niedziela, 24 stycznia 2010

Kryzys. Kryzys w życiu, kryzys w czytaniu. Teraz będę czytać tylko "moich" 650 wniosków... Z książek coś tam przeczytałam, ale recenzji nie jestem w stanie sklecić. Anny Janko - Dziewczynę z zapałkami. Mocna rzecz.

Czy miałam mu powiedzieć o innych Mesjaszach, którzy przybywali na ziemię, i o tym, że ostatecznie żadnemu nie uwierzono, bo Mesjasz to jest tylko figura nadziei, która musi pozostać niespełniona? Uratowanie i permamentne uszczęśliwienie ludzkości równałoby się końcowi świata, bo istnieje on dzięki jedności przeciwieństw, musi być raz zły, raz dobry, naprzemienny, zerojedynkowy, migotliwy, w nieustającym ruchu...Ludzie instynktownie chcą przede wszystkim żyć,żyć i marzyć o życiu, o innym życiu, nawet o życiu po życiu, a więc oczywiście o Królestwie Niebieskim, które będzie lepsze od ziemskiego. Wszystko musi dać się do czegoś porównać, istniejemy tylko wobec czegoś innego. Dobro jednego bywa złem drugiego, dwa dobra mogą się ze sobą pożreć na śmierć, a tak zwane zło może wyjść komuś na dobre. Paradoksy etyczne... Religie to nasze zbiorowe sny, tylko naiwni utożsamiają je z jawą.

Anna Janko, Dziewczyna z zapałkami, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2007

wtorek, 19 stycznia 2010

Kobieta zawsze musi zjeść jabłko, nie może rozkoszować się rajem. Ty też zeżarłaś zakazany owoc...

poniedziałek, 11 stycznia 2010

 

Fantastyczna książka! Przede wszystkim pean na cześć rodziny - rodziny, w której może nie każdy potrafi wprost wyrażać swoje uczucia, ale wiadomo, że można na siebie liczyć. Historia rodziny Stuhrów od czasów przeprowadzki pradziadków z Austrii do Krakowa. Ogromnie szanuję Jerzego Stuhra za jego talent aktorski i klasę, a tu można poznać go od strony zwykłego - ciepłego i sympatycznego człowieka. Czyta się błyskawicznie. Polecam!

Jerzy Stuhr, Stuhrowie. Historie rodzinne, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

czwartek, 07 stycznia 2010

Już dawno chciałam przeczytać tę książkę. Jak wyglądało życie człowieka, który stworzył jedne  z najpiękniejszych, ale zarazem najsmutniejszych baśni? Andersen był synem praczki i szewca, a pomimo to, dzięki uporowi i wierze w swój talent udało mu się wyrwać z nizin społecznych i zapewnić sobie miejsce wśród najsłynniejszych Duńczyków. Miał szczęście urodzić się w czasach dla Danii i dla Europy przełomowych – do przeszłości odchodziła kultura ludyczna, rodził się industrializm. To epoka Romantyzmu: Beethovena, Liszta, Goethego, Schillera, Dickensa, Browninga. Andersen poznał ich osobiście, podobnie jak braci Grimm, którzy wsławili się zebraniem i ocaleniem od zapomnienia niemieckich bajek ludowych.

Baśnie Andersena, choć niektóre inspirowane ludowymi opowieściami są autorskimi wytworami jego wyobraźni. Wiele z nich posiada złożone i wieloznaczne przesłanie – są nie tylko bajkami, ale także opowieściami skierowanymi do osób dorosłych. W ten sposób Andersen dawał wyraz temu co go dręczyło: niepewności co do swojej pozycji, poszukiwaniu akceptacji, chorobliwej ambicji, a także seksualnej frustracji. Był człowiekiem niezwykle wrażliwym, co pozwoliło mu tworzyć, ale za co ceną było poczucie osamotnienia i odrzucenia. W końcu zdał sobie sprawę, że sam przeszkadza sobie w cieszeniu się życiem. To wszystko możemy wyczytać w jego baśniach i wyciągnąć z tego naukę.

Nie da się przecenić dobroczynnego wpływu Andersena na angielską literaturę dla dzieci. Dzięki niemu baśń zajęła miejsce w XIX-wiecznej literaturze. Andersen pokazał, że pisanie dla dzieci może iść w parze z talentem literackim i twórczą wyobraźnią. Wprowadził fantastykę do historii opowiadanych dzieciom, tworząc sprzyjający klimat dla debiutu w latach 60-tych Lewisa Carolla. Powołał do życia osobny dziecięcy świat mówiących zabawek i zwierząt, przez co głęboko wpłynął na późniejsze klasyczne dzieła literatury dziecięcej, jak O czym szumią wierzby czy Kubuś Puchatek. To dziedzictwo jest nadal obecne we współczesnej anglosaskiej kulturze dziecięcej, od Disneyowskich ekranizacji baśni po Toy Story. Świat anglosaski nie rozpoznał jednak dostatecznie w Andersenie dojrzałego i skomplikowanego artysty, którego doceniła publiczność duńska, niemiecka i wschodnioeuropejska.

Autorka książki opisuje życie Andersena w bardzo rzetelny sposób, wprost, bez niedomówień (dotyczących np. jego orientacji seksualnej), na tle epoki, w której się urodził. Ukazuje jego ciężkie dzieciństwo i młodość, zabieganie o uznanie talentu, skomplikowane relacje z ludźmi mu najbliższymi, którym jednak nie zawsze potrafił okazać to, co czuje. W książce nie zabrakło także interpretacji najbardziej znanych baśni Andersena. Jego portret nakreślony został na tle epoki, wskazując, że dodatkową trudnością dla Andersena był fakt, że urodził się w Danii – kraju wówczas zaściankowym, gdzie przez długi czas był niedoceniany. Większą popularnością utwory Andersena cieszyły się w Anglii czy w Niemczech.  Andersen to solidna i ciekawa pozycja, a zarazem lektura dająca do myślenia.

Jackie Wullschlager, Andersen.Życie baśniopisarza, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2005

niedziela, 03 stycznia 2010

Droga poraża. Depresyjna, przerażająca opowieść o końcu naszego świata. O walce z przeznaczeniem, pomimo  braku nadziei na cokolwiek. Braku nadziei na powrót dawnych czasów, w których na ziemi tętniło życie. Prosty, oszczędny język. Detale, do których sprowadza się resztkowa egzystencja dwóch wędrowców. I ból, czający się gdzieś na dnie, wyrażony tylko w myślach, w resztach człowieczeństwa.

Zimne nieprzejednanie krążące po ziemi pozbawionej jutra. Nieubłagana ciemność. Spuszczone ze smyczy ślepe psy słońca. Miażdżąca czarna pustka wszechświata. I gdzieś tam dwa zaszczute zwierzątka dygoczące jak lisy w kryjówce. Czas dany na kredyt i świat na kredyt i oczy na kredyt, by go nimi opłakiwać.

Po lekturze Drogi musiałam się ratować Wyznaniami św. Augustyna, bo miałam wrażenie, że zapadłam się w ten szary, ponury świat. Ta wieczna ciemność, nawet o zimowym poranku. Nigdy więcej.

 

Cormac McCarthy, Droga, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008

Ps. W 2010 roku życzę wszystkim, ale także sobie. przede wszystkim pozytywnej energii, pozytywnego myślenia, dużo poczucia humoru i DYSTANSU, DYSTANSU...

poniedziałek, 28 grudnia 2009

To jest bardzo zaległa recenzja na koniec roku. Gdybym miała podsumować ten rok pod kątem czytelniczym właśnie, to powiedziałabym, że minął on pod znakiem starożytności, a w szczególności pod znakiem starożytnego Rzymu. Przez dość długi czas towarzyszył mi Imperator, uzupełniany innymi lekturami z epoki.

Imperator to czterotomowa powieść o życiu Juliusza Cezara. Życie Cezara było tak bogate, że  Imperatora można nazwać powieścią przygodową, w której jest wszystko, co w powieści przygodowej powinno być: wojny, walka o władzę, miłość i pożądanie, dozgonna przyjaźń, a nawet piraci… Opisane barwnym, potoczystym językiem. Najlepiej czytało mi się część pierwszą, Bramy Rzymu, która opowiada o dzieciństwie i młodości Juliusza oraz jego przyjaciela Marka Brutusa. Pozostałe trzy części przepełnione są opisami bitew i wojen toczonych przez Cezara – w Hiszpanii, Galii, Brytanii, a w końcu wojny domowej. Autor ukazuje w jaki sposób Juliusz potrafił podporządkować sobie żołnierzy, stworzyć praktycznie własną armię oraz wygrywać, wygrywać, i jeszcze raz wygrywać… Ciągle ciekawe, ale może być to trudne do przejścia dla kogoś, kto nie jest fascynatem militariów, czy historii starożytnej. Cezar był niewątpliwie wielkim wodzem i politykiem, ale był też człowiekiem. O jego ludzkiej stronie dowiadujemy się z Imperatora między wierszami, ale jak na cztery tomy, nie jest tego zbyt wiele. Jest faktem, że większą część swojego życia Juliusz spędził poza Rzymem (gdzie zostawiał swoje naprędce poślubione żony) i być może jego życie prywatne było ubogie. W tego typu powieściach zawsze oczekuję jednak odejścia od przedstawiania powszechnie znanych faktów „publicznych” , na rzecz obdarzenia bohatera osobowością i życiem prywatnym i tego mi trochę brakowało. Iggulden koncentruje się na przedstawianiu wojennych sukcesów Cezara, na jego relacjach z podległymi mu żołnierzami i wodzami. Wyjątkiem jest tu wątek Marka Brutusa – przyjaciela Cezara i w zasadzie równorzędnego Cezarowi bohatera tej powieści.  Jeżeli Brutus był najdawniejszym przyjacielem Juliusza, co skłoniło go do zdrady? To chyba najbardziej intrygujący wątek Imperatora, jako że autor wątpi w to, aby za zabójstwem Juliusza Cezara stał tylko szczytny motyw obrony republiki… W istocie, przyglądając się dziejom ludzkości i motywom kierującym naszymi postępkami – należy w to powątpiewać. Co innego męska zazdrość i rywalizacja o władzę… Zresztą w tamtych czasach to wierność i lojalność, nie zaś zdrada, należały do wyjątków.

Jak pisze Iggulden „w życiu Juliusza Cezara było tak wiele fascynujących chwil, że tchnięcie w nie ducha było czystą przyjemnością”.  Tych chwil było tak wiele, że nie sposób było wszystko ująć – nawet w czerech tomach – stąd autor często mija się z prawdą historyczną. Nie zawsze moim zdaniem jest to trafne i konieczne. Na przykład Atia nie była jakąś daleką i ubogą krewną Cezara (ale jego cioteczną wnuczką), a Oktawian, w chwili śmierci Cezara miał zaledwie 18 lat, nie mógł więc towarzyszyć mu podczas jego kampanii w Galii i w wojnie z Pompejuszem. W Imperatorze praktycznie nie istnieje postać Cycerona, który był przecież jedną z najważniejszych postaci tamtych czasów, nie tylko świetnym mówcą i politykiem, ale także konsulem Rzymu.  Te drobne „grzeszki” oczywiście są prawem powieściopisarza, ale wypaczają nieco historyczny obraz, czego można było uniknąć, trzymając się faktów. Zatem Imperatora polecam, ale miłośnikom powieści historycznych - kto chciałby wzbogacić swoją wiedzę na temat tamtych czasów powinien sięgnąć po inne źródła, a także serial Rzym.

Fascynujące jest obserwowanie jak to, co zdarzyło się wieki temu, ma wpływ na to, jacy jesteśmy dzisiaj. A Juliusz Cezar jest postacią, która odcisnęła jeden z najtrwalszych śladów na rozwoju europejskiej kultury. Do dziś posługujemy się kalendarzem, który wprowadził, używamy jego słów i imienia. W nocie historycznej do Bram Rzymu, autor pisze:

W badaniach nad życiem Juliusza Cezara stale powracało jedno pytanie: jak on tego dokonał? Jak młody człowiek, który znalazł się po przegranej stronie w katastrofie wojny domowej, doszedł do tego, że samo jego nazwisko stało się synonimem króla. Car i cesarz, oba tytuły pochodzą od tamtego imienia i były w użyciu jeszcze 2000 lat później.

Z kolei jego następca, Oktawian de facto stworzył Imperium rzymskie, na podwalinach spuścizny po Cezarze, kończąc wieloletnie wojny domowe. Najbliższy przyjaciel Oktawiana, Marek Agryppa z zamiłowania był budowniczym – wybudował wiele dróg i wodociągów, które praktycznie spełniają swoją rolę do dzisiaj (wodociąg Acqua Virgo działa do dziś i zasila fontannę di Trevi). Zastanawiający jest również fakt, że europejskie terytoria imperium rzymskiego, w czasach jego świetności odpowiadały w zasadzie granicom „starej Unii Europejskiej”: od Hiszpanii, Francji, Brytanii na Zachodzie po Germanię, obszary dzisiejszej Austrii oraz Grecji.

Podobno to, jakiego cesarza rzymskiego „lubimy” najbardziej, świadczy o tym, jaki mamy charakter. Ja jednak najbardziej lubię Marka Antoniusza. Ta postać wydaje mi się  znacznie bardziej ludzka, niż postaci boskiego Cezara, czy boskiego Augusta. Wódz kochany przez swoje legiony (choć może nie tak genialny jak Juliusz), wierny sprzymierzeniec Cezara, konsul Rzymu. Czarujący łajdak, uwielbiany przez kobiety czy gracz na miarę swoich czasów? Historycy rzymscy zrobili wiele, żeby postać Antoniusza wymazać z pamięci potomnych - wszak historię piszą zwycięzcy...Tak opisuje go Iggulden w Imperatorze:

Marek Antoniusz wyglądał nieskazitelnie, jak wykuty z najlepszego rzymskiego marmuru. Czasami  drażniło Juliusza, że ze wszystkich znanych mu mężczyzn właśnie ten najbardziej odpowiadał wyobrażeniu o konsulu. Miał wyrazistą męską twarz i potężną sylwetkę, i nosił się z wrodzoną godnością. Juliusz słyszał, że pod jego spojrzeniem drży i rumieni się każda Rzymianka. (…) Był głęboko przywiązany do dawnej republiki i mógł ją ożywić, kiedy Juliusz będzie w Grecji. Okazywał taką pogardę bogactwom, na jaką stać jedynie bogato urodzonym. Można było mu ufać i Juliusz nie musiał się martwić, że pod jego nieobecność jego ukochane miasto może cierpieć. (…)

Gdy Marek Antoniusz zaczął mówić, Juliusz potrząsnął głową rozbawiony. Nawet głos tego człowieka był doskonały. Grzmiał nad tłumem jak dzwon i jeśli nawet Juliusz wiedział, że słowa zostały wykute podczas ostatniej nocnej narady, nie dało się tego poznać.

Po zamachu na Juliusza Cezara, Antoniusz popadł w konflikt z młodym Oktawianem, mieniącym się mścicielem swojego przybranego ojca. Początkowo była to wojna finansowa, która przerodziła się w kolejną wojnę domową, za poduszczeniem Cycerona – tego samego, który popierał zamach na Cezara i ubolewał, że spiskowcy musieli uciekać z Rzymu. Cyceron poparł Oktawiana, który chciał przejąć spadek po Cezarze, rzekomo zagarnięty przez Antoniusza. Antoniusz jednak był legalnym konsulem i nie pozwolił rozkazywać sobie nastolatkowi… Bardzo też możliwe, że majątek Cezara wcale nie był taki pokaźny – prowadzenie wojen przecież kosztuje.

Mowy Cycerona przeciwko Antoniuszowi – łącznie było ich czternaście – znane są jako filipiki (…). Cyceron wierzył najgłębiej, że w danej sytuacji Antoniusz jest głównym wrogiem praworządności i swobód republikańskich. Dlatego to wielki mówca publicznie wychwalał chłopca, który samowolnie i bezprawnie zorganizował prywatną armię. Dlatego też żądał nagrody dla tych legionów, które dopuściły się niesłychanego występku: podniosły bunt przeciw swemu prawowitemu wodzowi. W tym przypadku Cyceron wywodził: jeśli żołnierze odmówili posłuszeństwa, to widocznie Antoniusz nie zasługiwał, aby być ich wodzem. Jakżeż żałosny to argument! I dlatego wreszcie wzywał Cyceron namiestnika, który przestał już być namiestnikiem, aby nie oddawał swej prowincji legalnemu następcy.

A więc Cyceron deptał prawa Rzeczypospolitej – dla dobra Rzeczypospolitej. A cóż innego czynili dyktator Cezar i dyktator Sulla, owi znienawidzeni tyrani?

Ostatecznie Oktawian i Antoniusz pogodzili się i rządzili zgodnie kilka kolejnych lat; aby wzmocnić ich sojusz Oktawian wydał za Antoniusza swoją siostrę, Oktawię. Strefy władzy zostały podzielone, Oktawian wziął Zachód, Antoniuszowi dostały się prowincje wschodnie i  Egipt. I kiedy zostali już tylko oni dwaj, poszło o to, o co zawsze: o władzę i o kobiety. Na samym dnie sporu leżał fakt, że dla dwu świat był za mały. Antoniusz zadomowił się w Egipcie, gdzie ożenił się z królową Kleopatrą (niepomny tego, że miał już żonę) i generalnie prowadził dość niefrasobliwy tryb życia. Rozdawał rzymskie posiadłości, uznał także Cezariona synem Cezara. Zaczęły szerzyć się pogłoski, że Antoniusz zamierza uczynić Kleopatrę królową Rzymu i przenieść stolicę do Aleksandrii. Oktawian wypowiedział wojnę Kleopatrze. Antoniusz dysponował o wiele większymi siłami, w tym flotą, ale działał zbyt leniwie, a jego uwagę od działań wojennych skutecznie odciągała Kleopatra. Właściwie nie ma wytłumaczenia dla tego, co się stało pod Akcjum, a kiedy myślę o tym, jaki był koniec życia Marka Antoniusza – ogarnia mnie dreszcz.

Tak zakończyła się bitwa pod Akcjum – jedna z najważniejszych i najdziwniejszych w dziejach świata. Bitwa tak dziwna, że do dziś pojawiają się próby takiego odtworzenia jej przebiegu, aby był on zgodny z jakąś logiką i planem. Niektórzy więc utrzymują, że wypłynięcie okrętów Kleopatry było z góry założone; inni, że za Antoniuszem miała ruszyć cała jego flota, nie zdołała jednak oderwać się od okrętów Oktawiana. Ale wymowa dobrze poświadczonych faktów jest jasna i jednoznaczna. Żołnierze Antoniusza dopiero w ostatnim momencie zorientowali się, że wódz ich opuścił – i nie chcieli temu uwierzyć! Armia lądowa oczekiwała jego powrotu przez siedem dni!

Nie wszystko w historii da się wyjaśnić przy pomocy żelaznych praw logiki. Czy jest rzeczą naprawdę niezwykłą i nigdy nie spotykaną, że przerażona kobieta rzuca się do ślepej ucieczki, a zakochany mężczyzna pędzi za nią jak szaleniec?

Siedem dni, zanim legiony Antoniusza przeszły na stronę Oktawiana. Wspaniały wódz rzymski opuszczony przez swoich żołnierzy i zmuszony do popełnienia samobójstwa. Podobnie jak żołnierzom, nie chce mi się wierzyć, że Antoniusz mógł celowo opuścić swoją armię. Czy doprowadziła do tego kobieta? Kleopatra... romans z nią nie wyszedł na dobre ani Juliuszowi Cezarowi, ani Antoniuszowi.

Conn Iggulden, Imperator (Bramy Rzymu, Śmierć królów, Pole mieczy, Bogowie wojny), wyd. Rebis, Poznań 2006

Aleksander Krawczuk, Cesarz August, Wyd. Ossolineum, 1990

Pat Southern, Marek Antoniusz

 

niedziela, 27 grudnia 2009

Poeta zwany Ka przyjeżdża do prowincjonalnego tureckiego miasteczka, aby zająć się sprawą samobójstw dziewcząt. Po cichu liczy na odnalezienie swojej dawnej miłości i poślubienie jej. Tymczasem zostaje wplątany w potyczki na tle religijnym pomiędzy laickimi władzami, islamistami i buntowniczymi kurdyjskimi plemionami.

Śnieg bynajmniej nie jest lekturą kojącą serce, co biorąc pod uwagę mój stan ducha, pogarszało sprawę. Trudno mi było przebrnąć przez tą książkę. Mieli rację bohaterowie Śniegu, że czytelnicy nie będą w stanie ich zrozumieć i uwierzyć w taką powieść. Mnie wydała się stworzona na podobieństwo Alicji w Krainie Czarów: wydarzenia jak wyjęte z koszmarnego snu, gdzie bohater znajduje się w dziwny sposób w dziwnych sytuacjach i miejscach, poddawany kolejnym próbom. Wydaje się bezwolny i niezdolny do tego, żeby sam podejmować decyzje o swoich poczynaniach. To wszystko przesycone jest jakimś fatalizmem: bohaterowie nie są w stanie wyrwać się z życia, w jakim tkwią, pomimo pojawiających się szans na zdobycie szczęścia. Jak duże znaczenie ma w tym wszystkim wiara w Boga, wiara, która wydaje się panaceum na wszystkie nieszczęścia i wytłumaczeniem dla zaprzestania poszukiwania szczęścia. Szczęścia w naszym zachodnim, ziemskim pojmowaniu.

Sprawdziłem w encyklopedii, że słowo „ateista” wywodzi się od greckiego atheos. A to wcale nie oznacza człowieka, który nie wierzy w Boga, lecz porzuconego przez Bogów samotnika. Czyli żaden z nas nie może być ateistą, bo przecież bóg nie opuści go, nawet gdybyśmy sobie tego życzyli. Żeby stać się prawdziwym ateistą, trzeba najpierw być człowiekiem Zachodu.

- A ja chciałbym być człowiekiem Zachodu, który wierzy w Boga – wyznał Ka

- Ten, którego Bóg opuścił, zostanie samotny nawet, jeśli co wieczór będzie grać w karty z przyjaciółmi, będzie się śmiać i żartować i każdego dnia wygłupiać w szkole z kolegami.

- Ale prawdziwa miłość może być pocieszeniem

- Pod warunkiem, że druga osoba pokocha ciebie tak, jak ty kochasz ją.

„To nie przez biedę jesteśmy tak przywiązani do Boga”, mówią nam bohaterowie, ale ich postępowanie temu przeczy. Nie mają nic oprócz wiary; Bóg jest jedynym, co się liczy, wszystko co doczesne jest nieistotne. Gorliwi muzułmanie potępiają ateistyczny „Zachód”, ale społeczeństwo zachodnie jest dla nich ideałem, do którego dążą. Wiara jak zwykle staje się kwestią polityczną, kiedy ścierają się przeciwstawne dążenia: z jednej strony do dobrobytu i laickości, z drugiej wierności tradycji, która jednak nie przynosi lepszego życia.

Już dawno nie czytałam tak przygnębiającej i trudnej książki: biedne miasteczko gdzieś na tureckiej granicy, smutni ludzie wplątani w jakieś absurdalne polityczne awantury, nieszczęśliwy poeta Ka, nie potrafiący znaleźć swojego miejsca na ziemi, a to wszystko spowija padający wciąż śnieg, będący zaprzeczeniem ludzkich trosk i świadectwem tego, że JEDNAK świat i nasze życie jest piękne.

Śnieg przypominał Kadife, że życie jest piękne i kruche, że ludzie – mimo wzajemnej niechęci – są bardzo do siebie podobni, że wszechświat i świat są nieskończone, a ludzkie istnienie boleśnie ograniczone. Dlatego kiedy padał śnieg, wszyscy stawali się lepsi. Jakby okrywając wzajemną wrogość, zazdrość i gniew przybliżał ich do siebie.

Orhan Pamuk, Śnieg, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006

Przepraszam za nie składanie świątecznych życzeń. W tym roku najbardziej trafne życzenia, jakie dostałam, to, żeby święta "ci szybko minęły". No i minęły. A więcej w czasie tych świąt napisałam, niż przeczytałam.

Grudzień to dla mnie feralny miesiąc, a Boże Narodzenie bynajmniej nie jest czasem radosnym. Zawsze zdarza się jakaś "katastrofa". Próbując złapać do tego dystans stwierdzam, za Jeanette Winterson, że moje życie jest jak tort ozdobiony laskami dynamitu - wiem, że wybuchnie mi w twarz. Ale nie chcę być cyniczna, szkoda na to czasu.

Najbardziej bolesne jest przyznanie się przed sobą, że potrzebujemy czegoś, czego nie możemy mieć.

Potrafię odróżnić dobro od zła, wiem, gdzie jest granica, której nie mogę przekroczyć, ale jeśli to, co uznajemy za dobro jest sprzeczne z dążeniem do szczęścia? Jeśli „właściwe czyny nie zawsze przynoszą szczęście”? Wszystko zależy od posiadanej definicji szczęścia i tego, jak bardzo można nagiąć ją do rzeczywistości.  Na przykład wmówić sobie, że nie potrzebuje się tego, czego się potrzebuje. Przestać pragnąć. Zanurzyć się w iluzji. Lub wznieść się na wyżyny szlachetności. Ale bez wiary, wiary, że istnieje coś więcej niż to co tu i teraz, jak pojąć, że poświęcenie i rezygnacja z własnego szczęścia ma jakikolwiek sens? Życie jest na to zbyt krótkie. Czy wiara jest iluzją, czy czymś, co pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile zwątpienia, że to wszystko czego doświadczamy ma sens?

 

piątek, 18 grudnia 2009

Posłuchaj opowieści o dawnych czasach i odległych krainach, o świecie przepełnionym zapachem szafranu i róż. Posłuchaj opowieści o kobietach, które noszą zwiewne szaty, czernią koholem oczy i malują henną na dłoniach misterne wzory. Posłuchaj o mężczyznach, ceniących honor bardziej niż życie…Oto jesteśmy w siódmym wieku w Al-Hidżaz, w Arabii, na bezkresnej pustyni z rozrzuconymi z rzadka bujnymi oazami, gdzie Beduini każdego dnia walczą zaciekle o przetrwanie, a ich kobiety mają niewiele praw.

Klejnot Medyny to piękna opowieść o Aiszy, żonie proroka Mahometa, kobiecie, która nie wahała się walczyć o swoją wolność, pomimo tego, że w jej kulturze kobiety traktowano niewiele lepiej od przedmiotu, uważając je za własność mężczyzn. Z Mahometem, który znał ją od niemowlęcia została zaręczona w wieku 6 lat, a ślub odbył się, kiedy miała lat 9. Została jego najmłodszą żoną, a legenda głosi, że i ukochaną, a także doradczynią Proroka, jednak czytając Klejnot Medyny nie odnosiłam takiego wrażenia… Aisza była buntowniczką (co było zrozumiałe, ze względu na jej wiek) i ciągle musiała walczyć o swoją pozycję w powiększającym się haremie Proroka. W czasie, kiedy Aisza dorastała, Mahomet brał sobie kolejne żony – zawsze uzasadniając to względami politycznymi…. Miał ich 11, pomimo, że prawo pozwalało na cztery… W opowieści tej Mahomet jest jednak postacią pozytywną – kochaną przez swoich wyznawców i przez swoje żony; nie jest święty, jest człowiekiem, ale człowiekiem, który chciał zaprowadzić wiarę w jedynego, sprawiedliwego Boga wśród wciąż pogańskich arabskich plemion. Pięknie to spisała Sherry Jones. Czasem myślę, że poligamia nie jest wcale takim złym pomysłem…


Prawdę trudno uchwycić. Trzeba ją przekazywać dalej, inaczej wsiąka w ziemię i znika. Zanim się to stanie, przekażę wam moją historię. Moją prawdę. Moją walkę. A co będzie potem? Jeśli Allah pozwoli, otrzymam należne sobie miejsce w historii. Moje imię nie będzie znakiem zdrady i wstydu. Jeśli Allah zechce, moje imię odzyska swoje znaczenie. Znaczenie, w które wierzyłam całym sercem i o które walczyłam, póki w końcu nie dostałam go od Proroka Boga, nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich moich sióstr.
Imię moje – Aisza. Imię moje znaczy >>życie<<. I niech znów tak będzie – na zawsze.

Sherry Jones, Klejnot Medyny, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2009

niedziela, 13 grudnia 2009

 

Ostatnimi czasy nie mam głowy do czytania. Nie potrafię się skupić. Wymęczyłam Przeproś (sic!) Kościówa, ale tak naprawdę wymęczyłam. Tyle się naczytałam dobrego o tej książce, a tu kiedy wreszcie udało mi się ją dostać - klapa. Owszem, interesujący styl i fragmenty związane z przenoszeniem się w świat fikcji, ale główny wątek dla mnie kompletnie abstrakcyjny, by nie powiedzieć absurdalny. Trochę jak Fisher King. Nie wiem, może te ten czas, może gdybym czytała tę książkę kiedy indziej, bardziej by mnie zainteresowała. Obecnie chyba nie powinnam brać się za literaturę wysokich lotów ;)

 

Myślałem już, że przepadłem. To dość tania myśl - niewiele kosztuje, ale nie da się na niej niczego zbudować. Roztrzaskiwanie lustra niczego nie rozwiązuje, a zamknięte oczy też nie są dobrym przewodnikiem. Pozostaje wrócić po własnych śladach, z nadzieją, że zaprowadzą gdzieś indziej. Droga z powrotem wydaje się może trochę poniżająca. A jednak poniżanie to niewielka cena za życie. To nawet niewielka cena za godność.

Aleksander Kościów, Przeproś, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2008

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Luty 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2010
3.Przeczytane w 2009
4.Przeczytane w 2008
5.W kolejce
6.Wyzwania
7.Moja biżuteria
Fair play. Free Tibet. Nie bierz folii w sklepie Koty z katowickiego schroniska Popieram Internet Bez Chamstwa