Blog > Komentarze do wpisu

Futbolowa gorączka

Zastanawiam się, skąd w naszym narodzie wzięło się tyle optymizmu – właściwie hurraoptymizmu – odnośnie możliwości naszej drużyny piłkarskiej. Biorąc pod uwagę to, że od 30 lat polska reprezentacja niczego nie osiągnęła, że prawie każdy jej występ kończył się porażką, że jeżeli zdarzały się jakieś sukcesy to były one bardziej kwestią przypadku – wiara w to, że Polska nie tylko wyjdzie z grupy, ale i osiągnie coś więcej, była kompletnie irracjonalna. Ile razy już oglądałam takie mecze, gdzie Polacy załamywali się po strzelonym im golu, a sił starczało tylko na pierwsze 30-40 minut. W tym względzie nic się nie zmieniło, nawet mimo zawodników grających na co dzień w Bundeslidze. Zastanawiam się więc, jak to jest tak maniacko wierzyć w swoją drużynę, czy wygrywa, czy nie, skąd się bierze ten piłkarski szał. W poszukiwaniu odpowiedzi sięgnęłam po Futbolową gorączkę Nicka Hornby'ego. Angielski pisarz jest, jak się okazuje zaprzysięgłym kibicem londyńskiego Arsenalu, a Futbolowa gorączka jest właściwie jego autobiografią, napisaną z perspektywy kolejnych sezonów piłkarskich rozgrywek. Większość tych sezonów, to sezony zakończone dla Arsenalu przegraną, więc Hornby doskonale poznał gorycz porażki. Pisarz mierzy się ze swoją obsesją na punkcie futbolu, pisze o swoim dojrzewaniu, o atmosferze tworzonej przez kibiców na boisku, o stereotypowym wizerunku kibica, rozróbach na angielskich stadionach, także tych, zakończonych tragicznie. Od czasu napisania Futbolowej gorączki minęło 20 lat i futbol się na pewno bardzo zmienił. To już jest inna epoka, inne pokolenie, może też więc rozważania Hornby'ego są już w pewnej mierze nieaktualne. Z agresją na stadionach sobie Anglicy poradzili. Poza tym kibicowanie klubowi, to w zasadzie zupełnie inna para kaloszy, niż kibicowanie drużynie narodowej – Hornby w zasadzie w ogóle nie pisze o reprezentacji Anglii. To w rywalizacji klubowej są „kibole”, to tu w największym stopniu objawia się fanatyzm i taka postawa, że na meczu trzeba być, i nawet wynik nie jest taki istotny. Hornby tłumaczy to tak:

Problem polega na tym, że jeśli drużyna nie gra dobrze, nie zdobywa nagród i nie zapełnia stadionów, kluby po prostu nie mogą sobie pozwolić na zniechęcanie ludzi, których należałoby się pozbyć.

Ot i cała tajemnica, czemu w polskiej piłce nożnej kwitnie kibolstwo.

Kibicowanie reprezentacji ma jednak inny charakter, tu włączają się owi „niedzielni kibice”, ale ich poparcie wcale nie jest takie oczywiste, jak wiernego fana klubu:

Ludzie powiedzieli mi, że sytuacja na Wembley zaczyna się zmieniać, a po MŚ we Włoszech w 1990 roku (…) odmienił się skład przeciętnej angielskiej widowni. Tak się często zdarza, kiedy drużyna dobrze sobie radzi, lecz trudno wiązać szczególne nadzieje z tym procesem cywilizowania publiczności, gdyż niepowodzenia natychmiast zniechęcają spokojnych kibiców.

Odrzuca mnie kiepski futbol, piłka klubowa mnie raczej nie interesuje (chyba że Liga Mistrzów), trudno mi zatem porównywać się do Hornby'ego, ale rozumiem jego pasję i tzw. „syndrom kibica”.  Jestem fanką wielkich imprez: ME i MŚ, stąd niektóre z przeżyć pisarza są mi doskonale znane. Na przykład to uczucie wiecznego rozczarowania, spodziewanej porażki, kiedy drużyna, której kibicujesz ciągle przegrywa. I trwa to latami. W końcu przyzwyczajasz się i nie oczekujesz niczego innego...

Po mniej więcej 10 latach takiej sytuacji albo wierzysz w mistrzostwo, albo nie, tak, jak w Boga. Rzecz jasna, uznajesz, że to możliwe i usiłujesz szanować poglądy tych, którym jakoś udało się zachować wiarę. Od około 1975 do 1989 nie wierzyłem. Na początku każdego sezonu miałem nadzieję (…). W głębi serca wiedziałem jednak, że tak się nigdy nie stanie, podobnie jak przed moim zgonem nie wymyślą lekarstwa na śmierć.

Przyznam się teraz (dosyć ryzykownie), że nigdy nie kibicowałam polskim piłkarzom (ale już siatkarzom i owszem), nigdy nie byłam w stanie się z nimi zidentyfikować – zupełnie tak jak Hornby, uważający, że „nie ma z tym nic wspólnego” i równie dobrze mógłby być Walijczykiem, Szkotem albo Holendrem. Za to na mistrzostwach w piłce nożnej, przez lata całe kibicowałam – na zmianę – Anglikom i Holendrom. Którzy zawsze gdzieś tam odpadali, zawsze więc doświadczałam tego znajomego uczucia porażki. Aż do 2006, w którym coś mnie tknęło i stwierdziłam, że mam już dość patałachów i będę kibicować tej drużynie, której styl gry mi się spodoba. Padło na Włochów... Włochów, których wszyscy wyklinali za catenaccio i życzyli im generalnie jak najgorzej. A ja z każdym meczem coraz bardziej się angażowałam, coraz bardziej nakręcałam. Pamiętam ten stres przed i w czasie meczów, ale jednocześnie rosnącą nadzieję, kiedy Italia szła do przodu. Przed półfinałem z Niemcami, kiedy Włochom wszyscy wróżyli przegraną, ogarnęło mnie dziwne przekonanie, że Italia wygra i zostanie mistrzem świata. Tym niemniej rozsądek, umysł przyzwyczajony do przegrywania ciągle nie dowierzał. Pamiętam, że popłakałam się ze szczęścia w półfinale, w którym Włosi strzelili Niemcom dwa (!) gole w doliczonych minutach dogrywki. I pamiętam finał z Francją, w którym Zidane został wyrzucony z boiska. Włosi grali wyraźnie słabiej, ale koniec końców wygrali w rzutach karnych. Moje nerwy były w strzępach, ale to był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Absolutnie ekstatyczny. Poczułam smak zwycięstwa i to był wspaniały smak – po tych wszystkich latach posuchy. Może to się wydać dziwne, zważywszy na to, że przecież to nie było moje osobiste zwycięstwo, nie przyczyniłam się do niego w żadnym stopniu, nic mi to nie dawało, a do tego wszystkiego nawet nie jestem Włoszką, więc czemu tak się cieszyłam? Ludzie, którzy wiedzieli o moim poparciu dla Italii – gratulowali mi! W Futbolowej gorączce Nick Hornby opisuje dokładnie to samo uczucie, kiedy Arsenal wreszcie po wielu latach zdobył mistrzostwo Anglii:

Żadne z wydarzeń opisywanych przez rozmaitych ludzi jako najlepsze w ich życiu nie wydaje mi się analogiczne. Narodziny dziecka muszą być wyjątkowo poruszającym przeżyciem, lecz nie niosą ze sobą zasadniczego elementu niespodzianki. Spełnienie osobistej ambicji – promocje, nagrody, cokolwiek – nie kryje w sobie czynnika ostatniej chwili ani elementu bezsilności, którą odczuwałem tamtej nocy. (…)
Proszę więc, bądźcie wyrozumiali dla ludzi, którzy opisują wydarzenia sportowe jako najwspanialsze doznania w swoim życiu. Nie brakuje nam wyobraźni, nasze życie nie jest smutne i puste. Rzecz w tym, że prawdziwe życie jest bledsze, nudniejsze i mniejsze w nim prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ekstazy.

Kiedy to przeczytałam wreszcie przestałam myśleć, że przytrafiło mi się wtedy coś dziwnego – wręcz przeciwnie – doświadczyłam tego, czego doświadczają wszyscy kibice, jest to najzupełniej normalne. Co więcej, przydarzyło mi się coś, czego nie doznały całe pokolenia Polaków, kibicując polskiej reprezentacji...
Dwa lata po owym pamiętnym Mundialu Włosi już nie byli ową zwycięską drużyną. Odpadli, a ja postawiłam na Hiszpanów. Znowu trochę na bakier, bo wtedy Hiszpania miała status drużyny, która „ładnie gra”, ale i tak przegrywa. Okazało się, że mój faworyt znowu wygrał! Na kolejnym Mundialu również, co było nie lada wyczynem, bo to że mistrzowie Europy sięgają po mistrzostwo świata, nie jest wcale takie oczywiste. Ale to już nie było to samo, co w 2006. Cieszyłam się ze zwycięstwa Villi, Torresa, Casillasa, Iniesty, Xaviego i innych, ale nie byłam w to aż tak zaangażowana, bo moje serce zostało w Italii...

Jedno jest pewne: życie kibica, to nie zastępcza przyjemność mimo pozorów (…). Piłka nożna to zjawisko, w którym oglądanie staje się robieniem. (…) Nasza radość to nie rozwodniona radość drużyny, chociaż to zawodnicy zdobywają bramki (…). Radość odczuwana przez nas przy takich okazjach nie wiąże się z celebrowaniem czyjegoś powodzenia, lecz ze świętowaniem własnego triumfu.

Jaka jest recepta Hornby'ego na dobry mecz? Siedem bramek i awantura: 1. Bramki, jak najwięcej, 2. Wyjątkowo fatalne decyzje sędziowskie, 3. Hałaśliwi kibice, 4. Deszcz, śliska murawa, 5. Rzut karny, 6. Czerwone kartki (oczywiście dla drużyny przeciwnej), 7. Jakiś „haniebny incydent”, czyli awantura.

Futbolowa gorączka to książka zdecydowanie dla zapaleńców piłkarskich: pełno tu sprawozdań z meczów, nazwisk dawno zapomnianych już piłkarzy Arsenalu. Osoby, które nie interesują się futbolem niech po nią nie sięgają.

Kalio napisała dziś o książce Marcina Ciszewskiego Mróz. Zaciekawiona sprawdziłam, co jeszcze napisał ów autor i co znalazłam? Coś bardzo, bardzo na czasie – Upał: "Stadion Narodowy - miejsce ćwierćfinałowego meczu Polska-Niemcy. Sześćdziesiąt tysięcy kibiców, wśród nich kanclerz i premier. Panuje nieznośny skwar, ulice Warszawy są pełne kibiców."

Gdyby Polska wyszła z grupy ten scenariusz by się zrealizował! 

Nick Hornby, Futbolowa gorączka, Wyd. Zysk i S-ka, 2012 (wyd. II)

środa, 20 czerwca 2012, joly_fh

Polecane wpisy

  • Światło między oceanami

    Wysepka na skraju dalekiej Australii. Miejsce, gdzie spotykają się Ocean Indyjski oraz Ocean Spokojny. Latarnia. Światło między oceanami. W to osamotnione miejs

  • Zaginiona księga z Salem

    Być może istnieje sporo książek traktujących o procesach czarownic w Salem, jednak ja jeszcze żadnej nie czytałam, dlatego Zaginiona księga z Salem była dla mn

  • Niewidzialna pani domu

    Jak to się dzieje, że 60-letnia była pielęgniarka nagle zaczyna pisać (wydawać) książki? Może przez całe życie czuła się sfrustrowana, niewidzialna? Tak jak boh

Co czytać?