wtorek, 17 listopada 2009

Autor opisuje dramatyczne dzieje swojej rodziny, jednego z najstarszych polskich rodów szlacheckich, skoligaconego z takimi nazwiskami jak Braniccy, Potoccy, Zamoyscy czy Radziwiłł. Polska arystokracja. Andrew Tarnowski wychował się w Anglii, po ucieczce większości jego rodziny z Polski. Stąd pewnie umiejętność spojrzenia na to wszystko z dystansem, bez zbędnego patosu i martyrologii, czy – w stosunku do krewnych – potępienia. O swoich krewnych wypowiada się raczej ciepło, w jego słowach pobrzmiewa wzruszenie i tęsknota, za tym, co zostało utracone, także za członkami rodziny, którzy padli ofiarą wojennej zawieruchy. Oraz żal, że niektórzy ciągle żyją przeszłością i w imię archaicznych zasad nie pozwalają na odbudowę rodzinnego dziedzictwa. Pisze lekkim piórem, bez owijania w bawełnę, odsłaniając rodzinne sekrety: pokazuje zarówno bohaterstwo i piękne czyny, jak fatalne przywary, które doprowadziły do rozbicia małżeństw i skłócenia rodu Tarnowskich.

W pokoju panował zgiełk, jak na XVIII-wiecznym sejmiku polskich szlachciców podochoconych miodem i piwem. (…) Spadek przeszłości z jej archaicznymi zwyczajami, wykluczającymi zdrowy rozsądek i rzeczową dyskusję okazał się równie okrutny teraz, jak 60 lat wcześniej. Zgromadzenie ujawniło ułomność naszego dziedzictwa. Odziedziczone po Hieronimie i Wandzie cechy – słabość charakterów i wady, które przez całe życie nie pozwoliły im się porozumieć – teraz ujawniły się i nas rozdzieliły. Jak na dłoni widać było nerwowość Hieronima, nieumiejętność porozumiewania się z własnymi dziećmi, brak umiarkowania, niezdolność do uporania się z osobistymi problemami, wąskość i sztywność argumentów, skłonność do wyciągania nielogicznych wniosków na podstawie logicznych przesłanek, słabą głowę do alkoholu i choleryczne reakcje.

Choć to zwykłe rodzinne historie, żadna sensacja, za swoją szczerość Tarnowski został wykluczony ze Związku Rodu Tarnowskich.

Dla mnie ta książka to przede wszystkim lekcja historii i patriotyzmu. Czytając o polskiej arystokracji poczułam się bliżej historii naszego kraju, bo to ci ludzie tworzyli tę historię.

Hieronim żegnał się z Zofią w małym salonie o belkowanym suficie i z trofeami myśliwskimi na ścianach. Podszedł do francuskiego okna z widokiem na ogród, zdjął coś ze ściany, wyjął z ram, zwinął ostrożnie i wręczył córce.

- Weź to ze sobą. To pierwsza rzecz, którą Niemcy stąd zabiorą

Był to skarb narodowy: proporzec króla Szwecji Karola Gustawa, zdobyty w Rudniku podczas najazdu szwedzkiego w XVII wieku. Incydent, z którego król ledwo uszedł z życiem, zaskoczony przez polską jazdę na plebanii w Rudniku, uwiecznił Henryk Sienkiewicz w Potopie.

Choć nie jestem wielką patriotką (patriotyzm dziś jest raczej niemodny), myślałam o tym, jaką wspaniałą Polska ma historię i tradycję i że nie zawsze byliśmy Kopciuszkiem Europy.

Był to świat bogactw i tradycji, z rozległą siecią koneksji rodzinnych i towarzyskich oraz armią wiernych sług. Dom Andrzeja od niemal 400 lat stanowił siedzibę starszej gałęzi rodu. Bibliotekę wypełniały bezcenne archiwalia, na ścianach wisiały wielkiej wartości obrazy, wśród nich jedna ze słynnych prac Rembrandta – Lisowczyk. W renomowanych stajniach hodowano konie. W lasach roiło się od zwierzyny łownej. Śmietanka polskiej arystokracji przybywała na 2 lub 3-dniowe polowania na dziki, niedźwiedzie, kozły, rogacze, wilki, lisy, zające, borsuki, a nawet orły.

Początek XX wieku był dla ziemiaństwa ciągle czasem zabaw i kultywowania szlacheckiego stylu życia. Maluje się tutaj nostalgiczny obraz dworów, polowań i uczt, polskiej gościnności i poczucia więzi rodzinnej, idyllicznego życia na łonie przyrody. Ten świat jednak bezpowrotnie przepadł. Został bezpowrotnie zniszczony przez II wojnę światową. Rodowe majątki zostały skonfiskowane, rozgrabione i w większości zdewastowane. Bezcenne pamiątki, dzieła sztuki uległy zniszczeniu lub zaginęły. Po raz kolejny doświadczałam uczucia rozpaczy na myśl o tym, jakim kataklizmem była II wojna światowa, jaki potencjał materialny i intelektualny został zaprzepaszczony, jak płacimy za to do dzisiaj.

Pobyt w Rudniku uświadomił nam, że najnowsza historia Polski to otwarta rana, a właściwie wiele ran zadanych narodowi, że zbrodnie XX wieku są namacalne i ciągle świeże, że gdyby ktoś poruszył ziemię w Rudniku, sączyłaby się z niej krew. (…) Historia Polski zasadniczo różni się od dziejów innych państw, zwłaszcza Anglii, przebiegających, jak się wydaje spokojnie, a nie tragicznie, łagodnie, a nie okrutnie, wytyczających jak kamienie milowe drogę rozwoju i postępu.

Tu wypada mi się nie zgodzić do końca z autorem – historia praktycznie wszystkich państw naznaczona jest wieloma gwałtownymi i okrutnymi epizodami, choć chyba żaden kraj faktycznie nie doświadczył tylu krzywd i takiego upadku, co Polska. Piękna, ale zarazem smutna opowieść.

Andrew Tarnowski, Ostatni mazur, Wyd. WAB, Warszawa 2008

piątek, 13 listopada 2009

To moja pierwsza powieść Jodi Picoult i powiem od razu: nie podobało mi się. Ta książka jest tylko trochę lepsza od harlequinów. Wątek miłości i małżeństwa niepozornej pani antropolog z hollywoodzkim gwiazdorem jest kompletnie nieprawdopodobny - takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach i filmach i nawet tam zwiastują tylko nieszczęście. Z góry wiadomo, że "to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe". Nie polubiłam głównej bohaterki - pani antropolog, teoretycznie mądra kobieta zamienia się w dziewczynkę, która nie wie co zrobić ze swoim życiem. Że nie wspomnę o jej ukochanym, zupełnie dla mnie antypatycznym. Denerwują mnie kobiety współuzależnione od swoich mężów, którzy piją, biją, nie pracują, a ona mimo tego jest wpatrzona w niego "jak w obrazek" i twierdzi, że to nie jego wina. Te wszystkie pseudo psychologiczne usprawiedliwienia. A opisy scen miłosnych, jak z taniego romansu...I po co do tego wszystkiego byli jeszcze Indianie? Chała totalna. Nawet nie chciało mi się tego kończyć (zakończenie jest także mocno przewidywalne). Jedyne co mi się podobało, to wspomnienie Marka Antoniusza, ale o tym kiedy indziej...

 

Jodi Picoult, Jak z obrazka, Wyd.Prószyński i S-ka, Warszawa 2008

niedziela, 08 listopada 2009

W Echu winy najciekawszy był dla mnie główny wątek - Virginii, kobiety, która zamknęła się w sobie po traumatycznych przeżyciach z młodości i żyje w związku z niekochanym przez siebie mężczyzną. Obecność kogoś, kogo nie kocha nie jest dla niej żadnym pocieszeniem, jednak gdzieś tam w środku drzemie w niej inna, pełna życia kobieta - ta, którą była kiedyś. I tę kobietę budzi nieznajomy rozbitek, który pewnego dnia wkracza w jej życie. Uważam, że autorka świetnie oddała emocje, jakie targają Virginią, wątpliwości, poczucie winy, a przede wszystkim siłę jaką ma fizyczny kontakt z kimś, kto naprawdę nas pociąga. Ta "prawdziwa" Virginia nie jest bynajmniej idealną matką i żoną; to kobieta, która ma kłopoty z wiernością i mówieniem prawdy, pociągają ją niewłaściwi mężczyźni, dla których myli miłość z pożądaniem. Ten wątek jest bardzo prawdziwy, mocny, wciągający i - jak dla mnie - wystarczający, aby zbudować pełnokrwistą i ciekawą fabułę.

Wątek kryminalny wydawał mi się jak gdyby "doklejony" do głównego i pozostawił mnie kompletnie obojętną. Nie zaintrygował mnie na tyle, abym zastanawiała się, kto stoi za morderstwami. Widziałam też w nim niespójności: dlaczego w miasteczku, w którym zamordowano już dwoje dzieci, nikt nie zwraca uwagi na dziecko wałęsające się samotnie, bez opieki? Dlaczego główna bohaterka tak lekkomyślnie powierza swoją córkę coraz to innym ludziom?

Echo winy to bardzo przyzwoita powieść obyczajowo-kryminalna. Dobrze opowiedziana, wciągająca, z wyrazistymi bohaterami. Czyta się bardzo dobrze - błyskawicznie i widzę w niej gotowiec wręcz do nakręcenia filmu. Przemawia do wyobraźni.

Punkt za bardzo ładną okładkę - choć Toskania z akcją książki ma niewiele wspólnego, to jednak obrazek przyciąga ;)

Charlotte Link, Echo winy, Wyd. Sonia Draga, Katowice 2008

sobota, 07 listopada 2009

Tak sobie myślę, że wczorajszy dzień w pracy naprawdę mnie wykończył, a dzisiejsze przedpołudnie jeszcze dobiło. Właśnie skończyłam walczyć z komputerem, w którym non-stop coś się psuje, zawiesza, przestaje działać. Zresztą co ja mówię "skończyłam" - jestem przekonana, że to tylko chwilowy rozejm.

Wczoraj pozwoliłam na to, żeby znowu nerwy puściły mi w pracy: nie potrafię się pogodzić z brakiem rozsądku niektórych ludzi, z brakiem umiejętności strategicznego myślenia i zarządzania; co to za zarządzanie, które polega tylko i wyłącznie na zrzucaniu odpowiedzialności na pracowników? Pracowniku zrób, ale jak, to już mnie nie obchodzi - nieważne, że nie masz do tego niezbędnych narzędzi, w które powinien wyposażyć cię pracodawca. Problem polega na tym, że nie mam ochoty, ani czasu spędzać całych dni w pracy na produkowaniu bezsensownych świstków, służących podtrzymywaniu biurokratycznej fikcji - robię to bo muszę, ale chcę zakończyć to najszybciej jak mogę i zabrać się za inne rzeczy, które są z mojego punktu widzenia ważniejsze. Produkowanie papierków na wszelakiego rodzaju procedury jest bowiem tylko środkiem do celu, jednak wydaje się, że w mojej firmie stało się ono obecnie - dla niektórych osób - celem samym w sobie. Nie wiem, czy nie rozumieją, czy nie chcą zrozumieć, że to nie jest ciuciubabka, że ja mam inne rzeczy do zrobienia, a nie tylko bieganie z papierkami i zdobywanie podpisów wszystkich świętych?  Nie mogę się z tym pogodzić i dlatego ciągle walczę, ale to jest walenie głową w mur i wykańcza mnie to psychicznie. No i wczoraj, kiedy po 2 tygodniach takiego biegania okazało się, że znowu coś się komuś nie podoba, a moja praca - PRAWDZIWA praca, którą powinnam wykonać, a której nie mogę wykonać, bo nie mam podpisanych tych papierków, stoi w miejscu - puściły mi nerwy i zrobiłam karczemną awanturę. Pracuję w jakimś pieprzonym Dilbercie.

 

W odpowiednim nastroju wybrałam się zatem na film o mordowaniu: Millenium. Mocna rzecz, choć oczywiście film nie jest w stanie przekazać tego wszystkiego, co znalazło się w książce. Miałam wrażenie, że tak misternie splecione przez Larssona wątki zostały maksymalnie skompresowane w pigułkę. Jednak film zachowuje to, co najważniejsze: główny wątek, klimat i przesłanie. Tym bardziej wiarygodne, że to szwedzka produkcja. A ponieważ nie jest to hollywoodzkie „dzieło”, bohaterowie to – prawie bez wyjątku – ludzie dojrzali i doświadczeni życiowo. Myślę, że Millenium doskonale pokazuje te ciemne strony życia – nawet bardzo ciemne – ludzie nie są tu piękni, młodzi i doskonali i dokonują strasznych czynów.

Jak podsumował to mój kolega: nigdy już nie pojadę do Szwecji – to kraj morderców i zboczeńców ;)

niedziela, 01 listopada 2009

Dzisiaj zaczyna się czas opowiadań. W całej Bretanii opowiadanie zaczyna się we Wszystkich Świętych, w Czarnym Miesiącu. Trwa przez cały grudzień - Bardzo Czarny Miesiąc - aż do opowieści Gwiazdkowej. Opowiadacze są wszędzie. (...) Przynoszą ze sobą robotę i grzeją się wzajem pociechą swej obecności - lub ciepłem kuźni - nasłuchując posłańców w gęstej ciemności za grubą ścianą: niewytłumaczalnych trzasków drewna, łopotu skrzydeł albo najgorszego - skrzypienia osi krzywego wozu Ankou.

Opętanie opowiada historię potajemnego romansu dwójki XIX –wiecznych angielskich poetów, Randolpha Henry Asha i Christabell LaMotte, odkrytego zupełnie przypadkowo przez skromnego badacza twórczości Asha. Początkowo można odnieść wrażenie, że nie interesuje to nikogo poza naukowcami badającymi twórczość bliżej nieznanych nam poetów – sobie a muzom… Powieść jednak stopniowo i płynnie zmienia charakter: od stricte akademickich i współczesnych rozważań, przez wiktoriański romans, aż po powieść kryminalno-sensacyjną. Wiktoriańscy kochankowie z papierowych postaci stają się żywymi osobami i centralnymi bohaterami powieści, spychając na plan dalszy perypetie bohaterów współczesnych. Romans odkryty po ponad stu latach rzuca nowe światło na życie poety i poetki. Z biografii Asha wnioskowano, że był on głęboko oddany swojej żonie, Christabell miała zaś być samotnicą i lesbijką. Ich listy i dzienniki dowodzą zaś, że pod powierzchnią XIX wiecznych konwenansów drzemały ukryte namiętności, że byli oni przede wszystkim ludźmi, którzy potrafili się odnaleźć, ale nie wiedzieli jak pokonać własne ograniczenia i ograniczenia czasów w których żyli. Ich smutna historia wciąga i angażuje. A może w końcu to po prostu historia jak wiele innych: zwykła zdrada, a potem porzucenie…

Opętanie jest z pewnością niezwykłą lekturą. Nazwanie jej romansem byłoby zbyt dużym uproszczeniem; bliżej jej do powieści akademickiej, choć aby ją nazwać i opowiedzieć, trzeba dotrzeć do samego końca, gdyż do samego końca powieść ulega przemianom. Jest tu wszystko: XIX-wieczna poezja, symbolizm, baśnie i mity, feminizm. Autorka po mistrzowsku wprowadza coraz to nowe wątki, a czytelnik poznaje i delektuje się odkrywaniem coraz to nowych warstw tej opowieści… Również na polu narracji sporo się dzieje: cytowane są listy, pamiętniki, poezje, a także baśnie i legendy. A to wszystko ujęte w spójną całość, wspaniałą i wysmakowaną. Urzeka także niesamowita atmosfera , jak z Wichrowych wzgórz, angielskie dworki, wrzosowiska, bretońskie legendy o wróżkach i druidach, opowiadane w zimowe wieczory. Jest w tym wszystkim coś baśniowego, coś uniwersalnego, dotyczącego ludzkiej natury, namiętności które nami targają, potrzeby posiadania, a zarazem wyzwolenia się. Zakończenie zaś pozostawia w zadumie nad pokrętnymi  kolejami ludzkich losów. Piękna książka!

A.S.Byatt, Opętanie (Possession), Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1998

niedziela, 25 października 2009

Kiedy myślę o czasach wiktoriańskich, nieodmiennie mam skojarzenia z konwenansami, które krępowały normalne ludzkie pragnienia i uczucia, z gorsetami, które krępowały ciała. Z grą pozorów, rozmowami o niczym, które w podtekście znaczyły tak wiele, bo nikt nie mówił wprost o swoich uczuciach. Romansem mogło być spojrzenie zatrzymane na dłużej, muśnięcie dłoni, przelotny pocałunek. I ta porażająca pogarda dla kobiet, które traktowano jak istoty mentalnie niepełnosprawne, niezdolne funkcjonować samodzielnie, bez opieki mężczyzny.

W Róży Sewastopola wyraźnie to widać; jest to klasyczna powieść historyczna, doskonale oddająca klimat schyłku XIX wieku. Główna bohaterka, Mariella, jest dzieckiem swoich czasów - kobietą posłuszną obowiązującym regułom, bojaźliwą i kochającą swojego kuzyna, za którego ma nadzieję wyjść za mąż...Jednak dziwne koleje losu, a przede wszystkim silna więź Marielli ze swoją kuzynką, Rosą - kuzynką, która stanowi jej przeciwieństwo - sprawiają, że dziewczyna angażuje się w wydarzenia, wymagające od niej przewartościowania całego jej świata. Z bezpiecznego domu w Londynie, gdzie żyła jak pod kloszem, trafia do brutalnej wojennej rzeczywistości na Krymie. Zetknięcie się tych dwóch światów, jest jak zetknięcie się bajki ze światem realnym - i w tym świetle doskonale widać, jak absurdalne są konwenanse, których muszą przestrzegać bohaterowie:

Jeden czy dwóch mężczyzn zapytało mnie, czyją jestem żoną, albo czy płynę, by zostać pielęgniarką, jak inne dobre damy panny Nightingale. Powiedziałam Norze, żeby powiadomiła towarzystwo, że jestem zaręczona z lekarzem.
- Powinna pani z nimi sama porozmawiać - odparła - Jak mamy znaleźć Rosę, skoro pani nikogo o nic nie pyta?
- Nigdy w życiu nie zagadnęłam nieznajomego mężczyzny
- Nie musiałaby pani zagadywać nieznajomego mężczyzny, na litość boską. Wystarczy jeden uśmiech, a zlecą sie jak pszczoły do miodu. A poza tym, niby w jakim sensie są nieznajomi? Wie pani dokładnie kim są. To dzielni mężczyźni, którzy płyną stoczyć kolejną walkę w tej przebrzydłej wojnie. (...)
- Nie miałabym pojęcia, co powiedzieć ludziom, tego pokroju.
- Ludziom tego pokroju? Co pani ma na myśli? Coż, ja nie mam takich zahamowań. Ja będę z nimi rozmawiać.

Nie jestem miłośniczką powieści XIX-wiecznych, ale tę przeczytałam z zainteresowaniem. Tu przyjdzie mi wyrazić podziw dla konstrukcji Róży z Sewastopola. Choć w dużej części tematem są działania wojenne, to autorka snuje wątki tak delikatnie i subtelnie jak pajęczą sieć, nie zapominając o losach głównych bohaterów. A choć napisała powieść historyczną, to z zamysłem na wskroś współczesnym: zestawiając przeszłość z teraźniejszością bohaterów, by pokazać w jaki sposób to, czego doświadczyli i się nauczyli determinuje ich postępowanie. Nie brakuje także w tej powieści subtelnego poczucia humoru, takiego jakby mrugnięcia okiem do czytelnika, pokazania absurdów tamtych czasów. Także sylwetki głównych bohaterek (i bohaterów) są świetnie zarysowane, każda osoba w powieści stanowi wyrazistą postać, spójną psychologicznie, każda postać to perełka charakterologiczna. Niezwykłą bohaterką jest tytułowa Rosa - kobieta, która ze wszystkich sił usiłowała żyć po swojemu i przeciwstawiać się temu, w co wtłaczały ją XIX-wieczne realia.

Natomiast elementem, który mi się nie podobał to zbyt wiele opisów wojny krymskiej - szczegóły działań bezsensownej wojny niespecjalnie mnie interesowały. Podobnie detale medyczne...dają pojęcie, jak ogromny postęp zrobiła medycyna w XX wieku.

Zgadzam się ze zdaniem, że jest to powieść wyrafinowana, jednak nie nazwałabym jej romansem...a w każdym razie nie romansem w klasycznym tego słowa znaczeniu. Na tym także polega jej wyrafinowanie. Nie oczekuj, czytelniczko, porywów namiętności w rodzaju tych z Jeźdźca Miedzianego... Róża z Sewastopola jest jednak lekturą doskonałą i polecam ją wszystkim, zwłaszcza zaś wielbicielkom epoki wiktoriańskiej.

Katharine McMahon, Róża Sewastopola (The Rose of Sebastopol), wyd. Insigris Media, Kraków 2009

czwartek, 22 października 2009

To książka, która pozwala przetrwać takie dni, kiedy nie ma się ochoty wychodzić z łóżka. Która pozwala wierzyć, że dzięki wsparciu przyjaciół i rodziny, można przetrwać wszystko. Czyta się błyskawicznie i choć momentami nawiedzały mnie skojarzenia z Bridget Jones to jednak generalnie całość odbieram pozytywnie. Na korzyść książki przemawia opis emocji, które targają Holly: tego, jak usiłuje dojść do siebie, ale przeżywa i wzloty i upadki. Po dobrych momentach przychodzi znowu depresja, kiedy Holly wraca do pustego domu. Kiedy patrzy jak jej przyjaciółki idą do przodu, a ona stoi w miejscu. Kiedy uświadamia sobie, że zapomina twarz Gerry'ego. Tak właśnie to wygląda, kiedy traci się kogoś bliskiego i nie można "od tak" zacząć nowego życia. Czytając Ps I love you miałam wrażenie, że Holly dojrzewa i że sama książka staje się coraz dojrzalsza. Na początku Holly jest kobietą, niby dorosłą, ale w rzeczywistości ciągle małą dziewczynką: niewiele umie, nie ma pracy, nie ma własnych zainteresowań, bo całe jej życie kręciło się wokół jej męża. Subtelna, ale przestroga. Potem też w zasadzie, mąż steruje nią, nawet "zza grobu" i nie wiadomo jak Holly poradziłaby sobie bez jego pomocy. Czy naprawdę kobieta nie potrafi radzić sobie bez "silnych męskich ramion"? Ale potem Holly wreszcie zaczyna rozumieć...wreszcie zaczyna własne życie, a to może nigdy by się nie stało, gdyby Gerry nadal żył. Słodko-gorzkie. Zakończenie mile mnie rozczarowało. W porównaniu z filmem - w książce więcej się dzieje, w filmie nie widać też całej tej warstwy emocjonalnej, ale przez to też film wydał mi się lżejszy, subtelniejszy...

Nie przeczytałam za to Pomaluj to na czarno. Sądząc z opisu po okładce, książka powinna być całkiem interesująca, zawiązanie fabuły jest bardzo podobne i do PS I love you i do Asystentki magika (ta ostatnia książka to jednak zupełnie inna liga), jednak rozwinięcie zmierza w zupełnie inną stronę. W Ps I love you i Asystentce, śmierć ukochanego, mimo całego bólu jaki przynosi, staje się także początkiem zmiany duchowej. W Pomaluj to na czarno jest zbyt dużo negatywnych emocji, z których nic nie wynika. Bohaterka, zbuntowana, ciągle użalająca się nad sobą i przeklinająca cały świat nie wzbudziła mojej sympatii. Znacznie ciekawszą postacią wydała mi się Meredith, ale nie miałam okazji przekonać się, czy tak jest w istocie. W książce pojawia się kilka ciekawych spostrzeżeń, tak jak np. to, o tym, że życie przypomina grę w kasynie. Każdy wie, że kasyno i tak zawsze wygrywa, ale niektórzy potrafią po prostu grać i się tym cieszyć, zamiast zadręczać się świadomością porażki i kombinować jak by tu za wszelką cenę wygrać. Tak jak Michael - pogrążony w depresji nie wiadomo czemu, skoro teoretycznie mógł mieć wszystko. Irytujący bohaterowie i irytujący język. Nie byłam w stanie dokończyć tej książki: doczytałam dokładnie do połowy i nie potrafiłam się zmusić do dalszego czytania, nie byłam w stanie wykrzesać z siebie żadnego zainteresowania tą historią, ciągniętą jakby na siłę.

sobota, 17 października 2009

U nas ni z tego, ni z owego przyszła zima, a ja ciągle wspominam Wenecję. W mojej podróży towarzyszła mi Acqua alta Donny Leon - i z wszystkich jej kryminałów, przyznaję, że ten podobał mi się najbardziej. Nie wiem, czy to dlatego, że czytałam go będąc w rodzimym mieście komisarza Brunettiego i chodząc jego śladami, czy ze wględu na mroczną atmosferę Wenecji, stworzoną przez autorkę. Wenecji ponurej, zalanej deszczem, wyludnionej, Wenecji, jakiej nie znamy z folderów turystycznych. To miasto jest stworzone do zbrodni, popełnianych w zaułkach, nad kanałami, które mogą ukryć ciała. Mordercy mają tam nawet swoją uliczkę - calle del assasin.

W Acqua alta znalazło się też kilka spostrzeżeń na temat samej Wenecji, które bardzo mi się sposobały, bo jakże są trafne:

Powietrze było ciężkie i wilgotne, wróżyło deszcz, to zaś znaczyło, że w środku nocy mógł miasto obudzić przeraźliwy ryk syren. Jak wszyscy wenecjanie, serdecznie nienawidził acqua alta, zawczasu czuł złość na gapiących się turystów - gromadzili się na drewnianych pomostach, chichocząc, pokazując palcami, pstrykając zdjęcia i blokując przejście porządnym ludziom, którzy chcieli dostać się do pracy lub zrobić zakupy, po prostu wejść tam, gdzie jest sucho i uwolnić się od udręki, bałaganu, ciągłego poirytowania, jakie niepowstrzymane wody przynosiły do miasta.

Brunettiego zawsze zaskakiwał fakt, że ktoś, kto mieszka w mieście bez samochodów, czytuje magazyn motoryzacyjny. Czyżby niektórzy z jego uwięzionych przez morze współobywateli marzyli o samochodach, tak jak mężczyźni w więzieniu marzą o kobietach? Czy w zupełnej ciszy, która zapadała nocą nad Wenecją, tęsknili za hukiem pojazdów i wyciem klaksonów? Być może, mniej ekscentrycznie, chcieli jedynie móc pojechać do domu z supermarketu, zaparkować samochód i wypakować artykuły spożywcze, zamiast dźwigać ciężkie torby po zatłoczonych ulicach, po mostach, a potem po długich schodach, które zdawały się czaić w oczekiwaniu na wszystkich wenecjan.

Niewenecjanie uważali Wenecję za miasto; jej mieszkańcy wiedzieli, że to tylko senne, prowincjonalne miasteczko pełne plotek, wścibstwa i małostkowości, niczym nie różniące się od najmniejszej paese w Kalabrii lub Aspromonte.

wtorek, 13 października 2009

Murano wydało mi się nijakie, inaczej je sobie wyobrażałam, ale za to Burano mnie oczarowało: ze swoimi kolorowymi domkami i unoszącym się zapachem ryb, przypominało mi portugalską wioskę rybacką, gdzieś na końcu świata...

niedziela, 11 października 2009

Podróżowanie jest rzeczą brutalną. Zmusza cię, byś ufał nieznajomym i pozbawia bliskiego, kojącego ciepła domu i przyjaciół. Stale jesteś wytrącony z równowagi.

Nie należy do ciebie nic oprócz rzeczy podstawowych - powietrza, snu, marzeń, morza, nieba, czyli wszystkiego, co zmierza ku wieczności, czy też ku temu, co jak się nam zdaje nią jest.

Cesare Pavese

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2008
3.Przeczytane w 2009
4.W kolejce
5.Wyzwania
6.Moja biżuteria
Fair play. Free Tibet. Nie bierz folii w sklepie Koty z katowickiego schroniska Popieram Internet Bez Chamstwa