamy się raczej w jej sytuację, widzimy świat jej oczami, poznajemy jej poglądy, dlatego też pominięcie jej osoby w opisie uznałam za krzywdzące.

Czytając Grecki skarb miałam jednakowoż cały czas wrażenie, iż coś jest nie tak... Nie mając żadnej wiedzy na temat odkrycia domniemanej Troi zastanawiałam się, jak było naprawdę i nabierałam coraz większego sceptycyzmu w stosunku do bohatera powieści. Schliemann nie był naukowcem, archeologiem, a bogatym przedsiębiorcą - amatorem, dla którego poszukiwanie starożytnych miast stało się hobby. Dodajmy, iż kosztownym hobby, bo finansował wszystko z własnej kieszeni. Stosowane przez niego metody były dalekie od ideału, a znaleziska podporządkowywał on swoim teoriom, a nie na odwrót. Zbyt szybko wyciągał wnioski, a potem musiał swoje twierdzenia weryfikować w świetle nowych faktów. Nic dziwnego, iż był krytykowany i atakowany przez naukowców. Na jakiej podstawie w ogóle Schliemann był przekonany, iż odkopane w Hissarlik miasto było Troją, a znalezione złoto „skarbem Priama”? Stone tego nie wyjaśnia. Badacz po prostu bardzo chciał odnaleźć ów skarb, więc znalezisko świetnie wpasowało się w jego teorie... Odniosłam wrażenie, iż Schliemann jest bogatym ignorantem, zaślepionym swoimi ideami i nie przyjmującym do wiadomości innego punktu widzenia. Znamienne były jego kłótnie ze strażnikiem nadzorującym wykopaliska w Mykenach, który był może nadgorliwy, usiłując chronić każdy kawałek wykopanego muru, ale ja miałam poczucie, że racja w gruncie rzeczy była po stronie strażnika. Zaangażowanie się Zofii w wykopaliska było dla mnie jeszcze bardziej kuriozalne – chciała pomóc mężowi owszem, ale cóż ona wiedziała o archeologii? To był kolejny przykład na to, że w XIX wieku odkrywcy i badacze byli często ignorantami, którzy być może wyrządzili nauce więcej szkód niż pożytku. Wiemy, że wiele skarbów starożytności zostało rozkradzionych lub zniszczonych przez nieudolnych poszukiwaczy, wiele z nich zostało też wywiezionych z krajów pochodzenia. Stąd moje wątpliwości dotyczyły również motywów Schliemanna: utrzymywał on, iż poszukuje starożytnych miast na chwałę ludzkości i ukochanej Grecji, że jego jedynym celem jest zapisanie się na kartach historii. Dlaczego więc tym, co go interesowało najbardziej było złoto? Wykopaliska w Hissarlik trwały dopóty nie znaleziono skarbu – potem Schliemann wrócił do Grecji i więcej się tam nie pojawił, przerzucając się na Mykeny. Co więcej – znaleziony skarb przemycił do Grecji, de facto przywłaszczając go sobie (podobnie jak wiele co ciekawszych artefaktów), co było złamaniem umowy z Państwem Osmańskim. Owszem, być może skarb powinien był trafić do Grecji, a nie do Konstantynopola, lecz to co znalezione, zgodnie z literą prawa należy do państwa, a nie do znalazcy, a Hissarlik leży na terenie Turcji. Jeszcze bardziej oburzające dla mnie było to, w jaki sposób Schliemann zadysponował później „skarbem Priama”. W moich oczach Schliemann był niewiele lepszy od złodzieja, był bardziej poszukiwaczem skarbów, niż archeologiem, jak się nazwał. Dopadło go to, co opisywał Tomek Michniewicz: gorączka złota. Świetnie nadawał by się na konkwistadora.

Co się tyczy poślubienia Zofii, tu również motywacja Schliemanna była dla mnie zagadką (poza chęcią posiadania młodej żony naturalnie). W jaki niby sposób poślubienie Greczynki miałoby się przyczynić do znalezienia Troi? Dlaczego oczekiwał od młodej dziewczyny, aby pomagała mu w wykopaliskach? Nic nie wiadomo, by Zofia się czymś takim interesowała.  Absurdalny był dla mnie fakt, iż po jednym nieudanym małżeństwie, Schliemann zaaranżował małżeństwo z młódką, którą ledwo znał – przecież to najprostsza droga do katastrofy. Związek ponoć był udany, ale podejrzewam, iż to za sprawą tradycyjnego wychowania Zofii, przyuczanej do tego, by się nie sprzeciwiała mężowi. Poza tym Schliemann po prostu wychował sobie żonę i wpoił jej własne zainteresowania. A czy była z nim szczęśliwa? Nie jestem pewna. To że Henryk miał trudny charakter, był porywczy i niecierpliwy, że nie pytał Zofii o zdanie, że wykorzystywał ją do swoich celów, że był skąpcem – to pojawia się tylko na marginesie tej historii. Powieściowa Zofia jest zaś bardzo powściągliwa w wyrażaniu swoich opinii – nawet kiedy jest młodziutka wydaje się być bardzo dojrzała. Wielokrotnie to ona ratowała w gorącej wodzie kąpanego małżonka - gdyby nie Zofia, Schliemann może nie dałby sobie rady w Grecji... Fakt, iż Schliemann nie odbierał swojej żonie osiągnięć, dzięki czemu była z pewnością jedną z pierwszych kobiet publikujących artykuły naukowe i wygłaszających odczyty. Negatywne wrażenie na mnie zrobił natomiast fakt, iż wyjeżdżając wraz z Henrykiem, zostawiała swoje malutkie dziecko na wiele miesięcy i zupełnie się nim nie interesowała. Niestety powieść kończy się wraz ze śmiercią Schliemanna, a o tym, co dalej działo się z Zofią (i czy w jakikolwiek sposób kontynuowała działalność archeologiczną) – nie wiadomo. Zatem Grecki skarb zrodził we mnie wiele pytań, ale dał na nie niewiele odpowiedzi...

Jako dociekliwa czytelniczka zawsze szukam potwierdzenia faktów, przede wszystkim przez samego autora. W Greckim skarbie, poza wzmianką o problemach z datami, nic na ten temat nie znalazłam. Brak bibliografii. To, czego zaś dowiedziałam się, szukając z Internecie, potwierdziło moje wątpliwości. Dlatego moim zdaniem Greckiemu skarbowi brakuje rzetelności. Wprawdzie jest to tylko powieść, a nie biografia, ale mimo to opowiada ona o rzeczywistych wydarzeniach. O ile można domniemywać o tym, co ktoś naprawdę myślał, czy czuł, o tyle to, co się zdarzyło powinno być przedstawione w miarę obiektywnie. Stone tymczasem nie sili się na obiektywizm, przedstawia punkt widzenia tylko jednej strony (czyli Schliemannów) i nie weryfikuje faktów. O kwestiach dyskusyjnych napomyka, ale nie rozwija tematu. Nie pisze o tym, iż metody Schliemanna spowodowały wiele nieodwracalnych szkód (tak zresztą jak myślałam), ponieważ poza znalezieniem Troi nie interesowało go nic innego - aby dokopać się do głębszych warstw, niszczył to, co znalazł nad nimi, a co również było cennym archeologicznym znaleziskiem. Brak także u Stone'a wzmianki o tym, iż skarby, które znalazł Schliemann okazały się pochodzić z czasów późniejszych o kilkaset lat od Troi i Myken, więc nie może to być skarb Priama i Agamemnona. Zasługą Schliemanna było niewątpliwie to, iż zapoczątkował wykopaliska w miejscu, które potem uznano za historyczną Troję oraz przyczynił się do odkrycia wielu skarbów antycznej Grecji. Dowiódł, iż Troja naprawdę istniała, choć oczywiście nie ma żadnych dowodów na to, iż miała miejsce wojna trojańska. Trudno mi jednak go podziwiać i nazwać wybitnym człowiekiem. Usiłowania Stone'a, by wybielić swojego bohatera wywierają chyba wręcz przeciwny efekt, bo Schliemanna polubić trudno – chyba że celem autora było właśnie wywołanie mieszanych odczuć wobec tej postaci. Grecki skarb jest więc całkiem niezłą powieścią, może przede mnie niedocenioną, ale jego wartość literacką przysłoniły mi owe historyczne braki. Powiedziałabym nawet, iż czuję się oszukana przez autora, iż postawił sprawy tak, jakby czytelnik nie był w stanie samodzielnie myśleć i zweryfikować treści książki.

Irving Stone, Grecki skarb, Wyd. Muza, 2011

niedziela, 01 września 2013

Jestem fanką Yrsy Sigurdardottir od jej pierwszej powieści, Trzeci znak, ale z wszystkich jej książek, które do tej pory czytałam, Statek śmierci jest chyba tą najlepszą. Intryga nawiązuje do morskich legend, wywołujących gęsią skórkę: o statkach-widmo, Latającym Holendrze, Trójkącie Bermudzkim... Co stało się z załogą i pasażerami luksusowego jachtu, który właśnie przybił do portu w Reykjaviku? Z pokładu zniknęło aż siedem osób, w tym rodzina z ośmioletnimi bliźniaczkami. Czy możliwe, że wydarzył się jakiś wypadek na morzu – ale w takim razie jak i dlaczego jacht, praktycznie nietknięty, dotarł do portu? W sprawę angażuje się prawniczka Thora, zaangażowana jako adwokat zaginionej rodziny, mająca ustalić, czy pasażerowie aby na pewno nie żyją.

Już dawno, czytając książkę, nie miałam takiego poczucia, że absolutnie nie mogę się od niej oderwać. Zmuszałam się wręcz do tego, bo oprócz czytania trzeba jeszcze coś robić: ugotować obiad, posprzątać, nakarmić kota... Z drugiej strony robiłam sobie przerwy, aby trochę odetchnąć, ponieważ coraz bardziej się bałam tego, co będzie. Powieść zaczęłam czytać wieczorem, ale po stu stronach ją odłożyłam, bo po prostu zbyt nieswojo się poczułam i stwierdziłam, że wolę przeczytać ją w świetle dnia! Yrsa świetnie kreuje nastrój grozy na statku – powiedzenie, iż mrozi ona krew w żyłach pasuje w tym przypadku jak ulał. Z pewnością fakt, że akcja dzieje się na małej, zamkniętej powierzchni, z której – teoretycznie – nie ma ucieczki – i gdzie nikomu nie można ufać - pobudza wyobraźnię i sprzyja najgorszym obawom, łącznie z podejrzewaniem, iż w sprawę wplątane są siły nadprzyrodzone. I ja zachodziłam w głowę, co tam zaszło: klątwy, duchy, podejrzewałam wszystko, usiłując rozwiązać zagadkę – choć wiedziałam, że na pewno wszystko znajdzie jakieś racjonalne wyjaśnienie. Autorka umiejscawiając połowicznie akcję na jachcie i opisując krok po kroku, co się wydarzyło postawiła czytelnika w sytuacji swoistego rozdarcia, bo bohaterów poznajemy ciągle żywych i w naturalny sposób trzymamy za nich kciuki. Z jednej strony chciałam więc jak najszybciej dowiedzieć się, co się stało, z drugiej obawiałam się tego, bo – mimo że wiedziałam, iż nie skończy się to dobrze – nie chciałam tego i miałam nadzieję, że główni bohaterowie w jakiś sposób ujdą cało z tej opresji. Czułam ulgę, kiedy akcja przenosiła się z jachtu do Reykjaviku, do świata Thory i dochodzenia policyjnego. To nie było aż tak złowrogie, aż tak duszące...Przy okazji miałam okazję znowu zajrzeć do nieco niepoukładanego życia naszej prawniczki.

Ostatecznie rozwiązanie zagadki okazało się moim zdaniem – nieco zbyt wydumane, zbyt zawiłe i trochę dziurawe, ale niech tam, bo rozrywkę Statek śmierci zapewnia przednią. No i zbudowanie intrygi kryminalnej tak, że czytelnik nie potrafi sam odgadnąć przebiegu wydarzeń jest chyba sporą sztuką. Dosyć często bowiem mam wrażenie, czytając powieści tego gatunku, że śledczy są półinteligantami, nie potrafiącymi skojarzyć faktów rzucających się w oczy, a więc i czytelnik jest traktowany jak półinteligent. W powieściach Yrsy Sigurdardottir bynajmniej tak nie jest, ona zdradza nigdy nie za wiele, lecz w sam raz, by to górą była główna bohaterka. Mam tylko pretensje do wydawcy, że najbardziej dramatyczny fragment książki umieścił na okładce. Całe szczęście, że go nie przeczytałam. Ale czy naprawdę, w imię naganiania klienteli trzeba odbierać czytelnikowi całą przyjemność czytania??

Yrsa Sigurdardottir, Statek śmierci, Wyd. Muza, 2013

sobota, 31 sierpnia 2013

Gorączkę chciałam przeczytać już od dawna, ale jakoś nigdy się nie składało. Teraz żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej. Bo tak mam, że to, co dobre zawsze odkładam na „później” - a czasami to „później” nigdy nie następuje.

Bohaterami Gorączki są ci, którzy do fortuny chcą dojść drogą na skróty. Poszukiwacze skarbów, hazardziści, oszuści. Awanturnicy i marzyciele. A nawet zwykli bandyci i mordercy. Michniewicz wyruszył na wyprawę śladem przede wszystkim poszukiwaczy skarbów i to skarbów w dosłownym tego słowa znaczeniu: złota, klejnotów, pieniędzy.

Gdy słyszy się słowo „skarb” przed oczami staje skrzynia z niedomkniętym wiekiem, spod którego wystają złoty łańcuch i puchar, a pod nimi widać stos błyszczących monet.

Tak, rzeczywiście to obraz jak z filmów, jak z powieści przygodowych Stevensona, jak z Piratów z Karaibów lub Indiany Jonesa. I przez znaczną część książki panuje w niej właśnie taka atmosfera. Michniewicz opowiada różne historie o poszukiwaniu skarbów, zarówno tych pogrążonych w morzach, we wrakach statków, jak i tych zakopanych gdzieś pod ziemią, w kopalniach Nowego Meksyku. Historie prawdziwe i te, które są tylko rodzajem „miejskich legend”. Wszystkie jednak wzbudzają ekscytację, pobudzają wyobraźnię. Moją – zwłaszcza klimaty marynistyczne, opowieści o hiszpańskich galeonach, przewożących niewyobrażalne skarby zrabowane Indianom. Znaleziska warte miliony dolarów... Czy chcielibyście pracować w firmie zajmującej się poszukiwaniem skarbów, gdzieś na Karaibach? Okazuje się, że takowa istnieje, dysponuje ogromnymi pieniędzmi i angażuje w swoją działalność najnowocześniejsze technologie. A praca taka to połączenie detektywistycznych poszukiwań, odkrywania historii i sportów ekstremalnych. Wydaje się to być fascynujące, choć pewnie w praktyce przeczesywanie całymi dniami dna morskiego ze ze znikomymi rezultatami już takie fascynujące nie jest. Bo poszukiwanie skarbów to najczęściej zmarnowane całe lata, bez żadnego rezultatu, wyrzucone pieniądze, w pogoni za mrzonką, za ułudą. Niestety sport ten wciąga, trudno się uwolnić od swoistej gorączki złota, to obsesja, nałóg, podobnie jak hazard. A propos - wraz z Michniewiczem odwiedzamy również świątynie hazardu w Las Vegas i dowiadujemy się bardzo ciekawych rzeczy o tym „przemyśle”.

Z Ameryki Michniewicz przenosi się do Afryki, gdzie chce również zająć się skarbami morskimi, a potem poszukiwaczami afrykańskiego złota. Brutalna rzeczywistość tego kontynentu zupełnie jednak zmienia jego zainteresowania, a książka diametralnie zmienia charakter. Autor odwiedza rezerwaty dla zwierząt, gdzie ze zgrozą dowiaduje się o eksterminacji afrykańskiej fauny. To są te sprawy, które również mnie leżą na sercu, o których wyjątkowo trudno mi się słucha, czy czyta, które mnie zawsze poruszają i potem muszę dochodzić do siebie. Z tą tematyką zetknęłam się już, czytając chociażby Tańczącego z lwami. Michniewicz podobnie – jest zdruzgotany głupotą i okrucieństwem ludzi, tym, że w Afryce liczy się głównie pieniądz, a życie ludzkie, a tym bardziej zwierząt ma tak znikomą wartość. Autor rzeczywiście musiał być wstrząśnięty, skoro książka o skarbach zamieniła się w opowieść o zwierzętach – chyba, że owe zwierzęta również potraktujemy jak pewnego rodzaju skarb....

Nie da się ukryć – Michniewicz to amator przygód, uzależniony od adrenaliny. Nie dla niego spokojne podróże po sennych miasteczkach, w pogoni za „zwyczajnym życiem”, lub wylegiwanie się z kokosami na plaży. Czasem wyczynia rzeczy, które są wręcz głupie albo naiwne. Widać to już było w Samsarze, która jednak specjalnie mnie nie zachwyciła (tam zresztą znalazł się również ciekawy fragment o rozkradaniu i wywożeniu skarbów z Kambodży). Tym razem podróżnik posuwa się jeszcze dalej, wchodzi tam, gdzie zazwyczaj nikt nie dociera, odkrywa to, o czym rzadko się mówi. Widać, że ta podróż jego samego niezwykle ekscytowała – momentami książka jest nieco chaotyczna, autor się powtarza, gubi, no i ten spontaniczny zwrot akcji w Afryce... Gorączka napisana jest z ogromnym temperamentem i swadą. Jest brawurowa, pełna emocji i pasji. Ja przeczytałam ją na przysłowiowym jednym wdechu i jestem zachwycona. Ta książka sama w sobie była dla mnie jak taka skrzynia ze złotem, bo odkrywałam w niej coraz to nowe informacje, rzeczy, o jakich nie miałam pojęcia. Znakomita pozycja dla miłośników i przygód, i dalekich, niekonwencjonalnych podróży.

Tomek Michniewicz, Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów, Wyd. Otwarte, 2011

czwartek, 29 sierpnia 2013

Wspomniałam już kiedyś, że relacje podróżnicze mogą być... nudne. Nie wiem jak to się dzieje, że czyjeś wrażenia mnie poruszają, a inne nie. Być może chodzi o pasję, o to, by nie tylko opisywać to, co się widziało, ale i wlać ten przekaz coś od siebie. Niestety Wieczorem przyjdź na Zocalo należy do tych nudnych opowieści. Pozornie książka ta napisana jest w bardzo zgrabny, umiejętny sposób. Autor jest na pewno świetnym obserwatorem i potrafi swoje obserwacje przelać na papier. Z wprawą spisuje najdrobniejsze szczegóły swojej podróży: chmury na niebie, florę i faunę, stroje spotykanych ludzi, architekturę miejsc, w których się znajduje, itd. Stara się oddać miejsca, do których przybywa tak, jak one w rzeczywistości wyglądają, namalować wręcz w wyobraźni czytelnika ich obraz. Gwoli uzupełnienia od czasu do czasu wtrąca dygresje natury historyczno-politycznej. Ameryka Środkowa oczami Głombiowskiego to krajobraz raczej codzienności, a nie wakacyjnych przygód: senne miasteczka, lurowata kawa, psy wałęsające się po ulicy, Indianie wystający bezczynnie na rogach, dziki indyk grzebiący w ziemi, i tak dalej i tak dalej. Ponieważ podróż ta wiedzie przez Amerykę Środkową jest egzotycznie i bardzo kolorowo: kolorowe są przecież stroje Indian, kolorowe są budynki w środkowoamerykańskich miasteczkach, kolorowa jest fiesta. Powraca motyw Majów, ale czy miała to być wyprawa śladem tego ludu, mogę się tylko domyślać.

Michał Głombiowski szuka tego, czego nie ma na typowych turystycznych szlakach. Twierdzi, iż miejscowości, których nie ma w przewodnikach tylko pozornie są nieinteresujące, ale tak naprawdę to tam koncentruje się życie... Czytając Zocalo stwierdziłam, iż miejsca opisywane przez Głombiowskiego, wbrew jego zapewnieniom, rzeczywiście nie są interesujące. Prowincjonalny marazm mnie nie kręci. Czy środkowoamerykańska prowincja jest ciekawsza jedynie dlatego, że ta codzienność jest tak inna od naszej codzienności, a przez to egzotyczna? Głombiowski nie czyni żadnego wysiłku, aby zajrzeć pod powierzchnię owego życia, jest biernym obserwatorem. Jego reportaż to czyste odwzorowanie tego, co autor zobaczył, pozbawione jakichkolwiek własnych opinii, refleksji i emocji. Nie ma tu też żadnych  niespodzianek, niezwykłych zdarzeń, nic, co by mogło czytelnikowi podnieść adrenalinę. To się może sprawdza w krótkiej formie, na blogu, ale w książce taka monotonia powoli mnie usypiała. Niewiele było takich fragmentów, które naprawdę by mnie zainteresowały. Nie ma nawet spotkań z ciekawymi ludźmi, dialogi są śladowe, miałam wrażenie, że Głombiowskiego bardziej interesuje świat nieożywiony, a do ludzi podchodzi z daleka i z dystansem. Zero ekscytacji, jakiejkolwiek fascynacji, obraz Ameryki Środkowej jest zupełnie statyczny – autor po prostu przemieszcza się od miejscowości do miejscowości. Tutaj też lekkie rozczarowanie, bo spodziewałam się, że będzie to (przynajmniej częściowo) relacja z wyprawy w dżunglę, w poszukiwaniu śladów Majów, a tu tylko miasta i hotele....

Bezosobowość i beznamiętność opisanych wrażeń w tej książce uderza. Nie dowiemy się, jak do owej podroży doszło, jakie autor miał plany, kim jest, co sądzi, co czuje. Pełna anonimowość. Nawet w kwestii tej, że pomija zupełnie wrażenia swojej współtowarzyszki podróży, enigmatycznie zwaną M. W istocie przez pierwszych kilkadziesiąt stron zastanawiałam się, kogo Głombiowski ma na myśli, pisząc „my” - czy podróżuje z przyjacielem, z dziewczyną, a może w większej grupie? Ta anonimowość mi przeszkadzała. Nie wiem, czy autorowi się ta podróż podobała, czy nie, co zrobiło na nim wrażenie. Brakowało mi poczucia humoru, choć odrobinę... ah, jakże zatęskniłam tu do temperamentu Wojciecha Cejrowskiego. Styl tego ostatniego, a styl Michała Głombiowskiego to dwa różne światy. Na swoim blogu Głombiowski poucza „jak pisać o podróżach”... nie ma tam jednak ani słowa o tym, jak oddać własne emocje. Pisanie to też sztuka, zgadzam się, że Głombiowski potrafi słowami wyczarowywać obrazy, być może jednak traktuje je zbyt instrumentalnie. Mam poczucie, iż reporter większą satysfakcję czerpie z pisania, z żonglowania słowami, niż z samej podróży. Porównując Byle dalej do Zocalo - ta pierwsza jest relacją amatorską, z pewnością Marcie Owczarskiej zabrakło owego warsztatu, umiejętności ubierania własnych wrażeń w ładne słowa, ale za to ile w tej książce było życia! 

Ponieważ autor nie ma żadnych refleksji odnośnie swojej podróży, również we mnie ta książka nie wzbudziła refleksji i pozostawiła mnie obojętną – by użyć tego wyświechtanego zwrotu. Być może literacko jest dobrze napisana, ale jak dla mnie nudna i pozbawiona głębszej treści.

Dodam jeszcze, że choć cenię Wydawnictwo Literackie, jako to, które wydaje wartościową literaturę i czyni to w staranny sposób, to jednak książka podróżnicza zasługuje na coś więcej niż szary papier i jedno czarno-białe zdjęcie. Zdecydowanie brak w tej książce zdjęć - być może wtedy byłaby bardziej interesująca.

Michał Głombiowski, Wieczorem przyjdź na zócalo, Wyd. Literackie, 2013

wtorek, 27 sierpnia 2013

Jaki jest najprostszy przepis na książkę? Mnie się wydaje że pojechać w podróż – byle daleko i egzotycznie i byle dalej od udeptanych szlaków, a potem opisać swoje przygody. Marta Owczarek i Bartek Skowroński podróżowali dookoła świata przez 2,5 roku – to dużo. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie powrotu do szarej polskiej rzeczywistości po takim czasie. To nie była jakaś tam wakacyjna wyprawa, wymagało to praktycznie porzucenia ustabilizowanego życia w Polsce i zredukowania się do dwóch plecaków. Pogodzenia się z faktem, iż przez długi czas nie będą mieli gdzie wrócić, nie będą mieli własnego dachu nad głową i nie wiadomo, co ich spotka za zakrętem. Odwiedzili Azję, Australię i Nową Zelandię i Amerykę Południową; w samej Azji spędzili rok. Podobało mi się to, że w podróży tej nie ograniczały ich terminy: powrotu, wylotów, odjazdów, daty biletów wykupionych na następny etap – co często ma miejsce w tego typu wyprawach. Podobnie zwiedzała świat Kinga Choszcz. Marta i Bartek sami decydowali ile czasu chcą spędzić w danym miejscu, a taką niezależność umożliwiał im fakt, iż podróżowali najczęściej własnymi środkami transportu. Podobała mi się otwartość podróżników na nowe doznania i entuzjazm z jakim podchodzili do wszystkiego: próbowali i wspinaczki wysokogórskiej, i nurkowania, i skoków ze spadochronu i wielu innych rzeczy. Podziwiałam za wytrwałość i wytrzymałość w tej wędrówce – nie powstrzymała ich nawet złamana noga! No i wytrzymali ze sobą, co też można zaliczyć do niebagatelnych osiągnięć...

Relację z tego wszystkiego czytało mi się całkiem przyjemnie i choć zajęło mi to jedynie dwa dni, to w pewnym sensie zżyłam się z bardzo sympatycznymi bohaterami. Miałam poczucie, że to zwykli ludzie – przecież nie rozbijali się po drogich hotelach – i że faktycznie podróżować każdy może, a sky is the limit. Warto spełniać swoje marzenia. Trzeba się tylko oderwać od biurka i pogodzić z pewnymi niewygodami. To wszystko wywarło na mnie bardzo dobre wrażenie. Mimo to Byle dalej nie było najciekawszą książką podróżniczą, z jaką miałam do czynienia. Nie obrażam się bynajmniej, iż autorka pisze potocznym językiem, bo przecież nie żyje ona z pisania, ale Byle dalej zbyt koncentruje się na opisie samej trasy, sposobu podróżowania. Choć nic na to nie wskazuje, relacja ta skierowana jest chyba do fanów jednośladów - nimi bowiem głównie przemieszczają się nasi podróżnicy. Znajdziemy tu informacje na temat tego, jak kupić rower czy motor za granicą, jakich formalności trzeba dopełnić, jak przejechać granicę, jaka była droga, czy padał deszcz, czy wiał wiatr, co się na tej drodze wydarzyło, także w jakich warunkach nocowali Marta i Bartek. To wszystko też jest ważne, a przygody ciekawe, ale chyba nie aż tak, by wypełnić tym – zaryzykuję – ¾ książki. Wygląda to tak, jakby podróżnicy byli tak zaabsorbowani sobą, że nie dostrzegają już tego, co ich otacza. To, co zobaczyli w krajach, przez które przejeżdżali – zabytki, krajobrazy – skwitowane jest najczęściej w kilku słowach i to dość trywialnych. Na przykład: Otaczające piękno rekompensuje jednak wszystkie trudy. Przed oczami przewijają się krajobrazy, które na zawsze pozostaną w naszych głowach. I to by było na tyle. To, jak rzeczywiście wyglądały owe krajobrazy i co widzieli Marta i Bartek, czytelnik może sobie uzmysłowić oglądając zdjęcia – które na szczęście są w książce zamieszczone w dużej ilości i to naprawdę są piękne zdjęcia. Patrząc na które aż mnie ściskało w dołku, że najprawdopodobniej nigdy tych miejsc nie zobaczę... 

Na dobrą sprawę z tej wyprawy trwającej 2,5 roku i obejmującej taki kawał świata, można by stworzyć co najmniej trzy książki – po jednej na każdy kontynent! A tu summa sumarum każdy kraj skompresowany jest do kilku stron, z których większość zajmuje opis przebytej drogi. Autorzy nie zadają sobie też trudu, by objaśnić historię odwiedzanych krajów,  obyczaje, czy kulturę – tego typu informacje są w Byle dalej szczątkowe. Próżno też szukać tu jakichś głębszych refleksji na temat chociażby podróżowania czy turystyki. Wynagradzają to zdjęcia, o czym już wspominałam, a gdyby ktoś chciał wybrać się na podobną wyprawę, myślę, iż ta książka może świetnie posłużyć przynajmniej w kwestii wytyczenia trasy – zamieszczone są w niej dokładne mapki przemierzonej przez Martę i Bartka drogi w każdym kraju. Zdjęcia, mapki, ogólnie bardzo staranne wydanie książki to jej duża zaleta, zachęcająca do wzięcia jej do ręki. Mimo więc wspomnianych mankamentów, uważam, że jest godna polecenia. Może w warstwie opisowej trochę brakuje jej do ideału, ale za to jest to lektura szczera, nieprzekombinowana i tryskająca pozytywną energią. A Marcie i Bartkowi życzę jeszcze wielu, równie udanych wypraw!

Marta Owczarek, Bartek Skowroński, Byle dalej. W 888 dni dookoła świata, Wyd. Świat Książki, 2012

niedziela, 25 sierpnia 2013

Pamiętacie Plażę, film Danny'ego Boyle'a z Leonardo di Caprio w roli głównej? To jeden z moich ulubionych filmów i doprawdy nie wiem za co tak „zjechała” go krytyka. Może za to, że opowiada on o miejscu, gdzie wszyscy chcielibyśmy się znaleźć, o realizacji naszych marzeń i o tym, co z tego może wyniknąć... Już dawno chciałam przeczytać powieść Alexa Garlanda, na podstawie której powstał ten film.

Tajlandia, słońce, bielutki piasek, turkusowa laguna, kokosy i papaje prosto z drzewa... Richard ląduje w mekce backpackersów, czyli Bangkoku. Jest tanio, gwarno, łatwo o wszystko z narkotykami na czele. Niektórym to wystarcza, ale bardziej wymagający szukają miejsca nieskażonego jeszcze turystyką, bez tłumu białych, bez tubylców wciskających nachalnie pamiątki, bez barów i dyskotek. Richard przez przypadek staje się posiadaczem mapy, obiecującej dostęp do takiego właśnie miejsca. Wtajemnicza poznaną po drodze dwójkę Francuzów i bez zbędnych ceregieli ruszają aby odnaleźć ową plażę, leżącą na jednej z licznych wysp, objętych rezerwatem. Wyprawa się udaje, lecz na miejscu okazuje się, iż ktoś już był przed nimi – na wyspie zamieszkuje bowiem w dosyć dobrze zorganizowanym obozie kilkanaście osób. Takich samych podróżników, szukających raju na ziemi i to nie na dwa tygodnie, ale na całe miesiące, a nawet lata. Richard i jego przyjaciele szybko adaptują się w tym środowisku. Życie w obozie toczy się swoim rytmem, każdy ma swoje zadania (okazuje się, że nawet w raju trzeba pracować!), dopóki nie wydarza się tragedia, po której wszystko zaczyna się walić, a eden przestaje być edenem.

Obóz podróżników na tajskiej wyspie przedstawia typową ludzką społeczność – okazuje się, że niezależnie, czy jesteśmy na wakacjach w Tajlandii, czy w biurze w Katowicach, wszędzie zachodzą podobne interakcje. Jest ktoś, kto pełni rolę przywódcy, są osoby, które się dostosowują, są też i takie, które odstają. Są kłótnie, konflikty, tworzą się podgrupy, podziały. Trudne wydarzenia wcale jednak nie cementują grupy – większość odwraca się od tych, którym przydarzyło się nieszczęście. Nie chcą mieć z nimi nic wspólnego, bo oni już nie są podobni do nich i zaburzają ich wygodne życie. Większość chce bronić status quo, którym jest utrzymanie istnienia plaży w tajemnicy. Autor odnosi się tu oczywiście do owego procesu, który zachodzi w każdym zakątku ziemi, gdzie stanie ludzka stopa. Piękne dziewicze zakątki pozostają tylko tak długo dziewicze, aż nie dotrze do nich człowiek. Człowiek automatycznie zmienia swoje otoczenie. Nasze poszukiwania miejsc odpoczynku nieuchronnie kończą się budową betonowych hoteli, degradacją przyrody i zalewem turystów. I przerażające jest, że owych nietkniętych miejsc jest coraz mniej, bo ludzie ciągle szukają... wdzierają się nawet tam, gdzie teoretycznie jest to zabronione, tak jak to dzieje się w Plaży. Richard w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, iż ich obóz dawno przestał być bezpieczny, do czego sam walnie się przyczynił.

Sam główny bohater jest przedstawiony w bardzo ciekawy sposób. Wydaje się on dosyć lekkomyślnym, ale sympatycznym i towarzyskim młodym człowiekiem, łatwo nawiązującym kontakty z innymi. Wyspa wydobywa jednak z niego również mroczną część osobowości. Ponieważ jednak tok wydarzeń jest przedstawiany z jego perspektywy, jesteśmy skłonni go usprawiedliwiać. Wszystko przez okoliczności; może to przez wyspę, a może nadmiar trawki, być może nawet jest w tym nawet odrobina niepoczytalności, szaleństwa? 

Przyznaję, że z początku Niebiańska plaża niespecjalnie mnie wciągnęła, trochę przeszkadzała mi specyficzna narracja autora, a może nie miałam odpowiedniego nastroju do jej czytania. Jednak po tym jak akcja przenosi się na wyspę, wsiąknęłam całkowicie, czytałam jak zahipnotyzowana. Widziałam tę plażę, turkusowe morze, byłam wraz z Richardem w obozie, nurkowałam z nim i biegałam po wyspie. Rzeczywistość przestała istnieć. Nawet nie chodzi o to, że sama chciałabym się tam znaleźć, ale zafascynowała mnie opowieść o grupie ludzi i ich próbach stworzenia własnego świata, podczas kiedy okazuje się, że nie są oni w stanie przeskoczyć ograniczeń wynikających z tego, że są tylko ludźmi i drzemią w nich te wszystkie paskudne instynkty. Odizolowanie od świata, zdanie tylko na siebie, pogarszają tylko sytuację. Powieść przypominała mi w wielu punktach Władcę much – jest może nie aż tak wstrząsająca, ale może właśnie przez to przemawia wyraźniej, bo łatwiej mi było postawić się w sytuacji plażowiczów. To lektura, która skłania do przemyśleń nad naturą człowieka i do zadania sobie pytań: jak sam postąpiłbym w tej sytuacji. Czy odwróciłbym się od tych, którzy potrzebują pomocy, udając, że nic się nie stało? Czy dostosowałbym się do większości, przymykając oczy na otaczające mnie zło, czy też próbowałbym podejmować własne decyzje, nawet niepopularne? Do czego byłbym zdolny broniąc samego siebie – swojego stanu posiadania, pozycji, poczucia własnej wartości, a nawet zdrowia i życia. I gdzie jest granica do której nasze czyny można usprawiedliwić? Opowieść o rajskiej plaży ma w gruncie rzeczy smutną wymowę, bo kończy się utratą złudzeń...

I film i powieść bardzo mi się podobały. Film jest dosyć wierną adaptacją książki, nie zauważyłam jakichś przekłamań, czy znaczących zmian, choć oczywiście pewne wątki, jak to w filmie zostały spłycone. Zwracają w nim uwagę piękne zdjęcia i fantastyczna ścieżka dźwiękowa, tworzące specyficzny klimat egzotycznych wakacji. A powieść moim zdaniem jest znakomita: zasługuje na uwagę i zachęcam bardzo do jej przeczytania.

Alex Garland, Niebiańska plaża, Wyd. Świat Książki, 2000

czwartek, 22 sierpnia 2013

Nie byłam jeszcze nigdy w Turcji, choć chciałabym tam pojechać. Sądząc z wielu relacji kraj ten ma bardzo wiele do zaoferowania, bo nie tylko piękne krajobrazy, ale i bogatą historię (o czym pisałam ostatnio). 

Angie i Joy, dwie jasnowłose Amerykanki są w Turcji zakochane. Poznały się przez wspólną znajomą, która poprosiła je o pomoc w poprowadzeniu pensjonatu, zakupionego w tym kraju. Udając się tam, obie miały nadzieję na to, o czym rozpisują się liczne książki: 

Jak dotąd jedynie czytałam o kobietach, które zamieszkały w obcym kraju, teraz miałam zostać jedną z nich, siedzieć nad morzem i jak one spisywać własną historię. (…) Do tego przygotowywanie wykwintnych śniadań dla gości, nadawanie pokojom w pensjonacie niepowtarzalnej atmosfery, przesiadywanie na balkonie i rozmawianie o książkach z Joy – bardzo chciałam tak żyć.

Taak, przesiadywanie na balkonie nad brzegiem Morza Śródziemnego i rozmowy o książkach… któż by nie chciał tak żyć. Pensjonat okazał się być niewypałem, lecz nie o to w tej książce chodzi. Autorki na przestrzeni 10 lat wielokrotnie do Turcji wracały, zauroczone jej tradycjami, pozostającymi na styku kultur, życzliwością i gościnnością ludzi. Zwiedziły nie tylko Stambuł, ale i tureckie rubieże, m.in. Konyę, górę Ararat, jaskinię, gdzie podobno ukrywała się matka Abrahama, niezwykłe krajobrazy Kapadocji. Były w tureckim hammanie, na Festiwalu Tańczących Derwiszów, raczyły się wyśmienitą turecką kuchnią. W Romansie z Turcją opisują swoje wrażenia z tych podróży.

Jednym z celów, jakie przyświecały autorkom, przy pisaniu tej książki była chęć zwalczania stereotypów pokutujących na temat Turcji. W Ameryce Turcja uważany jest za niebezpieczny kraj (pełen muzułmanów, a zatem terrorystów), a one same za ryzykantki. Jakież było ich zdziwienie, kiedy okazało się, że z punktu widzenia Turków to Ameryka jest niebezpiecznym krajem, chociażby dlatego, iż ludzie mogą posiadać tam broń – i trudno odmówić tutaj Turkom racji.

Romans z Turcją ma charakter quasi reportażu podróżniczego, lekkiego i przygodowego  Powiedziałabym nawet, że kobiecego… Autorki nie podejmują raczej tematów trudnych, problemów dręczących Turcję, tak jak to zrobił Witold Szabłowski. Bardziej rozkoszują się dniem, podziwiają krajobrazy i delektują jedzeniem. Podróżniczki zwracają nie raz uwagę na przystojnych Turków oraz wspominają nawiązane z nimi kontakty. W zasadzie w każdym zakątku Turcji, w każdym miasteczku, czy w hotelu znajduje się jakiś amant… Wyczuwałam w tym wyraźnie tęsknotę za odmianą dotychczasowego życia i pokusę przeniesienia się nad Morze Śródziemne. Relacje z Turkami mają jednak dla autorek charakter przelotny, to wakacyjne znajomości, bo okazuje się, że przepaści kulturowej nie da się tak łatwo zasypać. Angie i Joy są kobietami niezależnymi, prowadzącymi własne biznesy, nie odpowiadającymi oczekiwaniom wielu tureckich mężczyzn, iż porzucą wszystko i będą zajmować się domem. 

Książka napisana jest bardzo przyjemnym, prostym językiem, szybko się ją czyta. Myślę, że jeśli chodzi o pokazanie przyjaznego oblicza Turcji i zachęcenie ludzi do odwiedzania tego kraju, książka spełnia swoje zadanie, choć wątpię, czy pozostanie ona na dłużej w mojej pamięci...

Joy Stocke, Angie Brenner, Romans z Turcją, Wyd. Lambook, 2013

wtorek, 20 sierpnia 2013

Spodziewałam się po tej książce miłego, odprężającego czytadła na lato. Czegoś o bajkowym seraju, w egzotycznych klimatach, które ostatnimi czasy były przeze mnie faworyzowane jeśli chodzi o dobór lektur. Jak to często bywa, moje oczekiwania rozminęły się dosyć istotnie z rzeczywistością, tym razem jednak na korzyść książki. Ostatni harem okazał się bowiem powieścią o solidnej podbudowie historycznej, dotyczącą burzliwego okresu w historii Turcji, mianowicie upadku Imperium Osmańskiego, rewolucji młodoturków i powstania republiki tureckiej. Dla mnie temat całkowicie nowy, gdyż nie jestem znawczynią historii tureckiego imperium. Wszystko to miało miejsce 100 lat temu, na początku XX wieku. Partia tak zwanych Młodoturków wszczęła rewoltę, domagając się bardziej nowoczesnego państwa, w tym praw dla kobiet. Rewolucjonistom udało się zdobyć władzę i obalić sułtana, jednak pod ich przywództwem młode państwo wplątało się wnet w konflikty etniczne i I wojnę światową. To właśnie w okresie rządów Młodoturków, w tym Envera Paszy miała miejsce rzeź Ormian, w trakcie której wymordowano prawdopodobnie ok. 1,5 mln ludzi. Te właśnie wydarzenia opisuje Peter Prange, oczyma bohaterów swojej powieści: Elizy, Fatimy, Felixa i pułkownika Taifuna. Eliza jest Ormianką i chrześcijanką, Fatima kurdyjką i muzułmanką. Obydwie, będąc małymi dziewczynkami zostały porwane ze swojej rodzinnej wioski do haremu sułtana. Dwie przyjaciółki, będące dla siebie jak siostry. Harem dla jednej był więzieniem, dla drugiej wymarzonym celem. Detronizacja sułtana pociągnęła za sobą bardzo praktyczny problem: co z zrobić z setkami kobiet, przebywającymi w haremie, nie znającymi świata zewnętrznego, które niczego nie potrafią i nigdy nie pracowały na swoje utrzymanie?

Pierwsze części książki, w których akcja rozgrywa się jeszcze w haremie są dosyć sielankowe. W haremie, choć żyło się w zamknięciu, kobietom niczego nie brakowało. Poznajemy młodego niemieckiego lekarza, który z głową pełną ideałów odwiedza Turcję i dziwnym trafem zakochuje się w Elizie. Potem, kiedy harem zostaje „rozwiązany”, przestaje być przyjemnie, atmosfera staje się coraz bardziej mroczna. Drogi Elizy i Fatimy, które całe życie spędziły blisko siebie – rozchodzą się. Każda z nich zostaje skrzywdzona, każda na swój sposób. Eliza jest w bardzo trudnej sytuacji, nie tylko jako była mieszkanka haremu, ale przede wszystkim chrześcijanka, no i samotna kobieta, zdana sama na siebie. Autor wykorzystując postać niemieckiego lekarza, który przez przypadek trafił w sam wir wydarzeń, po mistrzowsku ukazuje perfidię polityki rządzących Turcją przywódców oraz to charakterystyczne rozdarcie między kulturą wschodu, a zachodu. Z jednej strony Turcy chcieli w oczach opinii publicznej uchodzić za światłych, nowoczesnych i humanitarnych, z drugiej cele polityczne realizowano za pomocą iście barbarzyńskich metod oraz typowo wschodnich intryg. Okrutne sceny ormiańskiej tragedii są wstrząsające, miałam wrażenie, iż ludobójstwo to było pierwowzorem Holokaustu. Autor stawia fundamentalne pytanie, które niestety odnosi się do dziejów ludzkości pod każdą szerokością geograficzną:

Jak to możliwe, że paru zbrodniarzy zyskuje taką władzę nad narodem, że w jego imieniu dokonują czynów, za które wstydzą się jeszcze ich dzieci i wnuki? Jak to możliwe, że w ludziach, którzy od pokoleń żyli w zgodzie i pokoju, rozpala się taka nienawiść, że sąsiad zdradza sąsiada, a przyjaciel zabija przyjaciela tylko dlatego, że są innego wyznania? (…) I jak to możliwe, że to zdarza się wciąż na nowo, we wszystkich epokach, we wszystkich krajach i kulturach ludzkości, która w tych straszliwych momentach historii sama sobie pluje w twarz?...

Nie sądziłam, że Ostatni harem mnie tak wciągnie. Autorowi należy się uznanie za tak udane wkomponowanie fikcyjnych bohaterów w fakty historyczne, ciekawe oddanie tych faktów oraz bardzo dynamiczną akcję. Wszystkie opisy: haremu, ulic Konstantynopola, anatolijskich wiosek, są bardzo wyraziste, oddają ducha tamtych czasów. To ciekawa powieść, dzięki której poznałam fakty, których do tej pory nie byłam świadoma, bo też historia Turcji nie jest tematem powszechnie Polakom znanym. 

Peter Prange, Ostatni harem, Wyd. Sonia Draga, 2012

niedziela, 18 sierpnia 2013

Cesarzowa Teodora, małżonka cesarza bizantyjskiego Justyniana, panującego w V w. n.e. była jedną z owych niezwykłych kobiet, które zapisały się w historii świata, mimo, iż świat kobietom nie sprzyjał. Wywodziła się z nizin społecznych, od dziecka została przyuczona do zawodu aktorki, a potem – co było tego naturalną konsekwencją – prostytutki. Od maleńkości zarabiała swoim ciałem. W wieku lat –nastu porzuciła to zajęcie, by pójść za głosem serca i wyjechać do Afryki wraz ze swoim kochankiem. Kiedy została przez niego zdradzona, postanowiła wrócić do Konstantynopolu, ale zanim jej się to udało trafiła do wspólnoty religijnej i przeżyła wewnętrzną przemianę. To zaważyło o jej dalszych losach. Patriarcha Aleksandrii postanowił wykorzystać dziewczynę aby łagodziła konflikt w łonie Kościoła i podsunął ją zausznikowi cesarza, Justynianowi. W ten sposób Teodora trafiła do pałacu, a następnie poślubiła przyszłego cesarza.

Oszałamiająca historia awansu społecznego. Jak w każdym takim przypadku Teodora zawdzięcza go nawet nie tyle urodzie, co inteligencji, odwadze i sile charakteru. Zapewne również dużej dozie szczęścia. Z powieści Stelli Duffy, będącej zbeletryzowaną biografią Teodory niewiele na ten temat można jednak wywnioskować. Czytając ją, zadawałam sobie pytania, na które nie znajdowałam odpowiedzi. Skąd to nagłe nawrócenie religijne – Teodora była oczywiście chrześcijanką, ale niezbyt gorliwą… Jak to się stało, iż została wybrana (akurat ona, wśród tylu innych) przez patriarchę i wysłana do pałacu cesarskiego? Czymś musiała się wyróżnić, ale czym? Jak to możliwe, iż tak łatwo dostała się w otoczenie cesarza? Czy znaczenie miało to, iż w pewnym sensie była postacią rozpoznawaną, jako aktorka? Wreszcie, jak to się stało, iż Justynian postanowił się z nią ożenić, mimo, iż stało to w sprzeczności z prawem? Te wszystkie kwestie są przez pisarkę przedstawiane jakby były oczywistościami. Justynian musiał darzyć Teodorę wielką miłością, a jednak nie znajduje to odbicia na kartach książki. 

Również tło historyczno-obyczajowe pozostawia w tej powieści sporo do życzenia – autorka praktycznie w ogóle nie wprowadza wydarzeń historycznych, ani też nie opisuje samego miasta. Nie dowiemy się z tej książki, jak wyglądało życie w Konstantynopolu we wczesnym średniowieczu. Problemy polityczne zajmujące Justyniana są wspominane zaledwie od niechcenia. Kwestią, która odegrała kluczową rolę w życiorysie Teodory był spór w łonie Kościoła, dotyczący boskości Chrystusa. Jego niuanse pozostają przez Stellę Duffy niewytłumaczone, podobnie zresztą jak zagadnienie przepisów prawnych, które zabraniały aktorkom wychodzić za mąż. Za to kwestią, która autorkę najbardziej zajmuje jest życie półświatka – miałam wrażenie, że w dawnych wiekach każda kobieta musiała zarabiać na siebie ciałem. Na pierwszych kilkudziesięciu stronach powieści pisarka z lubością opisuje aktorskie popisy Teodory i jej sióstr, nie zważając, iż te szczegóły scenicznych występów nudzą czytelnika.

Druga część biografii Teodory, Purpurowy całun, jest napisana w podobnym stylu, co pierwsza. Teodora jest cesarzową, wspiera Justyniana. Autorka opisuje niektóre z ważnych wydarzeń historycznych, jak powstanie Nika, które przyczyniło się do zniszczenia Konstantynopola, a potem odbudowy jeszcze wspanialszego miasta, w tym kościoła Haga Sophia. Mimo to pozostał mi niedosyt, jeśli chodzi o podbudowę historyczną powieści. Brakowało mi dat – jakichkolwiek dat, pozwalających umiejscowić jakoś opisywane wydarzenia, bez sięgania po zewnętrzne źródła. Nie każdy przecież musi wiedzieć kiedy panował Justynian i nie każdy ma tak rozległą wiedzę historyczną, by uzupełnić sobie pejzaż zdarzeń, pominięty przez pisarkę. Sama postać cesarzowej wydała mi się dosyć sztampowo wykreowana – jak to osoba panująca, jest dostojna, dostosowuje się do obowiązującej etykiety i stara się wzorowo wypełniać swoje obowiązki. Niestety odniosłam też wrażenie, iż Teodora była intrygantką, kobietą bez skrupułów dążącą do swoich celów. Nie dostrzegłam w niej ani wielkości, ani świętości, nie podziwiałam jej, nie współodczuwałam z nią.

O czym Teodora myślała, o czym śniła, czy była ambitna, czy chciała zostać cesarzową, czy było to tylko pomyślne zrządzenie losu? Czy naprawdę była religijna? Psychologiczny portret głównej bohaterki jest mizerny, Stella Duffy nie przybliża nam jej emocji, motywacji, marzeń i sekretów. Czytelnikowi trudno wyrobić sobie własne zdanie o tej postaci, brak jej wyrazistych cech charakteru. Duffy zanadto koncentruje się na fakcie, iż Teodora była aktorką i prostytutką – powtarza to przy każdej nadarzającej się okazji, obsesyjnie wręcz i do znudzenia, być może w ten sposób pragnąc podkreślić wagę awansu Teodory, ale też zarazem stygmatyzując ją. Pisarka nie pozwala czytelnikowi o tym zapomnieć, sugeruje, że wszystko, co robi Teodora jest pewnego rodzaju grą. Nie potrafi rozdzielić zajęcia od człowieka i nadać temu człowiekowi ludzkich cech.

Jakkolwiek autorka na pewno wykonała sporą pracę, by odtworzyć dzieje Teodory, to powieściom Duffy brakuje tych elementów, szczegółów, smaczków, które są tylko wytworem wyobraźni pisarza, ale za to ożywiają postacie i wydarzenia na kartach książki. Zwarty tekst, nudne opisy, bardzo mało dialogów, fragmenty jakby przepisane ze źródeł historycznych oraz przede wszystkim oficjalny, sztywny język. To sprawia, iż książkom tym chwilami bliżej do rozprawy historycznej, niż do powieści.

Jak dla mnie Teodora z biografii Duffy nie ma osobowości. Śledziłam kolejne wydarzenia w jej życiu, ale tak naprawdę jej postać pozostaje dla mnie zagadką, niknącą w mroku dziejów. Niewiele się dowiedziałam o tamtych czasach, a tym, co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to fakt, iż cesarzowa była eks-aktorką i eks-prostytutką. Kiepskie to świadectwo wystawione dla tej wielkiej postaci.

Stella Duffy, Teodora. Aktorka, kurtyzana, cesarzowa, Wyd. Rebis, 2012

Stella Duffy, Purpurowy całun, Wyd. Rebis, 2013

sobota, 17 sierpnia 2013

Podobno Marek Antoniusz został przeklęty przez Oktawiana, a dzień jego narodzin ogłoszony został pechowym. Miał być postacią zapomnianą. Tak się jednak nie stało, a historia jego romansu i małżeństwa z królową Kleopatrą stała się jedną z najbardziej romantycznych i tragicznych historii w dziejach świata. Marek Antoniusz jest także jednym z moich ulubionych bohaterów historycznych. Mimo to nigdy się nie zastanawiałam, co było po śmierci – jego i Kleopatry. Egipt wpadł w ręce Rzymian i to by było na tyle. Okazuje się, że przeżyły dzieci starożytnej pary, w tym bliźniacze rodzeństwo Aleksander Helios i Kleopatra Selene. Oktawian zabrał dzieci do Rzymu, gdzie wychowywały się pod okiem jego siostry Oktawii (pierwszej żony Marka Antoniusza), aż do osiągnięcia rzymskiej pełnoletności, czyli piętnastego roku życia.

Powieść Michelle Moran jest zgrabną i udaną opowieścią o tych właśnie wydarzeniach. Jej akcja dzieje się w Rzymie, gdzie rodzeństwo nie tylko pobiera nauki i przygotowuje się do dorosłego życia, ale także, dzięki bliskości najwyższych władz Rzymu, ma okazję uczestniczyć w istotnych wydarzeniach politycznych oraz obserwować problemy, z jakimi zmaga się Oktawian i jego zausznicy. Jedną z najbardziej palących spraw była ówczas kwestia niewolnictwa: rosnąca liczba niewolników w Rzymie groziła w każdej chwili wybuchem buntu, zwłaszcza w połączeniu z dosyć brutalnymi przepisami dotyczącymi tej grupy społecznej. Helios i Selene, opływający w luksusy w pałacu Oktawiana sami mieli sporo szczęścia, iż władca ten nie uczynił z nich niewolników, tak jak stało się to z córką króla Galii, Wercyngetoryksa.

Młoda Kleopatra, której oczami opisywany jest Rzym, marzy o powrocie do swojego rodzinnego Egiptu, co wydaje się nierealne. Tylko teoretycznie jest bowiem wolna, w istocie zdana jest na kaprysy przebiegłego Oktawiana, który aby osiągnąć swój cel, nie cofa się przed niczym i nie ma żadnych skrupułów. Księżniczka przedstawiana jest przez Moran jako wrażliwa osóbka, ciągle pełna ideałów, nie zgadzająca się z powszechnymi w cesarstwie praktykami, w tym z koniecznością zamążpójścia za dowolnego mężczyznę, wyznaczonego jej przez opiekunów. Można podziwiać jej dojrzałość (choć pewnie była ona w dużej mierze produktem czasów) oraz hart ducha, który pozwolił jej przetrwać trudne chwile oderwania od rodziców, znalezienia się w zupełnie obcym kraju i środowisku, wśród osób nie zawsze jej życzliwych. Dziewczynka jest bystra, wykształcona, angażuje się nawet w architektoniczne przedsięwzięcia Marka Agrypy. Oczywiście to fikcja literacka - trudno sądzić, by nastolatka w Rzymie uczyła się architektury...

Córka Kleopatry przedstawia wyrazisty obraz starożytnego Rzymu, niemal tak dobrze, jak moje ulubione powieści Stevena Saylora. To miasto usadowione na siedmiu wzgórzach, pełne południowego uroku, wspaniałych świątyń, pałaców i willi, ale z drugiej strony brudne, zamieszkałe przez rzesze biedaków, zdanych na jałmużnę patrycjuszy. Życie tych ostatnich także nie jest usłane różami – uzależnieni są bowiem od swojego władcy, od pałacowych intryg, które osobę będącą u szczytu władzy i popularności, mogą w każdej chwili strącić na samo dno. Momentami wydawało mi się nawet, iż opisy życia w Rzymie są u Moran zbyt śmiałe – czy w starożytności mieli już torby, podgrzewane baseny, czy wodę z rur? Pisarka w posłowiu – co bardzo mi się podobało – odnosi się do tych kwestii i rozwiewa moje wątpliwości.

Przyznaję, że spodziewałam się po tej książce raczej losów dorosłej Kleopatry Selene, nie zaś opowieści o dziecku, jednak nie jestem rozczarowana. Myślę sobie tylko, że dalsze losy Kleopatry byłyby równie wdzięcznym materiałem na kolejną powieść.

Michelle Moran, Córka Kleopatry, Wyd. Sonia Draga, 2012

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2013
3.Przeczytane w 2012
4.Przeczytane w 2010
5.Przeczytane w 2009
6.Przeczytane w 2008
7.Wymienię/sprzedam
8.Kontakt
Co czytać?