|
Blog > Komentarze do wpisu
Zmierzch, czyli w poszukiwaniu straconego czasu
Przede wszystkim niewiele się w Zmierzchu dzieje, fabuła przypomina brazylijską telenowelę - większość treści to rozważania Belli, co by było gdyby i czy on kocha, czy nie kocha. Te drobiazgowe analizy nic nie znaczących wydarzeń oraz przeżyć rozchwianej emocjonalnie nastolatki! Te rozmowy z Edwardem, w których w kółko ona go za coś przeprasza, a on tłumaczy jej, jak bardzo jest dla niej niebezpieczny (w co ona oczywiście zupełnie nie wierzy) lub też jakie inne niebezpieczeństwa mogą jej grozić i że on oczywiście nie zamierza dopuścić do tego, żeby coś jej się stało. I tak przez ¾ książki – fabuła ciągnie się niczym guma do żucia. Gdyby wyciąć wszystkie zbędne monologi i dialogi, wszystkie części sagi można by spokojnie zmieścić w jednym tomie. Brak tu napięcia, tego czegoś, co powoduje, że czytamy książkę z zapartym tchem i trzymamy za bohaterów kciuki… Od samego początku Bella i Edward są ze sobą i wiadomo, że tak będzie – brak więc nawet zwykłych perypetii miłosnych. Akcja, czy jakiekolwiek przygody głównych bohaterów pojawiają się w powieści jak gdyby „mimochodem” – odniosłam wrażenie, że są one wciśnięte do fabuły na siłę i odbębnione, po to, żeby wrócić do monologów Belli. A przecież sam pomysł miłości między człowiekiem i wampirem jest kopalnią komplikacji i można by napisać tu naprawdę coś ciekawego. Poza tym miłość w wydaniu Zmierzchu jest okropnie mdła, bez namiętności, bez wzlotów i upadków. Być może Meyer celowo pozbawiła powieść typowych wampirycznych atrybutów, jak krew i pożądanie, stawiając w zamian na czystość i cnotę (sic!), ale to jest kompletnie nudne i papierowe. Postacie głównych bohaterów są dla mnie niesympatyczne. Bella jest wyjątkowo irytująca – to Język Zmierzchu, a zwłaszcza dialogi - są na poziomie szkoły podstawowej. Przykład:
Ulubione sformułowanie autorki (lub też tłumaczki) to zwrot „uśmiechnął się łobuzersko” – myślałam sobie, że jeśli jeszcze raz to przeczytam, to sama zacznę warczeć, jak Edward. W książce roi się też od sprzeczności i błędów, np. akcja dzieje się w styczniu, a Bella opisuje swoje spacery po soczyście zielonym lesie… Albo Bella, która brzydzi się tym, że wampiry zabijają ludzi, napawa ją to przerażeniem, ale sama chce zostać wampirzycą! Najgorsze jest to, że – nudząc się śmiertelnie – przebrnęłam wszystkie części sagi, właściwie nie wiem dlaczego. Chyba dlatego, że nie mogłam uwierzyć, że takie coś może być tak poczytne, czekałam na coś jeszcze, na coś, co byłoby uzasadnieniem tego fenomenu, na to że coś się wydarzy… Rzeczywiście, najciekawsza była ostatnia część sagi, w której wreszcie coś się dzieje, a narratorem części książki jest Jacob. Ostatecznie jedyny morał, jaki wyciągnęłam z przeczytania Zmierzchu to fakt, że jest tyle fajnych książek do przeczytania, a ja straciłam czas na coś takiego. Może nie powinnam była tego czytać, bo nie jestem nastolatką – być może nastolatki identyfikują się z Bellą, ponieważ marzą, że tak, jak Bellę ktoś kiedyś je pokocha i otoczy opieką, pomimo tego, że nie są doskonałe. Mimo wszystko, nawet (a może właśnie „tym bardziej”) powieść dla młodego czytelnika powinna nieść za sobą jakieś pozytywne przesłanie, a nie podtrzymywać iluzję o miłości idealnej. A może, żeby docenić dobrą literaturę, trzeba przebrnąć też od czasu do czasu przez coś fatalnego. Smuci tylko myśl, że jaki musi być poziom czytelnictwa (nie tylko w naszym kraju), że szmira w rodzaju Zmierzchu staje się bestsellerem. Stephenie Meyer, Zmierzch/Księżyc w nowiu/Zaćmienie/Przed świtem, Wyd. Dolnośląskie poniedziałek, 20 lutego 2012, joly_fh
|
|