|
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Okazało się, że Portret w sepii jest pierwszą częścią cyklu, druga w kolejności jest Córka fortuny, a trylogię zamyka Dom duchów, choć ja odniosłam wrażenie, że to Dom duchów zaczyna całą historię, a Portret ją kończy - przecież bohaterką Portretu jest wnuczka głównej bohaterki Córki fortuny. Portret i Dom dusz przeczytałam w zeszłym roku, a Córkę fortuny dopiero teraz. I niniejszym uzupełniam recenzję. Nie od rzeczy twórczość Allende skojarzyła mi się z Marquezem i jego Sto lat samotności - w jej powieściach panuje podobny klimat, poprzez stosowanie realizmu magicznego - choć nie w takim natężeniu, jak u Marqueza. Najwięcej jest go w Domu duchów - sadze o rodzinie Estebana Trueby, dziejącej się na tle burzliwych wydarzeń politycznych Chile XIX i XX wieku. Charakterystyczna jest też wielowątkowość - kiedy poznajemy nową postać, od razu zagłębiamy się w jej historię, odbiegając od "głównego wątku", jednakże nie tracąc go z oczu. Oczywiście proza Allende aż buzuje od gorących uczuć i namiętności. Tu nie ma półśrodków - jeśli jest nienawiść, to na śmierć, zemsta musi być okrutna, cierpienie sięgające do głębi trzewi, a miłość... Miłość zawsze dopada od pierwszego wejrzenia, spada znienacka, całkowicie ogarnia ogniem namiętności i spala do cna, najczęściej prowadząc do nieszczęścia. Taki to już południowoamerykański temperament. Nie ma też mdłych charakterów, wszystkie postaci są charakterystyczne, w szczególności postaci kobiece, które dominują u Allende. Zresztą autorka podkreśla to nawet: bez kobiet nie ma cywilizacji. Mężczyźni są najczęściej tymi, którzy sprowadzają na kobiety nieszczęścia... Portret w sepii jest moją ulubioną książką z całego cyklu. Wciąga najbardziej, jest najbardziej spójny. Stopniowo odkrywamy w nim tajemnicę rodzinną, tajemnicę, która ciąży nad losem głównej bohaterki. Z kolei Córką fortuny się znużyłam w jej drugiej połowie, gdzie wątek barwnie opisuje dzieje Kaliforni: gorączkę złota i postawanie pierwszych miast na Zachodnim Wybrzeżu - ale jednak opowieści o Dzikim Zachodzie nie są dla mnie. Eliza jest jedną z owych niezwykłych kobiet: wychowana na wiktoriańską panienkę, zdobywa się na podróż na drugą pólkulę, podczas której odkrywa, że kobieta również może być wolna, również może pracować (nie tylko jako prostytutka) i robić, to co chce.
Trylogię można w zasadzie czytać w dowolnej kolejności - w niczym nie przeszkadza to w odbiorze opowiadanej historii, raczej można potraktować to jako układanie poszczególnych puzzli. Z pewnością sięgnę jeszcze po inne powieści Isabel Allende, bo to fantastyczna rozrywka i doskonała proza. Isabel Allende, Portret w sepii, Córka fortuny, Dom duchów
niedziela, 22 stycznia 2012
Jak się tak zastanawiam, stwierdzam, że nie mam zbyt wielu ulubionych postaci kobiecych, bardziej chyba gustuję w męskich bohaterach, może dlatego, że kobiety aż do wieku XX mogły pełnić rolę jedynie bezwolnych istot. I pewnie dlatego większość moich ulubionych bohaterek, to postaci z bajek: 1. Malutka Czarownica 2. Prawniczka Thora - z cyklu kryminałów Yrsy Sigurdardottir 3. Frances Mayes - Pod słońcem Toskanii 4. Ania z Zielonego Wzgórza 5. Erika Falck - cykl kryminałów Camilli Lackberg 6. Eowina - Władca Pierścieni 7. Lenke Jablonczay - Staroświecka historia 8. Beatrice - Wiele hałasu o nic 9. Alicja w Krainie Czarów 10. Hermiona Granger - Harry Potter
sobota, 21 stycznia 2012
Pani Gregory ma niebywały talent pisarski. Te książki się połyka, czyta do oporu, jakby były najbardziej porywającymi kryminałami. A przecież opowiadane historie nie są niczym nowym: każdy średnio wykształcony człowiek wie, kim był Henryk VIII i Elżbieta I i "jak to się wszystko skończyło". Philippa Gregory potrafi jednak pokazać te postaci - i ich historie z nowej perspektywy, jako ludzi, pełnych ludzkich namiętności, przywar, ambicji. Potrafi zmienić nasze postrzeganie historii. Katarzyna Aragońska to prawdziwa księżniczka, kobieta niezwykłego charakteru, charyzmy, która zniosła z godnością wiele przeciwności losu i do końca swojego życia nie poddała się poczytaniom swojego wiarołomnego męża, Henryka Tudora. W Wiecznej księżniczce poznajemy ją w młodych latach, kiedy przypłynąwszy do Anglii poślubiła starszego brata Henryka - i zauroczyła jego samego, podówczas 10-letniego chłopca. Nie pasuje do tego obrazu jej wizerunek, jako podstarzałej (i w domyśle brzydkiej) królowej, która nie chciała dać Henrykowi rozwodu. Z kolei Anna Boleyn zdecydowanie nie budzi sympatii - jest chorobliwie ambitną kobietą, o toksycznym charakterze, która dla własnych interesów nie waha się poświęcić nawet własnej siostry. Jej manipulacje zaprowadziły ją na szafot, ponieważ Henryk VIII nie zwykł znosić sprzeciwu, a kobiety nudziły mu się niezwykle szybko. Przyzwyczajony do spełniania wszystkich swoich zachcianek, zachowywał się jak rozpuszczony chłopiec. Był niebywałym egotykiem, a został zapamiętany przede wszystkim jako ten, który miał 6 żon, z których dwie uśmiercił. Córka Katarzyny Aragońskiej, Maria Tudor, początkowo budzi podziw - jest równie niezłomna jak jej matka, pragnie być dobrą królową, kocha swoją młodszą siostrę, Elżbietę. Niestety, bez wzajemności. Bieg wypadków łamie ją, czyni z niej nieszczęśliwą kobietę i fanatyczkę religijną, "obrończynię wiary". Za jej panowania w Anglii płoną stosy, a ludzie, po raz kolejni zmuszani do zmiany opcji religijnej, tracą poczucie tego, co dobre, a co złe. Maria Tudor znana jest dziś jako Krwawa Mary. Elżbieta była zawsze jedną z moich ulubionych postaci historycznych - była wszak wielką władczynią, która zapewniła dobrobyt w swoim królestwie, mimo że w ówczesnych czasach kobieta na tronie była ewenementem. Uważano, że kobieta nie jest zdolna do samodzielnego poprowadzenia nawet gospodarstwa, a co dopiero do pokierowania państwem. Ironia losu (?) sprawiła, że za najwybitniejszych władców Anglii uznawane są dwie kobiety - Elżbieta I i Wiktoria. Jednak w Elżbiecie z powieści Gregory nie widać wielkości. Poznajemy ją, jako młodą kobietę, która dopiero co wstąpiła na tron i która nie potrafi poradzić sobie z kierowaniem państwem. Mimo, że spryt i ambicję odziedziczyła po swojej matce, jest kapryśna, pełna obaw i niezdecydowana. A do tego wszystkiego zakochana w niewłaściwym mężczyźnie... Nawet jednak dla niego nie była skłonna wyrzec się samostanowienia o sobie i samodzielnego sprawowania władzy - do czego w tamtych czasach niewiele kobiet miało okazję. Elżbieta sprawiła na mnie wrażenie osoby, którą najbardziej pociąga to, czego mieć nie może. Z tych czterech książek właśnie ta o Elżbiecie podobała mi się najmniej - była zbyt monotematyczna i zbyt dużo było w niej polityki. Chwilami czułam się, jakbym czytała podręcznik do historii - interesująco napisany, ale jednak podręcznik. I niestety, wniosek po lekturze jest taki, że wszystkie te kobiety, mimo że szlachetnie urodzone, były głęboko nieszczęśliwe - dlatego, że nie mogły decydować o własnym życiu, o ich życiu decydowali mężczyźni, a one mogły się tylko podporządkować ich ambicjom i zachciankom. Nawet królowa nie mogła wyjść za mąż za mężczyznę, którego kochała, bo był jej poddanym, a nie księciem zza morza (ciekawe, że w przypadku króla nie miało to znaczenia...). Elżbieta została unieszczęśliwiona zarówno przez to, że nie mogła z nim być, jak i przez swoje pragnienie, aby z nim być, ponieważ w głębi duszy nie życzyła sobie, aby ktokolwiek - nawet ukochany mężczyzna - mówił jej, co ma robić. Zapewne swoją rolę grała tu atmosfera, w jakiej Elżbieta wyrosła: rodzinne waśnie, manipulacje, skandale, zdrady, a przede wszystkim to, jak jej ojciec potraktował jej własną matkę oraz inne swoje żony. Elżbieta wydaje mi się bardzo współczesną postacią. Na tym z epoką tudorowską dość. Z książek Philippy Gregory polecam jeszcze Ziemskie radości - ale to już zupełnie inna historia.
środa, 18 stycznia 2012
Dokonałam inauguracji mojego e-readera i przyznaję, że mnie wciągnęło. Natknęłam się gdzieś na artykuł, gdzie udowadniano, że czytanie na czytnikach jest złe, bo .... jest zbyt łatwe. Tezy tego artykułu były bzdurne, ponieważ, jak dla mnie sam proces czytania jest ławy i nie widzę różnicy pomiędzy czytaniem książki, a czytaniem na e-readerze. Trudna może być jedynie treść, a ta nie zależy od tego, w jaki sposób się z nią zapoznajemy. Zmierzam do tego, że czytanie na czytniku rzeczywiście jest łatwe i przyjemne... Wzrok się nie męczy, a czytnik ma sporo elektronicznych funkcji, dodatkowo uprzyjemniających cały proces: możliwość dowolnego powiększania czcionki, obracania ekranu, robienia notatek. Fajny jest zegar, który pokazuje czas czytania. Ostatnio czytany dokument otwiera się na stronie, gdzie zakończyliśmy czytanie (choć brak mi prawdziwej zakładki do książek). Wisienką na torcie jest opcja głośnego czytania, dzięki wbudowanemu syntezatorowi mowy - a więc mamy e-book i audiobook w jednym. Złapałam się na tym, że czytanie na tym urządzonku sprawia mi większą frajdę, niż czytanie zwykłej książki...zgroza!
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Do niedawno nawet mi przez myśl nie przeszło, że stanę się zwolenniczką e-booków. No może "zwolenniczka" to za dużo powiedziane, bo nic jednak mi nie zastąpi tradycyjnej książki, ale musiałam przyznać, że i książki elektroniczne mają swoje zalety. Zapewne nie stałoby się tak, gdyby nie fakt, że od ponad miesiąca leżę w łóżku z kontuzjowaną na nartach nogą. Wprawdzie w katowickich bibliotekach można zamawiać książki przez Internet, no, ale trzeba wiedzieć co się chce (rzecz jasna wszystkie książki, które chciałabym przeczytać są wypożyczone i trzeba na nie polować, na nowości szans nie ma) i potem trzeba się po tą książkę pofatygować, a to nie wchodzi w grę, bez proszenia kogoś o przysługę. Na pierwszy ogień poszły więc pozycje, które stały u mnie na półce - zakupione i zachomikowane, jak u każdego mola książkowego. A poza tym, przecież są publikacje elektroniczne... tyle tylko, że oczy bolą jak fix od czytania w laptopie. Tak oto w krótkim czasie doszłam do kwestii zakupu czytnika. Poszperałam, poczytałam o Kundelkach i różnych takich, o papierze elektronicznym i dość szybko się zdecydowałam.
Fakt faktem, że jakoś specjalnie zauroczona (póki co) e-readerem nie jestem. Niestety nie jest on tanią zabawką, mimo, że wygląda niepozornie. Ekran 6 cali jest mniejszy niż przeciętna książka, poza tym są problemy z plikami zabezpieczonymi DRM. Koronnym argumentem na jego kupno była myśl, że trudno mi powiedzieć jak długo jeszcze będę musiała funkcjonować z ograniczoną sprawnością. A do czytnika da się załadować 1000 książek i zabrać go ze sobą - do szpitala na przykład... Wprawdzie oferta e-booków u nas jeszcze nie dorównuje ofercie w co bardziej rozwiniętych pod tym względem krajach, ale pojawia się coraz więcej pozycji i wierzę, że będzie lepiej. Nie wybrałam czytnika Amazona, ponieważ nie jest on dostosowany na polski rynek, a mnie zależy na czytaniu przede wszystkim polskich treści - wiem, że z oferty Amazona nie będę korzystać. Cóż, za zdrowie trzeba płacić... A jak już obkupiłam się w e-booki, zamówiłam stosik tradycyjnych książek ;)
piątek, 13 stycznia 2012
W powieści istotną rolę pełnią dwie inne postacie historyczne: Hans Holbein i Erazm z Rotterdamu. Kolejnym ciekawym wątkiem jest twórczość Holbeina, autora portretu rodziny Thomasa More'a. Sekrety rodzinne okazały się bardzo czytelne dla genialnego malarza, który - jak na wielkiego artystę przystało - nie zawahał się wykorzystać ich dla dobra sztuki. Wreszcie, przeżywając wraz z Meg Giggs wzloty i upadki miłosne możemy się zastanawiać nad sztuką zbudowania udanego i trwałego związku - nad tym jak ważne jest zaufanie i wzajemne zrozumienie oraz umiejętność wybaczania. Wszyscy popełniamy błędy i nie muszą one od razu oznaczać przekreślenia całego życia. "Portret nieznanej damy" to powieść interesująca i przystępnie napisana. Jak na pierwsze dzieło autorki - bardzo obiecująca. Portret nieznanej damy, Vanora Bennett, Świat Książki, Warszawa 2009
niedziela, 08 stycznia 2012
Wydaje mi się, że aby docenić tę powieść trzeba być wielbicielem i znawcą epoki - bez znajomości realiów i postaci historycznych, łatwo można się w niej zagubić. Mnie Wolf Hall nie zachwyciła. No i dlaczego Wolf Hall? Wolf Hall był rodową siedzibą Seymourów, ale nie tam toczy się akcja powieści, Seymourowie nie należą nawet do szczególnie ważnych postaci, Jane Seymour wkracza na scenę dopiero później, czego już akcja książki nie obejmuje... W międzyczasie na tapetę wzięłam powieści tudorowskie Philippy Gregory: Kochanice króla, Błazen królowej i Kochanek dziewicy oraz powieść o Katarzynie Aragońskiej - i powieści te przypadły mi o wiele bardziej do gustu. O wiele łatwiej strawne, wciągające, nie silące się na wyrafinowany język, a jednak doskonale oddające klimat epoki i dylematy, jakich doświadczały - przede wszystkim - kobiety, będące bohaterkami tych powieści. Hilary Mantel W komnatach Wolf Hall, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2010
poniedziałek, 14 listopada 2011
Hmm, nie spodziewałam się, że jeszcze wrócę na tego bloga... w końcu jest Facebook ;) Nie dlatego oczywiście, że zaprzestałam czytania książek - tego nigdy nie zaprzestanę. To ucieczka od rzeczywistości, która nie jest taka, jak by się chciało, żeby była. Niedawno moja koleżanka - niedoli pracowniczej - stwierdziła, że czyta właśnie dlatego, że jest tak zestresowana, że tylko wtedy, kiedy zagłębia się w jakąś książkę może odetchnąć. Anyway, właśnie skończyłam "Portret w sepii" Isabel Allende, która mnie zauroczyła i chyba zmotywowała do napisania jakiejś recenzji. A co czytałam w "międzyczasie" i polecam: - "Zapomniany ogród" Kate Morton - historyczna zagadka, tajemnica rodzinna i ciepły klimat - "Zew natury" Guy Grieve - niesamowita opowieść o postrzelonym Angliku, któremu naraz wpadło do głowy, że pojedzie na Alaskę przetrwać tam zimę - działa na wyobraźnię - jak tam musi być zimno... - "Ulica tysiąca kwiatów" Gail Tsukiyama - piękna, piękna; opowieść utkana ze wspomnień i japońskiej kultury, - "Wyznania gejszy" Arthur Golden - na fali "japońszczyzny" - ta książka rzeczywiście porusza, - "Dług" Margaret Atwood - pisarka w roli eko-wojowniczki - daje do myślenia - jak długo jeszcze człowiek będzie niszczył planetę, zanim przyjdzie spłacić dług? - "Bądź zdrowa Lizbono" Ana Veloso - to saga rodzinna, bardzo lubię takie książki - wciąga i porusza, - "Dom sióstr" Charlotte Link - przeczytałam kilka książek tej autorki, ale ta najbardziej przypadła mi do gustu; nie jest to typowy kryminał, raczej opowieść rodzinna z zagadką kryminalną w tle, - "Mroczne sekrety", "Historia Hester" Adele Geras - dwie książki, podobne w swoim stylu, dwie opowieści rodzinne (znowu!) z mrocznym sekretem w tle, - "Cesarstwo" Steven Saylor - ten autor jest dla mnie kultowy, czytam wszystko, co mi wpadnie w ręce, nie mogłam odpuścić więc drugiej części "Rzymu" - "Ziemskie radości" Philippa Gregory - powieść historyczna o królewskim ogrodniku...brzmi nieciekawie? - nie w wydaniu Pani Gregory, która ma wyjątkowy talent do pięknego pisania Oprócz tego oczywiście wiele innych, w tym kryminały skandynawskie, choć ich popularność powoli zaczyna mnie nudzić - pochłania się szybko i niewiele zostaje. Z tego chyba najbardziej lubię Yrsę Sigurdardottir (I w proch się obrócisz, Lód w żyłach), natomiast nie polecam tytułu Leif GW Perssona "Między tęsknotą lata, a chłodem zimy" - poetycki tytuł, niestety książka poraża męskim szowinizmem (nawet jeśli należy to traktować z przymrużeniem oka, to i tak denerwuje).
czwartek, 15 kwietnia 2010
Nie mogę jednak zgodzić się na histerię, która znowu zapanowała w tym kraju. I obłudę. Pamiętam, w jakich słowach wyrażano się o prezydencie, pamiętam, że zdecydowanie nie był on popularnym politykiem, nie był prezydentem jednoczącym Polaków - co paradoksalne -zjednoczył ich po swojej śmierci. Na krótko co prawda - bo już włożono kij w mrowisko, podejmując jakże kontrowersyjną decyzję o pochówku na Wawelu. Decyzję, której ja też jestem przeciwna - bo Wawel to nekropolia królewska. Fakt, że prezydent zginął w katastrofie lotniczej nie czyni go w moich oczach ani bohaterem, ani osobą szczególnie zasłużoną dla Polski - jest ofiarą tragicznego zdarzenia, ale z tego powodu nie można wynosić go na ołtarze. Co właśnie w tej chwili, w tym kraju jest czynione. Jestem przeciwna histerii i hipokryzji. Hipokryzja to też brak szacunku dla człowieka. Narzuca mi się tu jeden, jakże trafny komentarz, wypowiedziany przez jednego z polityków: mówimy tak dobrze o zmarłych - byłoby wspaniale, gdybyśmy tak dobrze wypowiadali się o żyjących... Jadąc w minioną sobotę do pracy (zanim wydarzyła się katastrofa), przez głowę przebiegła mi myśl, jak to musi boleć, kiedy umiera nam ktoś naprawdę bliski, kiedy tracimy go na zawsze... myślałam o tym w kontekście mojej osobistej sytuacji. Starając się racjonalizować, że są gorsze rzeczy od tego, co przeżywam. Rozstania z ukochaną osobą i poczucia, że nigdy nie będziemy mogli być razem. Potem był cały ten szok, poczucie nierzeczywistości, absurdalności tego co się dzieje. Ostatni weekend zaliczę z pewnością do jednych z najbardziej koszmarnych dni, jakie przeżyłam - bo mój nastrój został jeszcze wzmocniony tragicznymi dla wszystkich Polaków wydarzeniami. Przyznaję jednak, że narodowa tragedia jest dla mnie mniej ważna od moich własnych problemów. Racjonalizacja nie pomaga, nie pomaga myślenie, że tak trzeba - i tak boli. Już nawet z tym nie walczę - kiedy bardzo boli - koncentruję się na tym, żeby po prostu oddychać. Kiedyś minie... Teraz nie jestem w stanie nawet czytać - bo straciłam zainteresowanie dla fikcyjnych historii. Czytam, ale książki psychologiczne, szukam czegoś co pomogłoby mi uporać się z moimi emocjami, odpowiedzieć na pewne pytania. Jeśli piszę - to dla siebie, też po to, żeby poradzić sobie z traumą.
poniedziałek, 01 marca 2010
Naomi Alderman, Nieposłuszeństwo, Wyd. Sic!, 2006
|
Zakładki:
1.Moje ulubione blogi (nie tylko książkowe)
2.Przeczytane w 2012
3.Przeczytane w 2010
4.Przeczytane w 2009
5.Przeczytane w 2008
6.Wyzwania
7.Moja biżuteria
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||