Kategorie: Wszystkie | Kulinaria | Miejsca | Prasówka | Recenzje | Stosiki | Tak sobie myślę
RSS
piątek, 20 września 2013

Lavinia i jej córki zdała mi się lekturą umiarkowanie interesującą. Na początku autorka opowiada nam o swoich małżeńskich perturbacjach i potrzebie samotności, aby skończyć kolejną książkę. Dowiadujemy się, że pisarstwo de Blasi jest jedynym źródłem utrzymania włosko-amerykańskiego stadła. Dlatego też odniosłam wrażenie, że Lavinia i jej córki jest taką książką napisaną trochę z musu, dla pieniędzy i przy braku weny. Bo oto w wielu pięknych słowach autorka opowiada o...niczym, co zresztą zawsze u pisarzy podziwiam... O wschodach i zachodach słońca, o wycieczkach na łono przyrody, o pięknych (niewątpliwie) krajobrazach Toskanii, o gotowaniu i jedzeniu, co jest tematem powracającym jak bumerang, aż do znudzenia, aż wreszcie „na tapetę” została wzięta sędziwa Włoszka, opowiadająca historię swojego życia. Wydało mi się, że spadła ona Marlenie de Blasi jak z nieba, w momencie, kiedy pisarka już naprawdę nie wiedziała o czym pisać dalej. Być może jest to opinia krzywdząca, ale niestety muszę przyznać rację Lavinii, iż książek o Toskanii napisano już multum i co można jeszcze więcej w nich opowiedzieć. Ciekawe zdały mi się słowne potyczki Lavinii z pisarką na temat zajęcia tej ostatniej: de Blasi pisze o włoskim jedzeniu (a z jej książki można odnieść wrażenie, jakby całe życie w Toskanii kręciło się wokół kuchni), zaprasza do siebie cudzoziemców, pokazuje im okolice, pokazuje im jak żyją Toskańczycy; Lavinia zapytuje czy nie lepiej byłoby, gdyby czymś takim zajmował się rodowity Włoch, a nie Amerykanka? Poza tym niewątpliwie rację przyznaję Włoszce w kwestii wykupywania przez obcokrajowców toskańskich nieruchomości, przez co region ten zatraca swoją tożsamość. Poznajemy tu Toskańczyków jako ksenofobów, z niechęcią patrzących na turystów zalewających ich małe miasteczka. Wątpię natomiast, czy opowieść Lavinii o jej młodości w czasach II wojny światowej – mało odkrywcza zresztą - była aż tak zawiła, tak wyrafinowana słownie, jak to przedstawia de Blasi. Pisarka używa pięknego języka, pełnego mądrych słów i refleksji, przez co jednak historia Lavinii i jej rodziny traci charakter ciepłej gawędy, sagi rodzinnej, a staje się dosyć trudna w odbiorze i przekombinowana. Myślę, że Marlena de Blasi powinna nauczyć się pisać po prostu ciekawe historie, zamiast zamieniać prozę w poezję. Tym niemniej książka może okazać się ciekawa dla zwolenników slow food i slow life, dla osób poszukujących opowieści o zwykłym życiu i tęskniących za typowo włoskimi klimatami.

Marlena de Blasi, Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść, Wyd. Literackie, 2011

środa, 18 września 2013

Opis z okładki zapowiada, że Dom wiatru będzie jeszcze jedną powieścią o rodzinnych tajemnicach, usytuowaną bardzo atrakcyjnie, bo w Toskanii. Jak w wielu książkach, akcja toczy się w niej dwutorowo, współcześnie oraz w średniowieczu. Główna współczesna bohaterka, Maddie, jest Amerykanką z San Francisco, młodą prawniczką zaangażowaną w duży proces przeciwko jednej z kalifornijskich korporacji. Prywatnie stara uporać się ze stratą swojego narzeczonego. Średniowieczna bohaterka Mia, to dziewczyna zamieszkała wraz z ciotką w gospodarstwie goszczącym pielgrzymów, niedaleko Volterry. Pewnego wieczoru do ich drzwi pukają tajemniczy pątnicy; kobieta, Agnesca staje się powiernicą i przyjaciółką Mii. Ale co łączy teraźniejszość i przeszłość, Maddie i Mię? Okazuje się, że niewiele... Te dwa wątki są prowadzone przez autorkę równolegle, lecz w zasadzie nie zazębiają się, poza tym, że – być może Mia jest daleką protoplastką Maddie. Nie ma tu żadnej zagadki, a wyprawa Maddie do Toskanii nie jest bynajmniej najważniejszym wydarzeniem w powieści. Autorka nie powiela zatem schematów, ale czy oferuje coś ciekawszego w zamian?

Zawarcie właściwie dwóch książek w jednej przyczyniło się do tego, że ani jedna, ani druga opowieść mnie nie wciągnęła. Maddie i inni współcześni bohaterowie Domu wiatru to ludzie posiadający staranne wykształcenie, dobrą pracę, opływający we wszelkie luksusy. Nie potrafiłam się z nimi zidentyfikować. Poza tym większość z owych postaci było dla mnie słabo nakreślona. Ponieważ oczekiwałam czegoś innego, początkowo ze zniecierpliwieniem przyjmowałam szczegółowe opisy życia zawodowego Maddie, zastanawiając się, dlaczego autorka poświęca im aż tyle miejsca. Kiedy jednak stało się jasne, iż podróż do kraju przodków nie pociągnie za sobą znaczącego zwrotu akcji, uznałam, iż to owa historyczna część jest w książce elementem zbędnym. Mia była dla mnie zbyt odległa w czasie, a przesłanie, jakie być może chciała zawrzeć autorka poprzez jej historię – mało czytelne. Poza tym pisarka posługuje się moim zdaniem zbyt zawiłym językiem, komplikując to, co proste, udziwniając dialogi między bohaterami i używając stanowczo zbyt wielu słów, co sprawiło, iż powieść, mimo iż sprawia wrażenie pięknie napisanej, nie jest najłatwiejsza w odbiorze.

Titania Hardie, znana jako autorka książek o białej magii, zapewne starała się stworzyć nietuzinkową powieść, w której zawiera się bogata symbolika, nawiązująca jeszcze do starożytnych etruskich wierzeń. Ta symbolika przetrwała do czasów średniowiecza, a szczątkowo – nawet do dziś. Autorka daje czytelnikowi do zrozumienia, iż naszym życiem czasem rządzą jakieś siły nadprzyrodzone, że jest w tym jakaś magia... Dla mnie jednak taka wymowa książki była mało wiarygodna, gdyż aby osiągnąć swój cel, autorka wplata w fabułę Domu wiatru liczne mniej lub bardziej ezoteryczne symbole i staje się to dla niej ważniejsze od samej fabuły. Święci, aniołowie, Etruskowie, Janus, mowa kwiatów, astrologia, czarownice, a nawet jednorożce... Jest tego w Domu wiatrów zbyt dużo i miałam wrażenie, że to wszystko jest poutykane w książce bez żadnego konkretnego zamysłu, poza epatowaniem rzekomo magiczną atmosferą. Tym samym ezoteryka ta traci siłę swojego oddziaływania.

Jest w Domu Wiatru jednak jakiś czar, który nie do końca potrafię uchwycić. Na pewno jednak nie chodzi o Toskanię – i nie umiem uwierzyć, że to właśnie wyjazd do Włoch był dla Maddie tym lekiem na złamane serce i tym, co pozwoliło jej odzyskać skrzydła. Toskania to niezwykły region, i pod względem pięknych krajobrazów, i historii, i tradycji. Dla Maddie jest ona jednak jedynie przerywnikiem w jej amerykańskim życiu, czasem wytchnienia, urlopu, umożliwiającym naładowanie baterii. Mimo zapewnień w książce – jest ona na tej ziemi tylko cudzoziemskim gościem, podobnie, jak jej przyjaciele. Nie sądzę, by odnalazła tam swoje korzenie i by zrozumiała ona energię, tkwiącą w tym regionie, tę energię, o której mowa w wątku historycznym. Być może zatem chodzi tu mgły nad zatoką San Francisco, o poczucie moralności Maddie, o jej dzielne zmaganie się z losem. To te aspekty powinna była autorka wyeksponować. Towarzyszy czytelnikowi niejasne poczucie, iż Maddie, mając tak niezwykłe przodkinie, musi być kimś niezwykłym, ale ostatecznie to poczucie nie znajduje odzwierciedlenia na kartach książki. Dom wiatru to nie jest opowieść o Toskanii i o jej dziedzictwie, ale o współczesnej Amerykance, która ostatecznie nie potrzebuje magii i horoskopów, by odnaleźć swoje szczęście.

Titania Hardie, Dom wiatru, Wyd. Sonia Draga, 2013

poniedziałek, 16 września 2013

Etiopski maratończyk, Ayanleh Makeda zostaje na olimpiadzie w Pekinie oskarżony o stosowanie dopingu. W wyniku tego biegacz po prostu znika ze sceny: zostają mu odebrane medale, a on sam wraca w niesławie do kraju, gdzie zostaje powołany do wojska i wysłany na front. Tam przypadkowo spotyka go francuski dziennikarz Frederic i zainteresowany zaczyna drążyć… Odnajduje żonę Makedy, dociera do jego fizjoterapeutki, kontaktuje się ze swoimi przyjaciółmi, dziennikarzami sportowymi. Okazuje się, że sprawa Makedy została zatuszowana, bardzo szybko ucichła, mimo iż odpowiednie władze były w posiadaniu informacji, wyjaśniających pojawienie się niedozwolonego środka w organizmie sportowca. Tymczasem życie nie tylko jego, ale i jego rodziny legło w gruzach. Ze sportowych wyżyn, mieszkania w Paryżu, Makeda w błyskawicznym tempie został strącony na powrót do biednego życia w Afryce, bez żadnych perspektyw. Co gorsza, stało się to praktycznie bez słowa; w jednej chwili Makeda i jego żona stali się personami non grata.

To opowieść o odrzuceniu i wielkiej życiowej porażce. Wprost niebywałe jest, z jakim stoickim spokojem Makeda przyjmuje to, co mu się przytrafiło. Choć bieganie było dla niego jak oddychanie, nie stara się walczyć z nieszczęściem i niesprawiedliwością. Los dał i los odebrał… Było, minęło, nie rozmawiajmy już o tym. Wcale nie chce niczego wyjaśniać. Również władze Etiopii zachowują się tak, jakby nie miało to dla nich żadnego znaczenia, w myśl dewizy, że w Etiopii jest tylu dobrych biegaczy, że kiedy pozbędziesz się jednego, zaraz znajdziesz dziesięciu innych.

Ostatni wyścig to książka bardzo nostalgiczna: znajdziemy w niej wiele, bardzo wiele opisów przyrody, a sama akcja jest niespieszna i często odbiega od głównego wątku. Wraz z Frederikiem odwiedzamy etiopskie miasteczka, pustynie rozpalone słońcem, ale i dowiadujemy się, że Etiopia to ojczyzna naszej pramatki, a nawet ukochany kraj Artura Rimbauda. Afryka jest nie mniej ważnym bohaterem Ostatniego wyścigu, co Makeda. To Afryka pogrążona w ciągłych wojnach, zaprzątnięta codzienną walką o przetrwanie, Afryka dystansująca się i jakby bojąca się tego świata „białego człowieka”, co widać w postawie samego biegacza. Makeda sam zdecydował się wejść w świat „białych”, czyli sportu wyczynowego, grać według ich zasad, więc uważa, że nie może mieć teraz pretensji o to, co się stało. To jest być może Afryka niezrozumiana przez nas, jak twierdzą recenzenci książki Hatzfelda. Niezrozumiały dla nas jest spokój maratończyka, jego brak ambicji, pogodzenie się z losem. To, co go spotkało zastanawia… jak tak można? Może Makeda nie chce o tym rozmawiać, ponieważ przeżył tak wielką traumę? Czy należy go podziwiać za siłę, żeby iść dalej, mimo niepowodzenia, zdolność do przystosowania się, czy też żałować, bo się poddał?

Historia ta byłaby wstrząsająca, gdyby była prawdziwa… Tymczasem Ostatni wyścig to powieść, a maratończyk Ayanleh Makeda jest postacią fikcyjną. Opisywana afera nie miała miejsca. I w takim świetle traci to siłę rażenia. Co więcej, sądząc z opinii o tej książce – wiele osób dało się wprowadzić w błąd i było przekonanych o tym, iż mają do czynienia z literaturą faktu. No bo: wydawnictwo Czarne, Jean Hatzfeld, znany jako autor reportaży… Ja również początkowo byłam o tym przekonana - znawczynią lekkoatletyki nie jestem, więc nazwisko biegacza mogło mi się nie obić o uszy, ale moje wątpliwości wzbudził fakt, iż narratorem książki jest jakiś Frederic, a nie sam autor. W opisie z tyłu można wprawdzie odnaleźć informację, iż jest to powieść, ale trzeba się mocno wczytać. Dlatego dosyć się na tej lekturze zawiodłam. Gdyby to był reportaż – doceniłabym go za literacki styl i za ciekawą historię, ale jako powieść, wypada to dosyć słabo. Brakuje emocji, brakuje prawdziwych – nie papierowych – bohaterów. Makeda jest dosyć niewiarygodny. Leniwa narracja i drobiazgowe opisy afrykańskich krajobrazów robiły na mnie wrażenie, jakby Frederica w gruncie rzeczy bardziej interesowały własne podróże, niż los maratończyka. W prawdziwym świecie w grę wchodziłyby też duże pieniądze, tymczasem Makeda jest biedakiem… Samo bieganie opisywane jest w bardzo górnolotnych słowach, doprawdy nie wiem, czy Afrykańczycy robią z tego aż takie wielkie „halo”. To bardziej nostalgiczna opowieść o „dziwności” Afryki, niż historia o sporcie, na jaką liczyłam i która mnie do tej książki przyciągnęła.

Jean Hatzfeld, Ostatni wyścig, Wyd. Czarne, 2013 

niedziela, 15 września 2013

Porównując książki podróżnicze, jakie ostatnio czytałam, jedni piszą o tym, co widzieli, opisują piękne krajobrazy, ciekawostki lub zwyczajne życie, inni znowu koncentrują się na sobie, na tym jak podróżowali, jeszcze inni przywiązują wagę głównie do przygód. Aby powstała książka idealna, wypadałoby te wszystkie relacje połączyć w jedną… Fascynacją Robba Maciąga są ludzie. Ludzie spotkani w trakcie podróży: dobrzy, serdeczni, gościnni. W Tysiącu szklanek herbaty opisuje on szereg takich spotkań na Jedwabnym Szlaku, dokąd wybrał się na wyprawę rowerową. Jest zafascynowany, zauroczony tym zjawiskiem, iż w podróży może nas spotkać tyle życzliwości, że ludzie zapraszają wędrowców do własnych domów, częstują herbatą, dzielą się jedzeniem, oferują nocleg, podwożą. Mimo, że bieda aż piszczy, zawsze chętnie się podzielą, choćby i dobrym słowem. I nie trzeba nawet znać języka – zawsze można się jakoś dogadać. Reporter przekonuje, iż w podróży nic, a nic nam (na ogół) nie grozi – nawet w krajach, które powszechnie nie są uznawane za bezpieczne, tj. Irak, Iran, Pamir. Na przekór relacjom w mediach, które przyzwyczaiły nad do złego, do niepomyślnych wieści, do wietrzenia wszędzie zagrożenia. Zgadzam się z autorem, że przed telewizorem tracimy wiarę w człowieka.

Tysiąc szklanek herbaty trafiło do mnie w postaci audiobooka. Wiem, że to błąd, podwójny jeśli chodzi o książkę podróżniczą. Książki słuchane nie za bardzo do mnie trafiają, a tu w dodatku nie mogłam sięgnąć do zdjęć, w jakie bez wątpienia obfituje ta książka – a Tysiąc szklanek herbaty jest wyjątkowo pięknie wydana. Zapewne przyczyniło się to do tego, że relacja ta mnie nie porwała, a zmęczyła. Nie odczułam wcale w książce atmosfery baśniowości, odwołującej się do dawnych wieków i legendy Jedwabnego Szlaku. Stosunkowo mało tu opisów krajów, przez które przejeżdżają podróżnicy, na rzecz właśnie opowieści o ludziach oraz różnych refleksji ich dotyczących, przy czym są to obserwacje dosyć powierzchowne. Jeśli o ludziach, to chciałabym poczytać coś o ich obyczajach, o kulturze w jakiej żyją, a tego tu miałam niedosyt. Autor pisze raczej o przelotnych kontaktach z tubylcami, grzecznościowych rozmowach, a ja akurat nie jestem z tych, którym w podróży najbardziej zależy na przygodnych znajomościach, więc to, o czym rozpisuje się Robb Maciąg było dla mnie drugorzędną kwestią. Azja Środkowa i państwa, przez które wiedzie dawny Jedwabny szlak też nie są dla mnie szczególnie pociągające: Iran, dawne republiki radzieckie? To nie jest podróż moich marzeń… Stosunkowo najciekawsza byłam relacji z Chin i cały czas czekałam, aż ona nastąpi, słuchałam jej z prawdziwym zainteresowaniem. Do Chin mam mieszany stosunek, podobnie, jak autor: z jednej strony wielka cywilizacja, tradycje, a z drugiej państwo, które przejawia wyjątkową pogardę do człowieka i przyrody. Niestety Chinom poświęcone są zaledwie trzy rozdziały, a potem autorowi jakby nie chciało się już dalej pisać i wrzucił wszystko do jednego worka: „podobało się nam”. Nic więc dziwnego, że książka ta nie zachęciła mnie bynajmniej do odbycia podobnej podróży.

Doceniam ciekawą narrację, jaką prowadzi autor oraz jego zainteresowanie otaczającym go światem. Ważne jest to, że zwraca uwagę na te rejony świata, o których mamy najczęściej negatywną opinię ukształtowaną przez media – a Robb Maciąg stara się zmieniać te nasze uprzedzenia. Ta książka zawiera bardzo duży ładunek tolerancji i otwartości na świat. Pochwały podróżowania. Zachęca do zakosztowania tych miejsc, gdzie jeszcze nie dotarła nasza cywilizacja, z wszędobylskimi mediami, komórkami, niezdrową żywnością. A przede wszystkim daje świadectwo niezwykłej wiary w ludzi. Bez wątpienia życzliwość ludzka jest nie do przecenienia w podróży, zwłaszcza do krajów odmiennych kulturowo od naszego. W niektórych jednak wypowiedziach Roberta Maciąga wyczuwałam niestety nutę protekcjonalności, a chwilami patosu. Autor poucza czym jest podróż, wyraźnie dzieląc ludzi na tych, którzy podróżują i tych, którzy tego nie robią. Dla niego ludzie, którzy nie podróżują są gorsi – zapewne niczym się nie interesują i spędzają czas przed telewizorem. Są bierni i nie spełniają swoich marzeń. Ktoś, kto czyta książkę Maciąga, siedząc wygodnie w fotelu, może się w tym momencie poczuć nieswojo. Ale co, jeśli ktoś wcale nie marzy o podróżowaniu?

Robb Maciąg, Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku, Wyd. Bezdroża, 2012

piątek, 13 września 2013

Vincent van Gogh był chyba jednym z najbardziej niedocenionych za życia artystów. W swojej krótkiej karierze malarskiej namalował 870 obrazów – nie zdawałam sobie sprawę, że aż tyle! - oraz ponad tysiąc innych dzieł: rysunków, szkiców, itp. Niestety jego twórczość nie cieszyła się powodzeniem, niezwykle ekspresyjne obrazy się nie sprzedawały, a van Gogh biedował, zdany na pomoc swojego brata Theo. Wiele obrazów po prostu rozdał. Artysta zdziwiłby się, gdyby się dowiedział, że dziś jego dzieła kosztują fortunę i są jednymi z najbardziej rozpoznawalnych malarskich dzieł na świecie. Można sobie wyobrazić ile van Gogh by jeszcze stworzył, gdyby nie zmarł tak młodo!

Sheramy Bundrick, z zawodu historyk sztuki, na literacki warsztat wzięła ostatnie lata życia van Gogha, kiedy to artysta, zmęczony życiem w Paryżu przenosi się do Prowansji, do Arles. W Prowansji znajduje wspaniałe światło, które jest dla niego natchnieniem. Maluje jak szalony. To tam powstają najsłynniejsze (i najpiękniejsze) jego obrazy: Słoneczniki, Gwiaździste noce nad Rodanem, Pole pszenicy z cyprysami i wiele innych. Samo życie w Arles układa mu się różnie. Znajduje tam przyjaciół i skromny dom, ale niektórzy mieszkańcy nie są mu życzliwi, zwłaszcza po tym, jak artysta zaczyna doznawać ataków szaleństwa. Biografowie i naukowcy do dziś nie potrafią rozstrzygnąć na co cierpiał malarz: czy była to schizofrenia, jakieś zaburzenia afektywne, rodzaj epilepsji, a nawet zatrucie farbami...

Słoneczniki są interesującym wglądem w życie van Gogha. Ta książka ta pozytywnie mnie zaskoczyła swoim ciepłem, subtelnością, z jaką autorka kreuje bohaterów. Bundrick nadaje van Goghowi wyraźną osobowość, co pozwala polubić nam go jako człowieka i współczuć mu. To wrażliwy, sympatyczny mężczyzna, któremu niestety nie dopisało w życiu szczęście – a może po prostu tego nie doczekał. W powieści w Arles malarz znajduje jednak miłość: wiąże się z dziewczyną, również doświadczoną przez życie i zmuszoną do zarabiania na siebie w domu publicznym. To ona jest tam dla niego głównym źródłem wsparcia, jest gotowa opiekować się nim, poświęcić się dla niego i być z nim bez względu na wszystko. Związek Rachel i Vincenta narażony jest na liczne problemy: z uwagi na jej zawód oraz jego chorobę i ubóstwo są parą pozostającą na marginesie społecznym. Mimo to oboje się nie poddają i planują wspólną przyszłość. Jest to tak wzruszające, że chciałoby się, by miało to miejsce naprawdę - życzyłoby się malarzowi, by doświadczył choć tej odrobiny uczucia. Rachel rzeczywiście istniała, ale nie wiadomo, czy z van Goghiem łączyło ją coś więcej. Słoneczniki nie są biografią van Gogha, a powieścią, osnutą jednak na autentycznych faktach z jego życia, które Bundrick w zgrabny sposób wplata w fabułę. W książce wykorzystano m.in. fragmenty korespondencji między van Goghiem, a jego bliskimi, mamy okazję także spojrzeć wstecz, poznać przeszłość malarza i Rachel. Należy także wspomnieć o malarskim aspekcie tej książki: fragmentach dotyczących kolorów i światła. Pomocny jest wykaz obrazów, o których mowa w poszczególnych rozdziałach powieści, zamieszczony na końcu książki. Teraz żałuję, że kilka lat temu, podczas bytności w Amsterdamie, zamiast wizyty w Muzeum van Gogha wybrałam zwiedzenie Muzeum Diamentów...

Piękna i smutna opowieść, warta polecenia.

Sheramy Bundrick, Słoneczniki, Wyd. Świat Książki, 2011

środa, 11 września 2013

Upalne lato się już niestety skończyło, a ja nie miałam w planach czytania Upalnego lata Marianny, jednak ogromna ilość pozytywnych opinii o tej powieści sprawiła, że się w końcu skusiłam. I przyznaję, że nie żałuję, bo książkę przeczytałam z niekłamaną przyjemnością, do czego zapewne walnie przyczynił się specyficzny klimat wykreowany przez autorkę. Wydało mi się, że dużą uwagę zwraca ona właśnie na stworzenie w książce całej otoczki, atmosfery sielskiej polskiej wsi, na której ciągle żywe są jeszcze tradycje sarmackie. Bogate ziemiaństwo i parobkowie, łany falującego zboża, drogi, po których pomykają ciągle jeszcze konie, a nie automobile, kolacje przy wyśmienitej polskiej kuchni. Beztroska młodego, odrodzonego państwa. Trochę takie Downton Abbey w polskiej wersji. Robi to tym bardziej wrażenie, że wiemy, że to wszystko niebawem się skończy, że jest skazane na zagładę. To ostatnie lato przed wojną, a po jej zakończeniu już nic nie będzie takie samo. I dopadały mnie takie refleksje, że mimo iż nasze czasy obfitują w wiele udogodnień, że zniknęło tak wiele ograniczeń, że mamy (przynajmniej w teorii) tę równość, o którą tak walczyła Marianna, to szkoda, że tamte czasy, mające w sobie tyle uroku, tak bezpowrotnie odeszły...

Osiemnastoletnia Marianna jest apoteozą młodości. Dopiero co zdała na prawo na Uniwersytecie Warszawskim i zachłystuje się swoją „dorosłością”. Choć wszyscy widzą w niej jeszcze dziecko, ona ma siebie już za kobietę. Jak wszystkim młodym wydaje jej się, że świat stoi przed nią otworem, że uda jej się zerwać ze skostniałymi tradycjami i żyć inaczej, niż starsze pokolenia, że ona nigdy nie będzie stara. Nigdy! Ta młodość jest jakże egocentryczna: nie obchodzą jej problemy innych, nie musi martwić się o pieniądze, bo jest panienką z dobrego, zamożnego domu, nie interesuje się tym, co się dzieje wokół niej; wojna – jaka wojna? Ważne jest tylko to dziwne, świeżo obudzone uczucie do młodego wykładowcy prawa, które obezwładnia Mariannę. Pełna temperamentu nastolatka, przyzwyczajona do tego, że dostaje wszystko, o czym zamarzy, jest przekonana, iż zdobędzie także obiekt swoich uczuć. Mimo niedoświadczenia rzuca się na główkę w miłosną grę ze starszym partnerem. Ta miłość rozgrywająca się te 70 lat temu, niczym się nie różni od porywów serca całych pokoleń nastolatek żyjących przed i po Mariannie, o czym świadczą historie otaczających bohaterkę kobiet. Ona się jednak nad tym nie zastanawia, a autorka świetnie oddaje te dziewczęce nastroje. Marianna jest beztroska, naiwna, zachwycona swoją dorosłością, ale wkrótce przekonuje się, że dorosłość to nie tylko wolność i uczucia przyprawiające o dreszczyk ekscytacji, ale również niesprawiedliwość, ciemne sprawki i ból. To lato, które tak pięknie się zaczęło dało Mariannie pierwszą bolesną lekcję takiej niepożądanej dorosłości.

Ta polska przedwojenna prowincja wydała mi się trochę anachroniczna, a styl w jakim pisze Katarzyna Zyskowska-Ignaciak nieco egzaltowany. Te wszystkie „panie” i „panowie”; czy osiemnastolatki wtedy naprawdę były takie nieuświadomione? Lecz tak to chyba rzeczywiście wtedy było, a opowiadana historia, skoro jest oparta na wspomnieniach rodzinnych pisarki musi mieć odbicie w rzeczywistości. Ta powieść dotyka dosyć uniwersalnych problemów, jakimi są udręki miłości oraz ich konsekwencje, ponoszone głównie przez kobiety. Mimo upływu lat nie tak wiele się w tym względzie zmieniło. Poza tym dorastanie zawsze niestety wiąże się z utratą złudzeń i jest – w taki, czy inny sposób – bolesne.

Byłam przekonana, że Upalne lato Marianny to typowe czytadło, jednak mile się rozczarowałam – świetnie uchwycony klimat tamtych lat oraz autentyczne postaci głównych bohaterów, to główne zalety powieści. Marianna może nie jest zbyt sympatyczna z tym zapatrzeniem w siebie, ale taka właśnie jest młodość... Pisarka w lekki sposób pisze o trudnych, życiowych sprawach, z którymi każdy (każda) z nas może się identyfikować. Można tylko westchnąć, jak Gabriela: miłość jest ślepa - nie posłucha głosu rozsądku starszych i mądrzejszych – każdy musi się o tym przekonać na własnej skórze.

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, Upalne lato Marianny, Wyd. MG, 2012

poniedziałek, 09 września 2013

Ojej, ojej, ale się dziś rozpadało, brrrr. Zaczynam więc "wykopywać" zaległe notki o książkach przeczytanych latem, ale jakoś mało "letnich". To pierwsza z nich.

Bohaterami tej książki, autorstwa kultowego już Jeffrey'a Eugenidesa, są młodzi ludzie, kończący właśnie college i stojący u progu dorosłości. Przejawiają typową dla swojego wieku i statusu beztroskę, przejawiającą się w imprezach do rana i pomysłach na podróże dookoła świata. Ciągle jeszcze żyją w świecie literatury i wydumanych teorii. Wydaje im się, że są wolni, że mogą wszystko. Już za rogiem czai się jednak widmo zdecydowania, jakie będzie ich dalsze życie: studia, praca, małżeństwo?

Intryga małżeńska to pełna dramatyzmu relacja z wkraczania w dorosłość. Ta dorosłość dla Madeleine, Mitchella i Leonarda okazuje się dosyć brutalna. Stypendia renomowanych uniwersytetów czy dobre posady wcale nie czekają na absolwentów dziwnych kierunków, w rodzaju kulturoznawstwa, semiotyki czy teologii. Dziewiętnastowieczna literatura, w której lubuje się dziewczyna, bynajmniej nie przygotowała ją na przejścia pierwszej miłości, pocieszenia szuka w dziełach Rolanda Barthesa. W standardowe dylematy wkrada się jeszcze problem choroby psychicznej. Bohaterowie wydający się dosyć „popaprani”: ich wysiłki, by jakoś ułożyć życie przynoszą mizerne efekty, a ich wybory okazują się zaskakujące. Przynajmniej z logicznego punktu widzenia - pewnie na miejscu zakochanej Madeleine myślałabym inaczej. Blurb zdradza niewiele, więc ja też nie będę.

W powieści dominuje depresyjny nastrój. Młodzi ludzie wcale nie są takimi idealistami, jakimi powinni być na tym etapie życia. Wkrótce okazuje się, że mają już za sobą doświadczenia, dzięki którym opuścili już „wiek niewinności”. Nie są wcale pełni optymizmu, dopadają ich ponure myśli związane z poczuciem niedopasowania do otoczenia oraz lęki dotyczące przyszłości. Często nie widzą w sobie tych pozytywów, które dostrzegają w nich inni, a świat z własnej perspektywy wydaje się o wiele gorszy, niż widziany oczyma przyjaciół, rodziny. Z początku trudno mi było przebić się do świata bohaterów, przyzwyczaić się do ich toku myślenia, do tej studenckiej zabawowości, połączonej z mrocznymi rozważaniami na temat sensu egzystencji. Bohaterowie ci cały czas funkcjonują w tej swoistej bańce, w której to, co im się przytrafia usiłują dopasować do tego, co przeczytali. Powieść może być gratką dla moli książkowych, ponieważ jej drugoplanowym bohaterem jest literatura. Niestety jest to literatura, o której przeciętny zjadacz chleba, nie studiujący na ambitnych kierunkach, nawet nie słyszał. Kłania się powieść „uniwersytecka”. Autor raczy czytelnika kwiecistymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami. To takie snobistyczne, snobistyczni są młodzi ludzie snujący się z kąta w kąt, na utrzymaniu rodziców, przerzucający się mądrościami, które okazują się całkowicie nieprzydatne w prawdziwym życiu. Z początku zmuszałam się do przerzucania kolejnych kartek. Powieść zaczęła mnie wciągać, kiedy autor zaczął pokazywać drugie (a może i trzecie) dno naszych bohaterów, umiejętnie wplatając retrospekcję w ich perypetie i łącząc ich drogi w mało przewidywalny sposób. Akcja rozwija się, wraz z bohaterami podróżujemy od Nowego Jorku, przez Paryż, Grecję, Indie. To sprawiło, że Intryga małżeńska stała się ciekawą mozaiką życia Madeleine, Leonarda i Mitchella.

Po odłożeniu tej pozycji trudno było mi zebrać myśli, aby cokolwiek niej napisać. Ot, powieść obyczajowa, ukazująca losy trójki młodych bohaterów, uderzających głową o mur prozy życia. Jej przesłanie wydało mi się dosyć nieuchwytne, a sama książka dosyć zwyczajna. A może jednak wieloznaczna? Wielka literatura, podróże, problemy psychiczne, miłosne rozczarowania. Nie było mi łatwo napisać tę opinię. Czemu "intryga małżeńska"? Miłosne perypetie, owa tytułowa intryga małżeńska – wcale nie były dla mnie najważniejszym wątkiem książki. W przeciwieństwie do XIX wiecznych romansów, w których tak lubuje się Madeleine, znalezienie męża nie jest już treścią życia kobiety. Dwudziestolatkowie kontestujący tradycyjne poglądy powinni mieć małżeństwo w nosie. Tymczasem okazuje się, że nie ma przed nim ucieczki... Nie ma ucieczki przed miłością, choć można zastanawiać się czym ona jest w naszych czasach. Co więcej, w jej imię ciągle kobiety wpadają w pułapkę cierpienia i poświęcania się. Najciekawszy – bo najbardziej dramatyczny był dla mnie wątek Leonarda, przywodzący mi na myśl postać Johna Nasha. Przejmujący portret depresji każe zastanowić się, jak sami podchodzimy do ludzi cierpiących na tego typu zaburzenia. Tu pojawiają się prawdziwe dylematy i pole do dyskusji.

Intryga małżeńska to nie jest powieść „ku pokrzepieniu serc”, a raczej taka, która sprowadza na ziemię, pokazuje, że świat wcale nie jest idealny, nasze marzenia nie zawsze się spełniają, a nasi bliźni rzadko okazują się książętami z bajki. Ustawicznie mamy w niej do czynienia z konfrontacją teorii z praktyką. To, co wydaje się romantyczne w literaturze, w życiu takie nie jest. Myślę, że Intryga szczególnie może się spodobać właśnie ludziom młodym, przed którymi stoją takie wybory, jak przed bohaterami powieści. Nawiasem mówiąc zawsze zastanawiało mnie to typowe dla Amerykanów studiowanie rzeczy kompletnie niepraktycznych, jeśli chodzi o późniejsze poszukiwanie zajęcia, tak jakby studia wcale nie miały uczyć zawodu, ale być raczej przedłużeniem dzieciństwa. Z punktu widzenia rodzimych problemów na rynku pracy nieporadność amerykańskiej młodzieży, przedstawiona w powieści, może irytować. Oni ciągle mają jeszcze możliwość popełniania szaleństw, tę możliwość, która dzisiaj chyba coraz bardziej się kurczy.

Jeffrey Eugenides, Intryga małżeńska, Wyd. Znak, 2013 

niedziela, 08 września 2013

Ostatnie nabytki książkowe - jak widać wydawnictwo Czarne wiedzie prym:

- Zaklinacz lwów i Sekrety ptaków - to te moje przyrodnicze zainteresowania, dopadłam za pół ceny w Empiku,

- Georgialiki - jak wyżej, pięknie wydana, zobaczymy, czy treść też równie piękna,

- Przez drogi i bezdroża - Padma narobiła mi smaku na tę książkę, a w bibliotece jak jej nie było, tak jej nie było (pewnie jak już ją kupiłam, to się pojawi), więc się zniecierpliwiłam,

- Futbol jest okrutny - i od kulis musi być też ciekawy,

- Dostatek - podobno wyśmienity, ale trochę się obawiam, czy zdołam strawić tę książkę, zobaczymy...

- Hrabina - tę książkę wiedziałam, że muszę przeczytać, odkąd zobaczyłam ją w zapowiedziach

- Język bakławy - jeszcze jedna pozycja z empikowej wyprzedaży

- Wśród mangowych drzew - a to z wymiany :)

Powinnam dorzucić jeszcze Wytwórnię wód gazowanych, którą wyhaczyłam za całe 9,90 w Matrasie.

Jako że miejsca na półkach na nowe książki zaczyna znowu dramatycznie brakować, muszę zmobilizować się do czytania własnych nabytków, coby mogły pójść gdzieś w świat. Zachęcam do wymiany!

sobota, 07 września 2013

Kleopatra, legendarna królowa Egiptu znana jest mi oczywiście z wielu dzieł: to bohaterka powieści, filmów, sztuk, książek historycznych, ale nigdy nie czytałam jej prawdziwej biografii. Jest jedną z najbardziej znanych postaci historycznych, lecz jednocześnie, jedną z najbardziej tajemniczych i oczernianych. Jej życie pełne było dramatycznych wydarzeń: walki o życie, morderstw, zdrad, spisków, nieustannego lawirowania pomiędzy wrogami i sprzymierzeńcami. Okazuje się, że oryginalnych źródeł, z epoki, w której żyła Kleopatra, jest bardzo niewiele, a nawet jeśli są (to głównie Plutarch i Dion), to nie można im ufać. Ówczesni historycy pisali niekoniecznie prawdę, ale tworzyli podkoloryzowane opowieści, dostosowane do kaprysów swoich władców. I jako że historię piszą zwycięzcy, mało tego, nie tylko zwycięzcy, ale mężczyźni, Kleopatra została przedstawiona w niej w bardzo niekorzystnym świetle. Znamy ją jako wyuzdaną, bajecznie bogatą, wyniosłą władczynię, wcielenie bogini Izydy, która już od wczesnej młodości wykorzystywała swój seksualny powab, by uwodzić mężczyzn. Udało jej się to z dwoma najznakomitszymi Rzymianami epoki: Juliuszem Cezarem i Markiem Antoniuszem. Tego ostatniego przywiodła do zguby. Rzuciła na nich niewątpliwie jakiś czar, mimo że przecież nie była najpiękniejszą kobietą, były od niej ładniejsze. Uosabiała Wschód: wyuzdany, pławiący się w luksusach, wyrafinowany – w przeciwieństwie do prostego w swojej obyczajowości Rzymu. Starożytni historycy nie chwalą Kleopatry za to, iż była dobrą władczynią, dbającą o swój lud, zawiadującą armią i potrafiącą uprawiać dyplomację. Nie przychodzi im do głowy, iż była gruntownie wykształcona, mądra i inteligentna i to dzięki tym przymiotom miała taki wpływ na otoczenie. Nie, wygodniej – z uwagi na jej płeć – przypisać wszystko sztuce uwodzenia. Dwa tysiące lat złej prasy... Dla Rzymianina kobieta sprawująca władzę i jeszcze nie daj boże mająca przewagę nad mężczyzną, była dla niego zniewagą. W Egipcie panowanie kobiety nie było niczym dziwnym, w Rzymie kobiety nie miały żadnych praw, były całkowicie podporządkowane mężczyznom. Wydaje się zatem, iż Rzymianie za punkt honoru postawili sobie strącenie z tronu tej monarchini, która tak bardzo im nabruździła.

Nie mam bynajmniej po przeczytaniu tej książki wyrobionej jednoznacznej opinii o Kleopatrze. Na pewno była postacią na miarę swoich czasów, dlatego trudno ją oceniać według dzisiejszych standardów. Stacy Schiff jest jej adwokatem wobec wypaczonych świadectw historyków, zabarwionych męskim szowinizmem – tak to przynajmniej odebrałam. Autorka zwraca uwagę na to, iż do czynów nagannych moralnie zmuszały Kleopatrę okoliczności – walczyła przecież o swój kraj, a także o swoje życie. Tak została wychowana, a czasy były bezwzględne i okrutne; zdrady i morderstwa, nawet członków własnej rodziny nie były niczym niezwykłym. Kleopatra nie była bardziej okrutna, niż wielu władców, panujących i przed nią, i po niej. Wszystko to trzeba wziąć pod uwagę, zanim orzekniemy, iż monarchini była „złą kobietą”, jaką ją okrzyknięto. Mimo to, lubić za bardzo też jej się nie da. Z tak odległej perspektywy czasu trudno wydobyć jej ludzkie oblicze i Stacy Schiff nie próbuje tego robić. Ta biografia nie skupia się na portrecie psychologicznym Kleopatry, lecz raczej na odkurzeniu faktów z fikcyjnych naleciałości. 

Dziury, luki, niewiadome – jest ich w prawdziwej historii Kleopatry bardzo wiele. Dlatego też – jak pisze Stacy Schiff – Cezar przeszedł do historii, a Kleopatra do legendy. Nie wiadomo do końca, jak przedostała się przed oblicze Cezara, czy istotnie Cezarion był jego potomkiem, tajemnicą owiana jest jej śmierć, ale największą zagadką pozostaje chyba to, co stało się pod Akcjum. Dla mnie niezrozumiałe jest to, iż Marka Antoniusza, znakomitego dowódcę, uwielbianego przecież przez żołnierzy, opuścili wszyscy, nawet najlojalniejsi sojusznicy i przyjaciele, przechodząc na stronę kunktatorskiego, niesympatycznego Oktawiana. Czyżby rzeczywiście to Kleopatra aż tak bardzo tu namieszała? Nie wiem co myśleć o związku królowej z Antoniuszem i jego tragicznym końcu – czy Kleopatra naprawdę go kochała, czy też był on tylko kolejnym narzędziem w jej rękach? Związek ten okazał się feralny, bo umożliwił Oktawianowi upieczenie dwóch pieczeni przy jednym ogniu – pozbycie się rywala oraz zagarnięcie Egiptu. Stacy Schiff nie uzupełnia tych luk dobrze znanymi teoriami. Owszem, podaje różne wersje wydarzeń, cytując historyków, starając się oddzielić fakty od literackiej fikcji i dociec prawdy, ale o niej nie wyrokując. Jak było rzeczywiście – tego już nigdy niestety się nie dowiemy.

Ta biografia jest pełna pasji, nie jest jedynie zbiorem suchych faktów, a raczej czymś, pomiędzy dziełem historycznym, a powieścią. Napisana została literackim językiem, pełnym opisów wszystkich wspaniałości epoki. Książka ta daje pojęcie przede wszystkim o kontekście historycznym, czasach, w jakich żyła Kleopatra. Epoce hellenistycznej, rozkwitającej w Egipcie i Rzymie u schyłku republiki. Poznajemy w niej nie tylko Kleopatrę, ale i wiele innych znakomitych postaci: Juliusza Cezara, Marka Antoniusza, Cycerona, Oktawiana, Heroda. To jedna z najciekawszych biografii, jakie czytałam, łatwa w odbiorze i arcyciekawa. Jeśli coś mi przeszkadzało, to to, że autorka pisze dość chaotycznie i często zapuszcza się na wody daleko idących dygresji. Zwłaszcza w pierwszej połowie książki miałam wrażenie, iż Schiff skacze z tematu na temat, z opowieści o dziejach dynastii Ptolomeuszy do opisów współczesnego Kleopatrze Egiptu, od Egiptu do Rzymu. Autorka poświęca zbyt dużo miejsca kwestiom drugoplanowym, odbiegając od zasadniczego tematu. Wszystko zapewne po to, by obraz epoki był jak najpełniejszy. O ogromie pracy włożonej w napisanie tej biografii świadczy imponująca lista źródeł i przypisów.

Dziś Kleopatra nadal intryguje; można ją podziwiać, można żałować, iż zakończyła życie w tak tragiczny sposób. Utraciła królestwo, a Egipt niepodległość na kolejne 2000 lat! Piękna Aleksandria zniknęła. Dobrze, że choć dziś, po tylu latach, podejmowane są starania, by królową przedstawić w bardziej obiektywnym świetle, niż czyniono to przez całe wieki.

Stacy Schiff, Kleopatra. Biografia, Wyd. W.A.B., 2012

czwartek, 05 września 2013

Kryminały osadzone w czasach starożytnych nie są dla mnie żadną nowością – zaczytywałam się w cyklu Roma sub rosa, pojawiły się także inne (o wiele słabsze moim zdaniem) pozycje tego typu. Ostatnio naczytałam się sporo pochlebnych recenzji o Morzu Niegościnnym Jakuba Szamałka, które niedawno pojawiło się w księgarniach i postanowiłam wypróbować tego autora. Najpierw w ręce wpadła mi jego pierwsza książka Kiedy Atena odwraca wzrok. Jej akcja dzieje się w bardzo odległej przeszłości, w V w p.n.e. w Atenach. Na scenie Perykles oraz wojna ze Spartą. Główny bohater Leochares to ktoś w rodzaju agenta na usługach Peryklesa, próbujący rozwikłać sprawę spartańskich szpiegów i tajemniczych otruć w mieście.

Kiedy Atena odwraca wzrok zrobiła na mnie wrażenie dosyć prostej książki sensacyjnej, którą czyta się błyskawicznie. Cała intryga nie jest specjalnie skomplikowana, choć niewątpliwie charakteru dodaje jej "starożytne" umiejscowienie w czasie. Dominuje akcja i jeszcze raz akcja, bohater koncentruje się na złapaniu szpiegów i tyle. Czułam się podobnie, jak oglądając typowo sensacyjny film, w którym dominują bijatyki i strzelanina. I to było dla mnie zbyt surowe, zbyt... męskie. Brakowało mi w tej książce czegoś jeszcze, wątków pobocznych, obyczajowych, smaczków - tego, co tworzy atmosferę. Autor starał się oddać realia starożytnej Grecji, poprzez opisy miasta, zwyczajów jego mieszkańców, wierzeń, broni, jaką się posługiwano, itp. W powieści pojawia się nawet Sokrates, żyjący w tamtych czasach. Szamałek we wstępie zaznacza, iż starał się nie używać archaizującego słownictwa i stworzyć postaci hołdujące ówczesnym, dawnym obyczajom, jednak moim zdaniem nie do końca się to udało. Język powieści, wydał mi się bowiem zbyt współczesny (wraz z typowo polskimi wulgaryzmami...), nie wystarczały mi tylko poutykane tu i ówdzie greckie słowa, bym poczuła się jak w starożytnej Grecji. Także bohaterowie przejawiali całkiem znajome cechy charakteru, co robiło na mnie wrażenie, jakby była to całkiem współczesna powieść sensacyjna, przeniesiona tylko sztucznie gdzieś w starożytność, jak za sprawą wehikułu czasu. Postacie głównych bohaterów były dla mnie trochę papierowe – Leo poza „pracą” nie ma w zasadzie życia osobistego, jego żona nie odgrywa w powieści żadnej roli, jego przyjaciele zostali tylko nakreśleni grubą kreską. Szkoda, że autor nie poświęcił więcej uwagi Peryklesowi, Aspazji czy Sokratesowi – te historyczne przecież postaci pozostawiają czytelnika obojętnym. Najciekawsze były dla mnie postaci starożytnych Scytów, jednak i oni niestety znikają z opowieści.

Porównując Atenę do wspomnianych już powieści Stevena Saylora, porównanie to wypada zdecydowanie na korzyść Roma sub rosa. Gordianus jest bohaterem o wiele ciekawszym i przede wszystkim sympatyczniejszym – niż Leochares, a same powieści Saylora są skonstruowane o wiele wnikliwiej pod względem oddania klimatu tamtych czasów. Być może jest to kwestia tego, iż Kiedy Atena odwraca wzrok to powieść debiutancka i w kolejnych odsłonach te kwestie zostaną dopracowane.

I rzeczywiście Morze Niegościnne zrobiło na mnie już o wiele lepsze wrażenie, niż Atena. Wprawdzie Leochares nadal co chwila wdaje się w jakieś bójki, tak że pod koniec powieści zastanawiałam się, jak to możliwe, że jeszcze jest żywy, wprawdzie fabuła dalej koncentruje się na wątku kryminalnym, ale autorowi udało się umieścić w powieści także inne tematy. Przede wszystkim na solidną bohaterkę wyrasta żona Leocharesa, Lamia, a dzięki jej postaci Szamałek zabiera głos w sprawie …. traktowania kobiet w starożytności. Wydawać by się mogło, iż Grecy to cywilizowany naród był, a jednak okazuje się, iż ich obyczaje niewiele się różniły od obyczajów barbarzyńców. Leochares okazał się zdolny do refleksji i wyższych uczuć, w co wątpiłam, czytając pierwszą część przygód. Poza tym udanie opisane zostało życie w osadach/miasteczkach, położonych na brzegach Morza Niegościnnego, czyli dzisiejszego Morza Czarnego, dokąd zawędrował Leochares, uciekając z Aten. Historia nie rozpieszcza nas jeśli chodzi o relacje dotyczące ludów żyjących na tych terenach (co zaznacza Szamałek), a była to mieszanka Greków, Traków, Scytów, Taurów i Bóg wie jeszcze kogo. Autor wykorzystał tu szczątkowe źródła, aby rzucić nieco światła na ten fragment naszych dziejów. Czytając Morze Niegościnne miałam wrażenie, iż faktycznie udało mi zajrzeć w tamte czasy, dowiedzieć się, jak ludzie żyli na co dzień, jakie mieli problemy, jak się do siebie odnosili (nie najlepiej niestety – empatia i wrażliwość nie były mocną stroną starożytnych, ich egzystencja była pełna aktów brutalności). Sama intryga kryminalna natomiast była dla mnie umiarkowanie wciągająca. Nadal nie przekonuje mnie też używanie przez Szamałka polskich wulgaryzmów – z pewnością starożytni mieli jakieś swoje przekleństwa, które bardziej by tu pasowały. I jeszcze jedna sprawa – wydawca zatroszczył się w przypisach o wyjaśnienie czytelnikowi wielu starożytnych pojęć, ale chyba zbyt się w tym zagalopował, no bo czy naprawdę komuś, kto sięga po tego typu lekturę trzeba tłumaczyć kto to byli Apollo, Posejdon czy Herakles?

Miałam jeszcze okazję ostatnio dokończyć cykl Roma sub rosa, czytając Werdykt Cezara i Triumf Cezara. I jestem tymi pozycjami zachwycona. To świetne powieści historyczne, obracające się wokół Juliusza Cezara, ostatnich lat jego życia i władania w Rzymie. Gordianus, choć już wiekowy, nadal jest głową rodziny, a co ciekawsze dostaje się w pobliże najważniejszych osobistości swoich czasów. Podobnie jak w Spisku Katyliny, wątki kryminalne schodzą tu na plan dalszy, za to mamy rewelacyjnie odmalowane tło historyczne: wspaniałe opisy starożytnego Egiptu, Aleksandrii, pałaców faraonów w najdrobniejszych detalach, wyraziste sylwetki władców Kleopatry i jej brata Ptolemeusza -  w Werdykcie Cezara. To uczta dla wielbicieli starożytności. Czytajcie Roma sub rosa, to naprawdę dobre książki, a wydaje mi się, że trochę zapomniane w zalewie nowości.

Jakub Szamałek, Kiedy Atena odwraca wzrok, Wyd. Muza, 2011

Jakub Szamałek, Morze Niegościnne, Wyd. Muza, 2013

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2013
3.Przeczytane w 2012
4.Przeczytane w 2010
5.Przeczytane w 2009
6.Przeczytane w 2008
7.Wymienię/sprzedam
8.Kontakt
Co czytać?