|
wtorek, 15 maja 2012
Urszula Dudziak jest na pewno osobą pełną pozytywnej energii, czemu bez wątpienia dała wyraz w swojej książce. Książce, którą napisała sama, posiłkując się swoimi pamiętnikami. Jeśli chodzi jednak o talent literacki pani Uli, to byłabym tu bardziej sceptyczna, niż ona sama… Wspomnienia autorka spisała w krótkich rozdziałach nazwanych tytułami piosenek. Pomysł bardzo fajny, pasujący jak najbardziej do tego typu książki i do autorki. Niestety poza tym, nie przyświeca tej książce żadna myśl przewodnia. Historie opowiadane przez panią Ulę sprawiają wrażenie przypadkowo, wyrywkowo dobranych. Niektóre z nich dotyczą rzeczy ważnych, ale większość to po prostu ciekawostki, anegdoty, bardzo wąskie wycinki z życia piosenkarki, często kompletnie banalne i wyrwane z kontekstu. Brakowało mi tła, właśnie tego kontekstu – może oczywistego dla pani Uli i kogoś, kto ją dobrze zna, ale nie dla przeciętnego czytelnika jej książki. W dodatku historie te nie są w żaden sposób uporządkowane: ani chronologicznie, ani alfabetycznie, ani tematycznie. Skakanie z tematu na temat, przeskakiwanie lat całych, od dzieciństwa do pobytu w Nowym Jorku i z powrotem do lat chmurnej młodości wywoływało u mnie konsternację. Mnie to przeszkadzało - nie potrafiłam poukładać sobie tego w żadną spójną całość, znaleźć w tym jakiegoś klucza, rządził tym chaos. Styl, w jakim zostały spisane te wspomnienia, też budzi zastrzeżenia. Niektóre rozdziały nie były ani ciekawe, ani dowcipne, ani nawet pouczające. Wiele opowiastek zdaje się być pozbawionych puenty, jakby urwanych w połowie, albo po prostu nie mających potencjału, by stać się ciekawą historią. Na przykład kiedy autorka opowiada, jak z mężem nie mieli się z czego utrzymać w Nowym Jorku i znaleźli pracę przy serwowaniu posiłków u Hiltonów. Hiltonowie zaproponowali im jednak granie w swoich hotelach, na co obraził się Michał Urbaniak. Nie dowiadujemy się jednak, co było dalej i czemu nic z tego nie wyszło, Ula Dudziak kwituje to stwierdzeniem, że „cudem przeżyli kilka następnych miesięcy”. Innym razem zdumiało mnie kiedy piosenkarka opowiada o barwnych losach przyjaciółki Goebbelsa, Kiki, po czym ni z tego, ni z owego przerzuca się na Jerzego Kosińskiego i okładkę Malowanego ptaka – tylko nie wiem co te dwie historie miały ze sobą wspólnego? Czytając takie anegdoty zastanawiałam się, po co mi to wiedzieć i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w życiu każdego człowieka zebrałaby się określona ilość historii wartych opowiedzenia i na takiej zasadzie każdy z nas mógłby skompilować swoją książkę. Może bez znanych nazwisk, ale i znane nazwisko nie ratuje historii, jeśli jest ona o niczym, a tak często dzieje się w Wyśpiewam wam wszystko. Jednak książka musi zaciekawiać - i napisanie książki jednak nie jest tak proste, jak opowiadanie anegdotek na koncertach... A propos koncertów, to historie dotyczące koncertowania, spotkań z muzykami jazzowymi stanowią znaczną część wspomnień wokalistki. Jest to najzupełniej naturalne, gdyby nie fakt, że ja się do znawców jazzu nie zaliczam, stąd suche wymienianie nazwisk, z których tylko największe są mi znane, i wgłębianie się w muzyczne detale występów (kto co zagrał i kiedy) zwyczajnie mnie nudziło. Rozdziały te mogą zainteresować raczej tylko stricte fanów twórczości wokalistki, tudzież wielbicieli jazzu. Mimo całej mojej sympatii do Uli Dudziak, czegoś mi zabrakło mi w jej pisaniu. Oczywiście w książce są też ciekawe fragmenty (rozdział dotyczący związku z Kosińskim jest bardzo intymny i wzruszający), lecz zbyt często jej wspomnienia podane są w mało interesujący sposób. Być może to kwestia oczekiwań: ja chciałam poczytać o Urszuli Dudziak, a nie o historii współczesnego jazzu. Nie chodzi mi o pikantne szczegóły z osobistego życia, tylko o zwrócenie uwagi na fakt, że jeśli się wydaje i szeroko reklamuje własną biografię, to powinna ona być napisana w sposób strawny dla ogółu, a nie tylko fanów i znajomych. Tymczasem Wyśpiewam wam wszystko to książka, która mogłaby być dodatkiem, post scriptum do biografii, ale absolutnie nie można jej traktować jako biografię piosenkarki samą w sobie. Może spontaniczna, ale zbyt chaotyczna. Wyśpiewam wam wszystko to jednakowoż nie tylko coś do poczytania: wydawnictwo to broni się swoją wizualną stroną. W książce mnóstwo jest zdjęć, wycinków z gazet, smaczków graficznych, jest nawet jakiś dodatek audio (choć za bardzo nie wiem gdzie). Szkoda tylko, że ebook okazał się jakoś mało kompatybilny w moim czytnikiem, rozłaziły się w nim strony, a przede wszystkim zdjęcia. Moja ocena: 3,5/6 Urszula Dudziak, Wyśpiewam wam wszystko, Wyd. Kayax, 2012 – Wydanie I elektroniczne
poniedziałek, 14 maja 2012
W powieści spotykamy 9-letniego Oscara, którego ojciec zginął w zamachu na World Trade Center. To pierwsza książka, jaką czytałam, dotykająca tego tematu. Oscar usiłując jakoś oswoić śmierć ojca angażuje się w poszukiwanie właściciela tajemniczego klucza, znalezionego podczas myszkowania w rzeczach taty. Te poszukiwania są oczywiście nieco bajkowe, jak to w chłopięcej wyobraźni. Nad wiek rozwinięty dziewięciolatek przypomina mi Bertiego Aleksandra McCall Smitha, stylistyka ta jest też bliska Małemu Księciu. Ojciec był dla Oscara najważniejszym punktem odniesienia, jedyną osobą potrafiącą mu objaśnić świat i sensownie odpowiedzieć na nurtujące go pytania. Po jego śmierci Oscar jest w tym świecie zagubiony i absolutnie przerażony. Chłopiec szuka więc własnej tożsamości, a po drodze spotyka szereg innych osób, które, mimo tego, że dorosłe, są równie bezradne i zagubione, jak on sam. Na historię Oscara nakłada się jeszcze historia jego dziadków, także nie umiejących sobie poradzić z własną traumą, choć miała ona miejsce wiele lat temu. Przesłanie tej książki mogłabym krótko podsumować maksymą ks. Twardowskiego: „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". W świecie pokazanym przez Foera ludzie ewidentnie sobie z tym nie radzą. To społeczeństwo jednostek, zaprzątniętych tak bardzo własnymi sprawami i problemami egzystencjalnymi, że nie dostrzegają nawet najbliższych sobie osób: męża, żony, ojca, syna. A już najtrudniej jest powiedzieć komuś, że się go kocha – to zawsze przychodzi zbyt późno. Wydarzenia takie jak tragedia WTC uwypuklają tego typu problemy, czasem sprawiają, że otrząsamy się z bierności i reorientujemy swoje życie. Dla większości ludzi jednak, po pierwszym szoku wszystko wraca do normy, świat pędzi dalej. Foer nie zastanawia się w swojej książce nad przyczynami tragedii WTC, problemem terroryzmu, ect. – on dotyka tylko naszych małych, prywatnych światów. Stąd nie jestem przekonana, czy Strasznie głośno, niesamowicie blisko można interpretować jako próbę rozliczenia z dramatem WTC. Równie dobrze mogłaby tu być mowa o każdej innej tragedii, która zawsze podważa sens istnienia w świecie bez realnych związków. Książka interesująca, acz nie nadzwyczajna. Moja ocena: 4,5/6 Jonathan Safran Foer, Strasznie głośno, niesamowicie blisko, Wyd. W.A.B.,2012
niedziela, 13 maja 2012
Najbardziej podobały mi się rozdziały, w których autorzy nie stają tak jawnie po dwóch stronach barykady, nie spierają się o pryncypia, tylko rozmawiają o świecie i o swojej postawie wobec tego świata. Na przykład rozdział o popkulturze albo o pieniądzach. W każdym przypadku jednak jest to rozmowa kulturalna, wciągająca i inspirująca oraz całkowicie na poważnie. Abstrahując od tego, kto jest po czyjej stronie i jakie poglądy wyznaje, to co panowie mówią przemawia do mnie, bo wywołuje jakiś wewnętrzny spór, nie pozostawia mnie obojętną. Na pewno nie miałam wrażenia, że jest to książka sklecona naprędce, tylko dla pieniędzy. To jest ciekawa pozycja i cieszę się, że powstała. Wiele w niej po prostu mądrych rzeczy, podanych w sposób zrozumiały dla przeciętnie inteligentnego człowieka. Odpowiada to moim oczekiwaniom, właśnie tego się spodziewałam, wnioskując z lektury poprzednich książek Szymona Hołowni. Tu mamy dialog, a to coś innego, niż prezentowanie tylko jednego, „słusznego” punktu widzenia. O taki spokojny dialog niestety trudno, kiedy przychodzi do kwestii religii i sumienia. Nie podoba mi się, kiedy osoba wierząca traktuje niewierzących z wyższością, uznając, że skoro nie wierzą w Boga, to nie wiedzą co to dobro, a co zło i z pewnością zatracają się w marności tego świata. Przypomina mi się tu mój kolega, uważający siebie za bardzo wierzącą i uduchowioną osobę, a który nie chciał ze mną dyskutować o religii, argumentując to tym, że „nie zrozumiem”. Było to dla mnie obraźliwe, choć z drugiej strony obawiam się, że gdybyśmy zaczęli dyskutować, to skończyłoby się to wyzwiskami. Tym bardziej więc czapki z głów dla panów Hołowni i Prokopa. Zdecydowanie polecam! Moja ocena: 5,5/6 Szymon Hołownia, Marcin Prokop, Bóg, kasa i rock’n’roll, Wyd. Znak, Kraków 2011
sobota, 12 maja 2012
Kathryn Stocket po mistrzowsku powiązała w swojej powieści wiele nitek i problemów. Trudny temat segregacji rasowej został przedstawiony przez autorkę w niezwykle empatyczny sposób, nie od strony wielkich haseł, ale cichej pracy od podstaw. Od strony kobiet, przyzwyczajonych w dwójnasób do znoszenia ciężkiego losu: dlatego, że są czarne i dlatego, że są kobietami. Podobała mi się w Służących ta duszna atmosfera Południa oraz lat 60-tych, tuż przed wielkimi przemianami obyczajowymi. To narastające zagrożenie, a jednocześnie determinacja bohaterek. Sceneria typowa dla nadchodzących zmian, kiedy coś fermentuje pod powierzchnią. Wzmianki o prezydencie Kennedym, Martinie Lutherze Kingu, Bobie Dylanie, Rolling Stones dodają powieści autentyczności. To były naprawdę ciekawe czasy, tak znaczące dla tego, jak żyjemy teraz. Czytałam Służące i myślałam o tym, że rewolucje nie zawsze są krwawe i spektakularne. Że nowe zawsze wypiera stare, dlatego trzymanie się kurczowo przebrzmiałych zasad skazane jest na porażkę. To, co 50 lat temu wydawało się słuszne i niepodważalne, dziś jest anachronizmem, a nawet przestępstwem. Cieszyłam się, że problem, o którym czytam jest już nieaktualny – dziś poniżanie kogoś z powodu koloru skóry może się zdarza, ale jest społecznie nieakceptowane. Myślałam też o tym, jak to rzeczy na tym świecie wcale nie są czarne albo białe. Dobro i zło nie zależy od rasy, płci, wykształcenia, religii, majątku, miejsca zamieszkania, itp. Czasami trzeba po prostu dostrzec w tej drugiej osobie człowieka. Moja ocena: 5,5/6 Kathryn Stockett, Służące, Wyd. Media Rodzina, 2009
piątek, 11 maja 2012
Zbyszek na swoim blogu postawił kilka pytań dla "ochotników". Ponieważ nad odpowiedziami nie musiałam długo myśleć, oto i one:
1. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Malutka czarownica Otfrieda Preusslera.
2. Jaka książka non-fiction zrobiła na Tobie największe wrażenie?
Wszystko za Everest Jona Krakauera. A ostatnio Światu nie mamy czego zazdrościć Barbary Demick.
3. Jakie 3 książki zabrałbyś/-łabyś ze sobą na bezludną wyspę?
Jak się tak zastanawiam, to podręcznik survivalu, Grę o tron i Biblię - bo tę ostatnią można czytać w nieskończoność.
4. Jakie pytanie zadałbyś/łabyś swojemu ulubionemu pisarzowi?
Zapytałabym George R.R. Martina czy planuje uśmiercanie swoich bohaterów, czy jest to "zbrodnia w afekcie".
5. Co sądzisz o e-bookach i audiobookach?
Jeśli chodzi o e-booki to uwielbiam: to fantastyczny pomysł, przekonałam się do niego natychmiast po zakupie czytnika. To taka sama książka, jak książka drukowana, tylko trochę odmiennie się ją czyta. Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy się odżegnują od e-booków, widząc w nich zło wcielone i zagrożenie dla tradycyjnych książek. Co do audiobooków natomiast jestem sceptyczna: to świetny wynalazek dla osób zabieganych, zapracowanych, bo umożliwia wykorzystanie tych ostatnich wolnych skrawków czasu; gdyby nie audiobooki wiele osób w ogóle nie miałoby styczności z literaturą. Ale umówmy się - audiobook nie ma już wiele wspólnego z czytaniem. Osobiście nie przepadam, to nie dla mnie.
6. Czy lubisz kryminały i fantastykę i dlaczego tak lub nie?
Lubię dobre kryminały, choć ten rodzaj literatury czytam od niedawna. Kryminał to po prostu świetna rozrywka. Fantastyki nie lubię (przy czym rozróżniam fantastykę od fantasy), mało która kobieta ją lubi. Nie rozumiem wrzucania kryminałów i fantastyki do jednego worka.
7. Czy uważasz, że praca tłumacza jest tak samo ważna jak pisarza? Jacy tłumacze i jakie ich tłumaczenia są według ciebie najlepsze?
Tak tłumacz jest ważny, choć też zależy jaka książka. Podziwiałam na przykład tłumacza Harry Pottera, bo wymyślenie określeń na tyle nowych wyrazów miało niewiele wspólnego z tłumaczeniem, a więcej z własną pracą twórczą. Nie zrównywałabym jednak tłumacza z pisarzem.
8. Czy zdarza ci się nie pamiętać treści przeczytanej książki?
Tak zdarza się, nie można pamiętać wszystkiego. Zresztą na ogół pamiętam tylko bardzo ogólnie o czym była książka, a nie pamiętam detali. Zdarzyło mi się też zapomnieć, że w ogóle daną książkę czytałam. Widać nie było w niej nic godnego zapamiętania.
9. Które książki są według ciebie przereklamowane?
Zmierzch, Zmierzch i jeszcze raz Zmierzch - to najgorsza książka jaką czytałam, pospołu z twórczością pani Kalicińskiej, która też jest przereklamowana. Zresztą zauważam że ostatnio wiele książek to tylko marketingowy sztafaż. W Polsce przereklamowane są też książki podróżnicze - w istocie przeciętne, a obwoływane arcydziełami. Wystarczy kilka anegdot i zdjęć i bestseller gotowy. Przykład: Gaumardźos! Opowieści z Gruzji.
10. Jaki jest Twój ulubiony cytat pochodzący z książki, którą kiedyś przeczytałeś?
Mam wiele ulubionych cytatów, ale nie znam ich na pamięć.
11. Czy masz listę 20 swoich ulubionych książek i czy już ją podałeś TUTAJ?
Oczywiście, że mam swoje ulubione książki, jak każdy mól książkowy. Nie wiem czy akurat 20, ale żadnej listy nie publikowałam. Osobiście uważam, że tworzenie kolejnych list książek, które "musisz przeczytać", "top wszechczasów", najlepszych pisarzy, etc., mija się z celem. Każdy ma swoje upodobania i jeśli nie mam ochoty czegoś przeczytać, to nie przeczytam, choćby książka zdobyła wszelkie możliwe nagrody świata. Poza tym cały czas pojawiają się nowe nazwiska, nowe "przeboje książkowe", a niektóre "arcydzieła" zwyczajnie nie wytrzymują próby czasu.
Pozdrawiam!
Odniosłam wrażenie, że głównym tematem Tańca z aniołem jest nie zbrodnia, ale postać głównego bohatera – komisarza Erika Wintera. Wszystko kręci się wokół niego, to on jest na pierwszym planie: poznajemy jego upodobania, przemyślenia, rodziców, kochankę, luksusowy apartament, gustowne ciuchy… Komisarz po prostu bryluje, ale niestety sprawia to na czytelniku raczej odpychające wrażenie – trudno tego gościa polubić, bo jest tak zaprzątnięty sobą, swoim ego i robieniem dobrego wrażenia. Nic dziwnego, że morderca chciał utrzeć mu nosa i zgadzam się z jego tekstem o tym, że komisarz uważa się za takiego bystrego, a tak naprawdę nie potrafił poradzić sobie ze swoim zadaniem i rozwiązać sprawy. Tym, co mnie szczególnie denerwowało w Tańcu z aniołem były strasznie drętwe dialogi. Sprawiają one wrażenie rozmowy jakimś szyfrem, jak gdyby pisarzowi zależało na tym, żeby czytelnik niewiele zrozumiał. Co chwilę pojawia się pytanie „co?”, tak jakby rozmawiające osoby były głuche, albo niezbyt rozgarnięte. A do czego niby nawiązuje tytuł? Nie wiem, jak ta książka mogła zdobyć tytuł najlepszego kryminału roku. Szkoda. Mam nadzieję, że kolejne części będą lepsze, bo inaczej będę bardzo zła, że zainwestowałam w to pieniądze. W dodatku w e-booki, których nawet się nie można pozbyć, ani wymienić. Na razie jednak na kontynuację nie mam ochoty. Moja ocena: 2,5/6 Ake Edwardson, Taniec z aniołem, Wyd. Czarna Owca, 2010
czwartek, 10 maja 2012
Barbara Demick nie zajmuje się w swoim reportażu polityką, ani gospodarką, a w każdym razie nie więcej, niż to jest konieczne. Tym niemniej w książce zawarto bardzo wiele informacji na temat Korei, które wzbogaciły moją nikłą wiedzę na temat tego kraju. Autorka pokazuje reżim z punktu widzenia zwykłych ludzi – opowiada historie sześciu osób, uciekinierów do Korei Południowej – co jest oczywiste, bowiem z ludźmi żyjącymi nadal pod rządami reżimu nie mogłaby w ten sposób rozmawiać. Pomimo wszechobecnej indoktrynacji każda z tych osób w pewnym momencie doszła do wniosku, że jest niemożliwością, aby wszędzie na świecie było tak źle, jak w ich kraju – i podjęła decyzję o ucieczce. Niektórzy musieli znaleźć się w Chinach, aby na własne oczy przekonać się, zobaczyć, dotknąć, że można żyć inaczej, lepiej. Jednocześnie, co niewiarygodne – nawet żyjąc w upadlających warunkach, Koreańczycy potrafią znaleźć jakąś iskierkę nadziei, potrafią dostrzec piękno, uczucia. Wszystko to skłania do refleksji nad naszymi własnymi wyobrażeniami o tym, co jest dobrym życiem i ile trzeba posiadać, żeby być z tego życia zadowolonym. Czytając Światu nie mamy czego zazdrościć kołatało mi się po głowie jedno pytanie: co robią „władze” tego kraju (poza straszeniem obywateli i stawianiem pomników dyktatorom)?? A także DLACZEGO. Po co to wszystko, po co tyle środków, żeby zapanować nad ludźmi, których nieudolna gospodarka nie jest w stanie wyżywić? Po co tak się znęcać nad ludźmi, po co tak kurczowo trzymać się jakiegoś systemu, który się nie sprawdza? To jest dla mnie niepojęte. Autorka pisała swoją książkę w roku 2009, jeszcze za życia Kim Dżong Ila. Niedawno Kim Dżong Il zmarł i świat znowu zobaczył, kręcąc z niedowierzaniem głowami, Koreańczyków w histerii po śmierci „ojca narodu”. I nadal się nic nie zmieniło. Uciekinierów jednak przybywa i prędzej czy później to MUSI się zawalić. Światu nie mamy czego zazdrościć to lektura wstrząsająca i frustrująca zarazem. W bardzo przystępny sposób opisuje bardzo trudne kwestie. Napawa smutkiem, ale i wiarą w silę ludzkiego ducha. Otwiera oczy. Wzbogaca. Zostaje w pamięci. Moja ocena: 6/6 Barbara Demick, Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej, Wyd. Czarne, Wołowiec 2011
wtorek, 08 maja 2012
Na powieść Nasze sprawy (w oryginale The reading group) skusiłam się dlatego, że – zgodnie z opisem – jej bohaterki tworzą klub czytelniczy, gdzie dzielą się swoimi refleksjami na temat przeczytanych lektur. To było coś nowego, coś dla moli książkowych, byłam ciekawa jakie książki zostaną omówione i w jaki sposób. Bohaterkami tej powieści, jest kilka kobiet, w różnym wieku, o różnej sytuacji życiowej. Borykają się z typowymi życiowymi problemami: wychowanie dzieci, niewierny mąż, niechciana ciąża, choroby i wypadki. Niestety problemy te tak je absorbują, że na czytanie książek pozostaje niewiele czasu, stąd spotkania klubu czytelniczego i analiza lektur jest raczej symboliczna i dosyć chaotyczna. Ten pomysł więc raczej nie wypalił i po kilkudziesięciu stronach książkę odłożyłam, z poczuciem, że jej czytanie raczej nic nie wniesie do mojego życia. Myliły mi się też opisywane postaci: kto jest czyją przyjaciółką, mężem, dzieckiem, kochankiem… Ale po kilku dniach do książki wróciłam – ujęła mnie w niej chyba spora doza autentyzmu opisywanych sytuacji, ale i ciepła, jakim emanuje fabuła. To jest rzeczywiście bardzo kobieca książka. Dla bohaterek Naszych spraw liczy się najbardziej rodzina, dzieci, przyjaźń, spokojne życie, poświęcenie dla dzieci – raz jeszcze. Mężczyźni są wyraźnie na drugim tle, pada nawet w którymś momencie stwierdzenie, że kobiety najczęściej mają problemy w życiu z powodu mężczyzn. I kontra: z powodu mężczyzn, czy z powodu samych siebie? Tego, że są zbyt podporządkowane, zbyt zapatrzone w swojego faceta, że nie potrafią wziąć życia w swoje ręce, zadbać również o siebie, nie tylko swoje dzieci… albo nie potrafią docenić tego, co mają. Dla mnie w powieści opisano sytuacje, kiedy „miłość nie wystarcza” – wbrew temu, co wmawiają nam media – i to właśnie daje pole do własnych przemyśleń. Znamienne, że w tym „lepszym świecie”, gdzie nie ma nędzy, gdzie nie trzeba się martwić o byt i kwestie egzystencjalne problemem bohaterek powieści nigdy nie jest praca, bo bohaterki mają męża, który utrzymuje cały dom… Rodzina, mąż, dzieci, starzejący się rodzice - te sprawy, wokół których przecież kręci się całe nasze życie - jakoś nie wydają się w tym świecie specjalnie ważne i dlatego książki, które o nich opowiadają, zbywa się pogardliwie mianem „babskiej literatury”. A właściwie dlaczego? Przecież to jest sedno życia. Czy nie sądzicie, że to też jest przejaw tego, jak kultura, przesiąknięta w dalszym ciągu męskimi wartościami – odnosi się do kobiet? Nasze sprawy to fajna lektura: niezbyt trudna, ale też nie nazbyt kiczowata czy sentymentalna. Można się przy niej odprężyć, ale też wzruszyć i zastanowić nad własnym życiem. Moja ocena: 4/6 Elizabeth Noble, Nasze sprawy, Wyd. Muza, 2005
poniedziałek, 07 maja 2012
Książka jest ładnie napisana, rzeczywiście, cyzelowana, ale nie dla mnie. W powieści panuje ten specyficzny wiktoriański klimacik, który tak działa mi na nerwy: tu nawet w sytuacji zagrożenia życia zwycięża konwenans. Wszyscy są grzeczni, uprzejmi, mężczyźni są dżentelmenami, a dramat dzieje się w sferze aluzji, niedopowiedzeń, spojrzeń, przy czym bohaterowie zachowują się, jakby wszystko było jasne i oczywiste. Dlatego moment, kiedy to kobiety zwracają się przeciwko mężczyznom, a ściśle rzecz biorąc przeciwko dominującemu i kierującemu łodzią marynarzowi jest dla mnie mało zrozumiały, w kontekście tego, że wcześniej nie dzieje się nic takiego, co by uzasadniało tak gwałtowne czyny. Głosowanie nad tym, czy gościa wyrzucić z szalupy, czy nie, skojarzyło mi się z Robinsonami: jak w reality show zagłosujemy teraz, kto z naszego towarzystwa ma odejść, bo się może nam naraził, a może stał się zbyt groźny. Nie potrafię stwierdzić jaki to miało sens, co właściwie panie chciały przez to osiągnąć? Czy była to „zbrodnia na morzu”, czy też akt jakiegoś źle zrozumianego feminizmu. Jak dla mnie nie miało to nic wspólnego z ratowaniem własnego życia, jedynie z o wiele mniej wzniosłą walką o władzę, co jak najbardziej zasługiwało na późniejszą karę. Dla mnie tematem Zgubionych nie są przestępstwa na morzu, ale bardziej postać głównej bohaterki. Kim tak naprawdę jest – młodą nieszczęśliwą wdową, która dopiero co utraciła męża, czy też łowczynią posagów. A może psychopatką, która ukuła swoją opowieść tak, aby było to dla niej wygodne? Gdzie jest prawda, w tym, co mówi – gdzie nagina fakty, a gdzie być może rzeczywiście zawodzi ją pamięć? Czy jest słaba i niezdecydowana, czy wręcz przeciwnie? Im dalej w las, tym więcej wątpliwości, ale te kwestie pozostają na zawsze tajemnicą Grace. Ostatecznie przetrwała, a tylko to się liczy. Eh, dochodzę do wniosku, że ta opowieść jest tak niejednoznaczna, że każdy może z niej wysnuć, co mu się podoba. Na przykład sama autorka stwierdza, że jest ona metaforą współczesnego świata, w której w szalupie są ci bogaci, a topią się ci biedni. I morał jest taki, że każdy musi troszczyć się o samego siebie… Wywiad z Charlotte Rogan dał mi chyba więcej do myślenia, niż sama książka; zaskoczyło mnie np. zdanie autorki o pisaniu: Gdy wydawnictwo zdecydowało się opublikować "Zgubionych", nauczyłam się, że na amerykańskim rynku przebijasz się dziś, gdy masz historię. Styl i poglądy nie są tak istotne. Szuka się przede wszystkim dobrych historii, a nie dobrego pisarstwa. Powieści, które sama czytam dla przyjemności, to rzeczy pięknie napisane. Dla mnie nie musi się w nich zbyt wiele dziać, wśród moich ulubionych tekstów są ostatnio odkryte "Zone One" dziejąca się w postapokaliptycznym Nowym Jorku, "Śmierć Wergilego" Hermanna Brocha, "Droga" Cormaca McCarthy'ego.
Dobra historia, pięknie opowiedziana, ale nie poruszyła mnie ona, tak jak powinna była, jak chociażby Życie Pi lub Alive. Dramat w Andach. Pytania, które stawia są zbyt słabo słyszalne, cała ta zasłona niedopowiedzeń była jak błądzenie we mgle; wiktoriański konwenans przesłonił mi dramat bohaterów. Moja ocena: 4,5/6 Charlotte Rogan, Zgubieni, Wyd. Znak litera nova, 2012
niedziela, 06 maja 2012
Smaczku dodaje fakt, że Grann opisuje sam siebie, jako przeciętnego faceta, w średnim wieku, nie mającego poczucia kierunku, lubiącego wygody, jakie serwuje nam cywilizacja. Mając do wyboru wejście po schodach na pierwsze piętro i skorzystanie z windy, nieodmiennie wybieram windę. To jednak nie jest opowieść o amazońskiej wyprawie Granna, ale opowieść o podróżniku sprzed lat. Jakim człowiekiem był Fawcett? Co go napędzało? Wreszcie, co wydarzyło się 90 lat temu w dżungli? Amerykański reporter nie tylko pojechał do Amazonii śladem pułkownika Fawcetta, ale przedtem wykonał mrówczą robotę, przeglądając dokumenty dotyczące tego, co dotyczyło Amazonii, jak i życia Fawcetta. Dotarł do jego żyjących krewnych i dzięki temu odkrył, że należy zweryfikować trasę, jaką podążała wyprawa. Skontaktował się także ze współczesnymi badaczami Amazonii, antropologami i archeologami. Efektem tego jest zawarta w książce opowieść, którą czyta się z zapartym tchem. Opowieść, w której czuje się wiktoriański jeszcze etos, ducha przygody, a także szaleństwo, jakie nieraz ogarniało śmiałków, wyprawiających się do Amazonii. Zakończenie zaś zaskakuje, jak w najlepszym kryminale. Zaginione miasto Z to historia do tej pory mi nieznana, a zrelacjonowana przez Granna w sposób równie interesujący – choć może nie tak zabawny – co Gringo wśród dzikich plemion. Dziś już nie ma na mapie białych plam, amazońskim Indianom raczej się przypomina o ich tradycjach, niż ich cywilizuje, a do lasu może wyruszyć teoretycznie każdy, wyekwipowany cuda nauki i techniki, nabyte w nowoczesnym sklepie podróżniczym. To już nie to, co kiedyś, kiedy podróżnicy chcieli ODKRYWAĆ dla ludzkości – dziś na takich wyprawach odkrywa się raczej samego siebie i granice własnej wytrzymałości. Osobiście wolałabym, żeby jednak nie było tak, że człowiek może dotrzeć wszędzie, bo kończy się to jak zawsze… Myśląc więc o dżungli, cieszy mnie to, że jest takie miejsce, gdzie przyroda wygrywa z człowiekiem. Za "odkrycie" książki dziękuję Padmie. Moja ocena: 5/6 David Grann, Zaginione miasto Z, Wyd. W.A.B., 2011 |
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2012
3.Przeczytane w 2010
4.Przeczytane w 2009
5.Przeczytane w 2008
6.Wyzwania
7.Moja biżuteria
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||